Ti amo, Bergamo!

Bergamo

Wtedy, tam i o tej – tyle wystarczy, by spotkać się z Kasią i Piotrkiem. I za którymś razem wymyśliliśmy, że przydałby nam się taki szybki citybreak. Kierunek dowolny, byle było tanio i może nie za zimno, bo te podłe miesiące jednak wciąż przed nami. No i bez swoich połówek. Tak jak kiedyś, przed ośmioma laty, kiedy pokecieliśmy do Andaluzji i bawiliśmy się świetnie. Czas to powtórzyć!

Każdy trochę poszperał po Internecie i wszystkim najprzyjaźniej wyglądały Włochy. Ja tylko robiłem problemy, bo wystrzelałem się z wolnych dni, a do tego sytuacja na zakładzie była taka, że nawet gdybym miał jakiś dzień wolny to i tak pewnie bym go nie dostał. I to był znaczny problem, bo trzeba było lecieć w piątek po pracy, a wrócić w niedzielę i też im później tym lepiej. I to wcale nie jest łatwe. Ramy ciasne, a wybór skąpy, ale udało się – wybraliśmy loty do Bergamo i z powrotem.

Mnie samemu zdarzyło się tam być już trzy razy – za pierwszym razem odkrywałem uroki spania na lotnisku i to było tyle z tej wizyty. Za drugim coś tam udało mi się zobaczyć, lecz niewiele, gdyż większość czasu spędziłem na jakimś festynie z rodziną mojej hostki z Couchsurfing. I dopiero za trzecim razem zobaczyłem coś więcej z tego miasta i od razu bardzo mi się spodobało. Wracaliśmy z Anią wtedy z Malty i Bergamo znów było tylko krótkim, ledwo kilkugodzinnym przystankiem, lecz na dłuższy spacer wystarczyło. Tym razem miało być inaczej – Bergamo to cel. No, Bergamo i okolice.

Bergamo w 2017. Żuraw wciąż stoi gdzie stał

Po skończeniu klepanin w pracowe klawiaturki zapakowaliśmy się wszyscy do piotrkowego Seata ochrzczonego imieniem Hugo i pojechaliśmy na Balice. I w sumie tu taka dygresja, bo normalnie pewnie pojechalibyśmy autobusem, a być może i pociągiem, ale przy trzech osobach to się po prostu mija z rozumem. Koszt zostawienia samochodu na pobliskim parkingu jest śmiesznie niski, a te powstają jak grzyby po deszczu na każdej dostępnej działce, nawet najmniejszej, bo transport zbiorowy jak był zły, tak pozostaje fatalny. I drogi. I niezsynchronizowany. I planując dziś wylot z Balic nawet nie patrzę już na pociąg czy MPK, bo to nie ma sensu. Chociaż chciałbym inaczej. I ta uporczywa myśl nie daje mi spokoju, bo jak to może być możliwe, że największy i najpoważniejszy regionalny port lotniczy w Polsce, który obecnie planuje budowę drugiego pasa oraz aspiruje do obsługi dziesięciu milionów pasażerów rocznie, ma tak skąpy i źle zorganizowany dojazd do i z miasta? A to nawet nie jest daleko! Wielu to pewnie nie ruszy, powie, że oj tam oj tam, ale ten stan rzeczy jest jedną z wielu przyczyn, dlaczego po Krakowie jeździ się tak źle. Koniec dygresji.

---

Lot był przyjemny i zupełnie bezproblemowy i jakoś zaraz po godzinie 22:00 wysiadaliśmy z autobusu pod dworcem kolejowym w Bergamo. Stamtąd mieliśmy już tylko rzut kamieniem do hotelu i nie tracąc więcej czasu skierowaliśmy się ku jego drzwiom. A z tym czasem to ważne, bo chcieliśmy jeszcze coś zjeść. Szybko się zameldowaliśmy, udowodnili, że my to my i po rzuceniu betów wróciliśmy na zimne ulice Bergamo. Ano zimne, bo z tym ciepłym kierunkiem średnio wyszło, przyznaję. Wybór restauracji był skąpy, lecz szczęście dopisało i zaraz za rogiem znaleźliśmy świetną trattorię. O tej porze jednak została im już tylko pizza i to też ledwo, bo pizza master wktórce wychodził do domu. Kasi, która idzie w rzeczy bezglutenowe to nie radowało, ale cudem mieli jeszcze potrawkę z bakłażana. Więc uratowani i szczęśliwi. Do tego wzięliśmy dzban wina i mogliśmy zacząć świętować. Miejsce nazywa się Trattoria da Adele, znajduje się -> tu i bardzo polecam. I pizzę i wino i ceny.

Bergamo było głównym celem, to już ustaliliśmy, ale równocześnie chcieliśmy zobaczyć coś więcej. I koncepcje były różne, ale najczęściej wracaliśmy do Como. Bezpośredniego połączenia między Bergamo i Como nie ma, więc skorzystaliśmy z okazji i po drodze przeszliśmy się po Mediolanie. Najpierw jednak musieliśmy znaleźć coś na śniadanie, więc zaszliśmy na kawkę i laguna, które znaleźliśmy w pobliżu ogromnej fortecy Castello Sforzesco z połowy XV wieku, będącej niegdyś siedzibą rodu Sforzów. Nie zwiedziliśmy całości, bo to za wielkie i trzeba dnia, by wszystko zobaczyć, więc ograniczyliśmy spacer tylko do dziedzińca. Stamtąd poszliśmy spokojnym krokiem pod Duomo

Duomo di Milano
Duomo di Milano

Pogoda dopisywała, humory również, nigdzie nam się nie spieszyło, więc skorzystaliśmy z tego i chwilę pokręciliśmy się wokół tego najbardziej rozpoznawalnego symbolu światowej stolicy mody. Niestety parę setek turystów miało podobny plan na tamtą sobotę. Mimo wszystko natrzaskaliśmy po sto zdjęć i powolnym krokiem skierowaliśmy się ku dworcowi łapać pociąg do Como.

Mediolan
Mediolan

Z Mediolanu do Como jedzie się około 40 minut i kosztuje nas to niecałe 5€ na twarz. Nasz pociąg swój bieg kończył w Lugano, a więc tym samym pociąg był szwajcarski (no, szwajcarsko-włoski) i póki co bliżej Szwajcarii jeszcze nie byłem. Zresztą z Como do granicy są jakieś trzy czy cztery kilometry.

Como to oczywiście także jezioro i myślę, że z tą nazwą większość połączy właśnie jezioro niż miasto. W sumie nie dziwne, bo miasto jest malutkie, natomiast jezioro ogromne, bodaj trzecie największe we Włoszech, i przylega do niego wiele innych, nierzadko atrakcyjniejszych od Como miejscowości i kurortów, które są celem tysięcy turystów, przeważnie tych bardziej bogatych niż mniej. Zrozumiałe - krajobrazy są bowiem obłędne, a ilość atrakcji wzdłuż nie do zliczenia. W jeziorze Como zakochało się także Hollywood i kręcono tam między innymi Ocean's Twelve z Pittem i Clooneyem, którym tak się okolice spodobały, że zainwestowali tam w domy. Idealne plenery przy jeziorze znalazł również George Lucas i zobaczymy je w drugiej części Gwiezdnych Wojen. No i przecież – James Bond. Byłoby dziwne, gdyby go tam nie było. A był w Casino Royale.

Life Electric
Life Electric, rzeźba Daniela Libeskinda

O ile wiem w mieście Como żadne cuda się nie wydarzyły, niemniej to także przyjemne miejsce. Atrakcją jest kolejka linowo-terenowa do Brunate, którą nawet mieliśmy pojechać, by móc spojrzeć na jezioro z góry, ale ostatecznie zdecydowaliśmy inaczej. Wybraliśmy się natomiast na najdłuższe w okolicy molo, na którego końcu stoi rzeźba Life Electric. Jej twórcą jest Daniel Libeskind, ten od żaglowca Złota 44 w Warszawie, a rzeźba jest jego darem dla miasta Como. Powstała w hołdzie urodzonemu w tym mieście Alessandru Volcie, a jej nazwa jest adekwatna do formy, gdyż jak sam twórca powiedział „Life Electric jest inspirowany napięciem elektrycznym pomiędzy dwoma biegunami baterii, wielkim darem Volty dla ludzkości”. To w ramach ciekawostki, bo warto się przejść po tym molo i spojrzeć samemu. Czekam, aż w Polsce zaczną się pojawiać takie rzeczy, lecz obawiam się, że w obecnej rzeczywistości szanse na to są marne i czekają nas jedynie martyrologiczne głazy, wielkie krzyże i kolejne pomniki JPII. Broń boże czegokolwiek związanego z nauką.

Diga Piero Foranea Caldirola
Diga Piero Foranea Caldirola, w tle widać trasę kolejki do Brunate

W centrum na uwagę zasługują oczywiście katedra, którą budowano trzy i pół wieku oraz przylegający do niej renesansowy ratusz - Palazzo del Broletto. Nie mieliśmy sprecyzowanych planów na Como, więc raczej szwędaliśmy się bez celu niż zaliczali kolejne must see. W sumie z tych to niewiele zobaczyliśmy, ale tu chodziło o wycieczkę i cieszenie się nią, niż faktyczne zwiedzanie. W pewnym momencie trzeba było jednak usiąść i coś zjeść. Niestety Włosi już tak mają, że zamykają swoje kuchnie popołudniu i otwierają dopiero wieczorem, więc nierzadko bywa tak, że nie ma opcji zjeść coś o porze, w której cały normalny świat je obiad. Como jest jednak turystyczne, więc się udało. Piotrek wziął piadinę, Kasia Aperol Spritz, a ja pizzę margheritę, bo to bezpieczne i we Włoszech zawsze dobre. Tyle, że nie w Como. To co dostałem nie podałbym gościom w domu. Dobra, pewnie bym podał, ale wcześniej powiedziałbym, że sory, ale mam tylko taką mrożoną z Lidla. I dalej wierzyć mi się nie chce, że w Como, leżącym co prawda blisko Szwajcarii, ale przecież wciąż we Włoszech, podano mi odgrzaną, mrożoną pizzę wyglądającą jak ze sklepu. W komentarzach na Google ten zarzut pojawia im się dosyć często, więc to nie tylko ja wygrałem tę opcję. Niestety przeczytałem je już po fakcie. 

Zjadłem, bo jednak za mało we mnie chama ze sztachetą w ręku i cegłą rzucić nie potrafię, ale dla Włochów to wstyd i hańba i powinni zrównać to miejsce z ziemią, a właścicielowi odebrać obywatelstwo. A i tak będzie mógł mówić, że mu się upiekło. Lokal znajduje się tu. Unikać. Tyle dobrze, że w herbatę umieli, co we Włoszech wcale takie oczywiste nie jest.

Kiedy słońce chyliło się ku zachodowi wróciliśmy na dworzec łapać pociąg do domu. Mediolan już nas nie interesował, więc przesiadkę mieliśmy w Monzy, do której, tak na marginesie, bardzo chciałbym zajrzeć kiedyś na dłużej. Jest tam bowiem ogromny park, którego częścią jest tor Formuły 1, Autodromo Nazionale di Monza, na którym od 1950 roku odbywa się wyścig o Grand Prix Włoch. I kiedyś tam zajrzę. Tam i do Imoli. Koniecznie.

Como idzie spać

Podróż nieco nam się dłużyła, chociaż to zaledwie pięćdziesiąt minut jazdy. Byliśmy jednak trochę zmęczeni dniem. Za oknem natomiast było już zupełnie ciemno, więc nie było nawet czego podziwiać ani na czym się skupić. Jedyną rozrywką okazała się być dwójka doszczętnie spalonych typów, którzy usiedli za nami i debatowali o czymś zapewne bardzo ważnym. Chociaż powiedzieć, że siedzieli to nadużycie, bo ciągle wychodził albo jeden albo drugi. I trochę żałuję, że nie rozumiałem ich języka i tego co mówili, bo to te dialogi musiały być czystym złotem.

Stadler Flirt na stacji Como
szwajcarsko-włoski Stadler Flirt na stacji Como

Po dobiciu do Bergamo zrobiliśmy zakupy na wieczór i kolejny poranek i po zostawieniu tego wszystkiego w hotelu poszliśmy jeść. W końcu była już ta godzina, kiedy można. Kasia jednak unika tradycyjnej pizzy, a ominięcie pizzy we Włoszech ociera się o skandal, więc lokal wybraliśmy specjalnie pod nią. Wcześniej zrobiliśmy research i znaleźliśmy miejsce idealne: Ristorante Pizzeria Byron – lokal specjalizujący się w pizzach bezglutenowych. Dla ortodoksów placki też się znajdą, spokojnie. Nie mieliśmy jednak rezerwacji i kiedy znaleźliśmy się na miejscu i zobaczyli co się dzieje w środku to zaczęliśmy się z tym miejscem żegnać, ale szczęśliwie dla nas kelner znalazł nam stolik, ale tylko pod warunkiem, że uwiniemy się w godzinę. Panie, co to dla nas? Dawaj ten stolik!

Ja z pizzą już sobie dałem spokój i ogarnąłem tylko deser, ale Kasia i Piotrek polecają lokal. Wino również mają pyszne, więc 5/5. Jest on -> tu.

---

Następny dzień przeznaczyliśmy w całości na zwiedzanie Bergamo. Lot mieliśmy dopiero wieczorem, więc cały dzień był nasz. Po śniadaniu skleconego z tego, co udało nam się kupić poprzedniego dnia zebraliśmy co nasze i uderzyliśmy do centrum. Przede wszystkim trzeba było znaleźć kawę – Piotrek bez kawy to nie człowiek. A że Włochy to taki kraj gdzie zabraknąć może wszystkiego, ale nigdy kawy to problemu nie było. W ogóle bardzo sobie cenię tę ich kawową kulturę. Bo gdziekolwiek by się nie zaszło tam kawa będzie dobra. W jednym miejscu powiemy o boże, lej jeszcze, a w innym no, dobra ta kawka, ale raczej nigdzie nie powiemy, że ble. Taki lokal nie miałby przecież racji bytu w tym kraju. No, może gdzieś w Rzymie.

Città Alta widziane z San Vigilio
Città Alta widziane z San Vigilio, Bergamo

Città Alta, czyli miejscowe Stare Miasto zwiedziłem już z Anią cztery lata wcześniej, aczkolwiek przyjemnym uczuciem było znów tam się znaleźć, bo to urokliwe i takie bardzo włoskie miejsce, pełne starych domów i wąskich uliczek. Taki włoski basic. Najbardziej rozpoznawalnym miejscem jest Piazza Vecchia, przy którym znajdują się XII-wieczna Wieża Miejska, zwana Campanone oraz tak samo wiekowy ratusz - Palazzo della Ragione. W jego podcieniach znajduje się chyba najciekawsza i najoryginalniejsza atrakcja Bergamo – kalendarz słoneczny. Cztery lata temu dzień był dosyć mglisty, więc z Anią musieliśmy uwierzyć na słowo, że to działa, ale tym razem słońce nie miało za czym się schować i rzeczywiście wskazywało dokładną datę, czyli 7. listopada.

Kalendarz słoneczny, Bergamo
Kalendarz słoneczny, Bergamo

Za Palazzo della Regione, przy Piazza del Duomo znajduje się oczywiście katedra, czyli właśnie Duomo, oraz moim zdaniem znacznie atrakcyjniejsza Bazylika Santa Maria Maggiore. Jej częścią jest, czy też tylko do niej przylega, kaplica Bartolomea Colleoniego (Cappella Colleoni) i przy niej popadam w prawdziwy zachwyt. Architektoniczne detale fasady wywarły na mnie duże wrażenie już cztery lata temu i tym razem było podobnie. Poza kalendarzem słonecznym właśnie Cappella Colleoni jest absolutnym must see w Bergamo. Co jest o tyle proste, że będąc przy kalendarzu nie da się nie zauważyć kaplicy.

Cappella Colleoni
Cappella Colleoni, Bergamo

Dalej to już był tylko dalszy spacer, prosecco w jednym z wielu mini lokalików i wjazd kolejką linowo-terenową na wzgórze San Vigilio. Na jego szczycie znajduje się bowiem zamek (Castello di San Vigilio) oraz niewielki park, z którego rozciąga się cudny widok na całe miasto. Z jednej strony jak na dłoni widzimy leżące nieco niżej Città Alta, a także pozostałą część Bergamo i lotnisko w Orio al Serio, a z drugiej zielone wzgórza porośnięte lasem i przebijające się to tu to tam górskie szczyty. Zamek niestety był zamknięty i wyglądał na raczej opuszczony, chociaż po prawdzie on nas średnio interesował i właściwie nie wiem jaki jest jego status. Na wieżę w każdym razie wejść się nie dało. Ale to nic. Widok powetował wszelkie straty w tym temacie. Wjazd i zjazd z San Vigilio bez problemu można zrobić na jednym bilecie 90-minutowym. Chyba, że ma się w planach dłuższe spacery czy piknik.

Kolejka na San Vigilio
Kolejka na San Vigilio, Bergamo

Czas przeznaczony na Bergamo i całą wycieczkę nieubłaganie się nam kończył i zostało nam już tylko zjeść przed drogą powrotną. No ale… Wyżej pisałem o włoskim zwyczaju zamykania kuchni w porach, kiedy cały świat je i na nasze nieszczęście w Bergamo nie jest inaczej. Chodziliśmy, szukaliśmy, pukaliśmy, pytaliśmy – wszędzie chiuso. Jeden lokal okazał się być łaskawy i choć ofertę miał oryginalną, bo były to głównie specjały z regionu Bergamo, bardziej w formie przystawek niż głównego dania jednak, to nie było to tym, co bym chciał odnaleźć na swoim talerzu jako ostatnie danie we Włoszech w roku 2021. Mimo wszystko było to nawet ciekawe, acz tłuste bardzo. Takie pierożki, ale nie klasyczne ravioli. Przynajmniej coś nowego, bo z drugiej strony ileż można tę pizzę męczyć.

---

Na lotnisko nam się nie spieszyło. Być tam za wcześnie nie było sensu, więc snuliśmy się w stronę dworca Bergamo Główne, przy którym jest przystanek autobusu na lotnisko. Port lotniczy Orio al Serio leży bardzo blisko centrum Bergamo, więc od biedy moglibyśmy tam nawet dojść, ale po co? Autobus jeździ co dwadzieścia minut, a bilet kosztuje 2,40€, więc nawet nie ma co rozważać takich spacerów. Dziś, bo dziesięć lat temu pewnie uznałbym to za jedyną słuszną opcję.

I tyle. Weekend zleciał jak każdy inny, czyli szybko w opór. I mam nadzieję, że będzie mi dane, hm, nam dane, powtórzyć taką wycieczkę jeszcze nie raz. Może znów w trójkę, a może w szóstkę. I jedno i drugie brzmi mi świetnie, a najlepiej raz tak, raz tak. I zapewne nie będzie to już Bergamo, a jakiś inny kierunek i mam ogromną nadzieję, że szybciej niż za kolejne osiem lat. Na co my w ogóle czekaliśmy? W pewnym sensie już jesteśmy umówieni na pierwsze miesiące przyszłego roku, lecz rozkłady lotów z Krakowa i Katowic zostały tak pocięte, że znów może skończyć się na Bergamo. Co by przecież nie było takie złe. Atrakcji wokół jest aż nadto, a i samo miasto łatwo się broni i warto doń wracać. Rok 2022 pokaże.

Jesteśmy w Polsce - Szczecin i zapomniane wypadki


Urlop w polskim prawie pracy jest tak skonstruowany, że wolno nam go podzielić tylko pod warunkiem, że jedna część będzie trwała nie mniej niż czternaście dni kalendarzowych. Zgaduję, że w małych i średnich firmach w ogóle o tym nie słyszeli i pracownicy mają dowolność (pod warunkiem, że nie zmusza się ich do bilokacji - na urlopie, ale w pracy), lecz w wielkich korpo trzymają się tej zasady jak pijany płotu i nie ma przebacz. Dwa tygodnie, bez dyskusji i nara, baw się dobrze. Z jednej strony trochę to niewygodne, ale z drugiej te przymusowe dwa tygodnie uczą mnie odpoczywać - tak wiecie, po całości razem z głową. Że nie mam już wyrzutów sumienia, że ja tu sobie leżę nad basenem, a przecież mogłem gdzieś zapierdalać po górach czy też męczyć się w jakimś dusznym mieście. Nie mówiąc już o myślach, że beze mnie to tam w biurze umrą, firma się zawali i co to będzie jak wrócę. I tak właśnie spędziłem pierwszy tydzień urlopu - leżąc, grzejąc się, odpoczywając, czytając, pływając i jedząc dobre rzeczy w niewielkiej, dość spokojnej i raczej mało turystycznej miejscowości Kisamos w zachodniej części Krety. Ponadto był to wylot z biurem podróży, więc wakacje na lenia totalnego. Ale czasem trzeba i tak.

Został mi jednak jeszcze drugi tydzień wolnego. Ania wolała wrócić na zakład, czyli za stół w domu, a ja nie chciałem jej wisieć nad głową i drażnić swoim wolnym, no i w ogóle być w ciasnym Krakowie, więc jeszcze przed tą całą Grecją ogarnąłem krótki wyskok na północ Polski. I choć po powrocie z Krety wolałbym dokończyć leżenie, to już kilkanaście godzin po wylądowaniu w Pyrzowicach siedziałem w pociągu do Zielonej Góry. To lubuskie miasto pojawiło się trochę z tak zwanego nienacka, bo akurat tam miałem przesiadkę w drodze do Szczecina. Ale było mi bardzo na rękę, gdyż mogłem sobie odhaczyć kolejne miasto wojewódzkie. Taki już mam fetysz, jeżdżę i odhaczam. A Zieloną Górę warto, bo ma dość ładny ryneczek, zielony i silnie zadrzewiony deptak wzdłuż alei Niepodległości oraz kilkadziesiąt bachusików do odnalezienia. Atrakcja podobna do tej z Wrocławia, tylko tam mają skrzaty.

jeden z zieleniogórskich bachusików

U celu, tj. w tym Szczecinie właśnie, byłem dopiero wieczorem. Pewnie samolotem byłoby szybciej, ale rozkład lotów w ogóle nie pasował mi do kalendarza, a kombinowanie było i bez sensu i zwyczajnie drogie. Poza tym ja lubię jeździć pociągami, mam z tego radochę, no i ślad węglowy zostawiam mniejszy. Temat może bardziej do piwka czy na inne dłuższe posiedzenie niż tu, lecz się wypowiem, bo wciąż jest tak, że jak się komuś powie, że jechało się pociągiem, to ten automatycznie zaczyna nam współczuć, klepie po ramieniu i pyta, czy mechanik drogo wyjdzie. Tajemnica to żadna, że PKP mają swoje ogromne problemy, które właściwie w całości zawdzięczają samym sobie i trudno je bardzo za to kochać, bo na przykład pociągi wciąż jeżdżą bardziej dla siebie niż dla pasażerów, lecz podczas tamtych kilku dni na Pomorzu podróżowałem z naszym narodowym przewoźnikiem łącznie dziewięć razy i za każdym razem było po prostu okej. Siedzieć siedziałem, nikt się nie pchał, obsługa możliwa, spóźnienia, jak już były, to max 7-8 minut, a więc żadne, cenowo w sumie nieźle, no i nawet klapy w toaletach nie opadały. I myślę, że i większości z nas to wystarczy - sensowny rozkład, rozsądna cena, miejscówka i względna czystość. Tyle i aż tyle. Pozostaje tylko czekać, aż na kolei odkryją kto tu jest dla kogo.

---

Przyjazd do Szczecina odwlekałem jak dentystę, ale tak się składa, że mam tam kuzynkę, której lata temu obiecałem rewizytę, no to uznałem, że lepszej okazji jak teraz nie będzie. Poza tym, już tak normalnie i po turystycznemu chciałem w końcu to miasto zobaczyć, bo jakoś tak zawsze leżało mi poza szlakiem. Ok, raz zwiedziłem dworzec główny i okolice przed, ale to tyle. W ogóle na północy Polski wciąż mam wiele takich białych plam. Jeszcze do zrobienia.

Przy okazji warto w sumie przypomnieć, że ze Szczecina jest przecież zespół Hey. Strzelam, że Kasię Nosowską i jej dokonania z zespołem zna każdy, a nawet jeśli nie, to niewielka szansa, by nigdy nie obili się o uszy. Pierwszymi albumami Heya katowała mnie siostra, a potem już ja sam. Na przykład jeżdżąc na zajęcia na studia za zapętleniu słuchałem kasety z albumem ‘Music, Music’, który wyszedł jakoś wtedy właśnie. Może to nie jest ich szczytowe osiągnięcie, ale dla mnie jedno z lepszych. Chociaż jak się tak zastanowię, to chyba najwięcej słuchałem kolejnej ich płyty tj. ‘Echosystem’. Ale dobra, nieważne. Uprzedzając jednak fakty – Kasi nie spotkałem.

---

Nim jednak w ogóle zapadła jakakolwiek decyzja o wojażach w tamte rejony faterlandu, to na mapie Szczecina zdążyłem sobie oznaczyć kilka niepozornych, takich zupełnie zwyczajnych miejsc, które nie mają nic wspólnego z tradycyjnym zwiedzaniem miasta. Pierwsze z nich to plątanina estakad samochodowych i chodników, drugie to skrzyżowanie pod gmachem jednej ze szkół, a trzecie to galeria handlowa. Nietypowe, ale jest do tego sensowny klucz. Te trzy miejsca bowiem, znajdujące się zresztą dość blisko siebie i do tego w niemalże linii prostej, łączą ze sobą ból, cierpienie, smutek i niestety także i śmierć wielu ludzi. Są to miejsca wypadków, które wydarzyły się w polskim już Szczecinie za czasów ustroju słusznie minionego, przez co też zdążyły już zatrzeć się w ludzkiej pamięci.

Podchodzi to pod tanatoturystykę, czyli odwiedzanie miejsc naznaczonych śmiercią. Brzmi to co najmniej odpychająco i w ogóle fatalnie, aczkolwiek podróże do takich miejsc nie są niczym nowym. Chyba każdy z nas był przecież w Auschwitz, a będąc w Kambodży pewnie rozważałby wizytę na Polach Śmierci. Do muzeum Titanica również się ludzie pchają, nie mówiąc już o tym jakim biznesem jest dziś strefa zero, zarówno ta czarnobylska jak i nowojorska. Z jednej strony jest bowiem historia, często dobrze nam znana i emocjonująca, oraz chęć zbliżenia się do niej, a z drugiej mroczność i pociągająca ponurość, która fascynuje tak wielu. Widzieliście ile jest podcastów kryminalnych? To poszukajcie. Temat tanatoturystyki pojawił się ostatnio w paru miejscach, co w ogóle nie dziwi, bo jakby nie patrzeć początek listopada nadaje się do tego idealnie.

---

Ale dobra; Szczecin. Na nocleg wybrałem sobie sieciówkę przy Wyszyńskiego. Mieli akurat jakąś promocję i są w idealnym miejscu, bo w połowie drogi między dworcem kolejowym, a centrum. Czas im się jednak trochę rozpanoszył po piętrach, przez co trochę się zawiodłem standardem, bo po tej sieci spodziewałem się jednak czegoś więcej. Ale nieważne, miałem tam tylko spać i ewentualnie oglądać tv. Ważna była lokalizacja, a ta naprawdę była najlepsza. Chociaż to szczecińskie centrum to taki trochę podchwytliwy temat, bo wiedza gdzie ono się tak naprawdę znajduje prawdopodobnie zniknęła wraz z ostatnim rdzennym Niemcem. Jak przyjechałem było za późno by go szukać, tj. centrum, nie rdzennego Niemca, więc obskoczyłem tylko pobliską Żabkę, a potem już dostawałem raka wszystkiego oglądając telewizję. 

Śniadania nie miałem, więc skombinowałem je sobie w knajpie nieopodal. Nieduże, ale bardzo, bardzo… naprawdę bardzo dobre. Bajgle Króla Jana miejsce się nazywa i specjalizuje się w, uwaga, bajglach. Ceny wielkomiejskie, ale w końcu byłem na urlopie. Zaszło mi się akurat tam, bo było po drodze do Zamku Książąt Pomorskich oraz znajdującego się tuż obok miejsca numer jeden z mojej mapy.

Zamek Książąt Pomorskich w Szczecinie

O zamku słów zaledwie parę – początki to połowa wieku XIV kiedy to książę szczeciński z dynastii Gryfitów, Barmin III Wielki, postanowił popełnić samowolę budowlaną i zbudował dom kamienny na wzgórzu. Nie wiem jak wtedy traktowano takie występki, ale chyba podobnie jak dziś, bo przez kolejne wieki dom się tylko rozrastał. Potop Szwedzki nie był mu straszny, gdyż od roku 1637 zamek był już siedzibą namiestnika szwedzkiego. Potem to już standard – przebudowa, nadbudowa, dobudowa tego, zburzenie tamtego, opuszczenie, ruina, plany odbudowy, wojna, znów ruina i odbudowa z utworzeniem muzeum na obiekcie. Dla widoków warto wejść na Wieżę Dzwonów, wstęp to dyszka. 

--- 

Wokół murów zamku płyną dwie rzeki; Odra Zachodnia od wschodu i ściek komunikacyjny zwany Trasą Zamkową od północy. Odra płynie sobie od wieków, natomiast estakady i most powstały z końcem lat 70’. Nim jednak zbudowano te popularne wtedy założenia urbanistyczne, które z jakiegoś powodu wdrażane są również i dziś, w tym miejscu znajdowała się ulica Wyszaka, rajcy i kupca pomorskiego z XII wieku, który ponoć maczał palce w nawróceniu Szczecina na chrześcijaństwo. Ulica schodziła ku Odrze pod pewnym nachyleniem, bodaj 5%, więc dużym, ale nie na tyle, by zrezygnować z poprowadzenia tam linii tramwajowej. W dolnym jej biegu tory układały się w dwa raczej ostre zakręty, co -> tutaj fajnie widać, a następnie biegły na północ ku Wałom Chrobrego. To tutaj jest miejsce numer jeden – wypadek tramwajowy w Szczecinie.

Trasa Zamkowa

Dzień 7. grudnia 1967 roku pewnie nie różnił się zbytnio od innych grudniowych czwartków lat 60’. Raczej szaro, zdecydowanie zimno, na piąteczek nikt nie czekał, bo wolne soboty miały dopiero nadejść, więc wszyscy tłumnie i smutnie spieszyli się do pracy albo do książek i map w Wyższej Szkole Morskiej. Aż się chciało śpiewać: ‘Ludzie! Kochani! Coście tacy smutni!? Przecie jedziecie do pracy…’ Krystyna Pressejsen również należała do ludu pracującego i tego dnia stawiła się w zajezdni tramwajowej o nieludzkiej porze, bo gdzieś po 4:00. Podobno nie miała dobrego poranka, a jak zobaczyła wagon, który jej przydzielono do jazdy to ten się jeszcze pogorszył. Majster sprawdził jednak wóz ponownie i uznał, że można jechać. Był to chorzowski Konstal N, popularny w tamtych czasach wagon w całej Polsce. Doczepiono mu jeszcze dwa poniemieckie wagoniki i taki miał hulać na linii numer 6.

Pierwszy kurs był znośny, ale tłoczno zaczęło się robić już po godzinie 6. Warto w sumie nadmienić, że w tym przypadku tłoczno oznacza dosłownie to – ludzi wtłaczano do wagonów jak ogórki na kiszenie do słoików. W takim upakowanym składzie w godzinach szczytu mogło jechać nawet 500 osób. Pięćset! Blok cały. Dla porównania do najdłuższego obecnie tramwaju w Polsce może wejść około trzystu osób, a do popularnych jeszcze 105tek coś koło 120 na wagon. Ale wtedy nie było zamykanych drzwi i powszechną praktyką było, że ludzie doskakiwali i trzymali się poręczy jadąc na stopniach. Tato opowiadał, że często tak jeździł do szkoły, mama też pamięta, chociaż przez mgłę. I tak to wyglądało o w pół do siódmej rano tamtego ponurego, grudniowego poranka.

Najpierw podczas jazdy zerwał się łańcuch pomiędzy dwoma wagonami. Pani Krystyna zatrzymała skład przy Placu Żołnierza, wysiadła i zamontowała go z powrotem proponując przy okazji osobom wiszącym na schodach przesiadkę do tramwaju, który jedzie zaraz za nią, bo jest ich tu teraz za dużo i to nie jest bezpieczne i że ona tak z nimi nie pojedzie. Może i nie była bardzo doświadczoną motorniczą, ale wiedziała jaki odcinek trasy ją zaraz czeka. Zdrowy rozsądek jednak nigdy nie miał powszechnego zastosowania w tym narodzie, więc pasażerowie w odpowiedzi nakazali jej się prędziutko oddalić i jechać dalej. Inwektywy i bluzgi jakoś pani Krystyny nie przekonały, ale dyspozytor, z którym się połączyła już tak. I tak już miała opóźnienie, więc z duszą na ramieniu ruszyła ku ulicy Wyszaka.

Zjeżdżając ku Odrze, zgodnie z obawami pani Krystyny, hamulce elektromagnetyczne tak obciążonego składu powiedziały pas. Spod kół poleciały iskry, z gardeł krzyki, ale było już za późno i cały skład wyleciał z szyn zaraz za pierwszym zakrętem rozsypując wszystkich wokół jak orzeszki. Pierwszy wagon położył się na prawym boku i posunął po bruku, drugi wpadł na słup i złamał się w pół, a pasażerowie trzeciego wygrali w życie, bo ten tylko lekko się przechylił. Na miejscu zginęło siedem osób, a kolejne osiem zmarło w szpitalu. I jakby tragedii było tu mało, to dźwig, który podnosił wagon znad ludzi miał awarię i upuścił wagon na nieszczęśników raz jeszcze. Z niewysoka, ale jednak. Niewiele też brakowało, by szesnastą ofiarą został taksówkarz, który odmówił zawiezienia rannych do szpitala. A tych było prawie 150, z których wielu tego dnia permanentnie pożegnało się z możliwością wykonywania swojego zawodu.

Galeria Pod Trasą, feralny zakręt był mniej więcej tam gdzie środkowy filar

Przeprowadzone śledztwo nie znalazło winnych. Uznano jedynie, że zawiniły hamulce, które nie podołały takiemu obciążeniu przy takim nachyleniu trasy. Najwyraźniej było to nie do przewidzenia i wykraczało poza wyobraźnię wszystkich, poza tą pani Krystyny. Z katastrofy wyciągnięto jednak odpowiednie wnioski, które doprowadziły do wdrożenia kilku nowych zasad mających na celu poprawienie bezpieczeństwa w całym kraju. I w ten sposób pojawiło się między innymi takie nowatorskie rozwiązanie jak elektrycznie zamykane drzwi w wagonach typu N i doczepach, co już na zawsze ukróciło jazdę na schodach i wsiadanie do tramwaju z biegu. Dopracowano też system hamulcowy w wagonach silnikowych, by przypominał ten, który już był powszechny na Zachodzie. Ulica Wyszaka natomiast już nigdy nie zobaczyła tramwaju, gdyż komunikację w tamtym miejscu zastąpiono autobusami, a dziesięć lat później zadecydowano o budowie Trasy Zamkowej, która totalnie zmieniła układ drogowy i dziś trudno rozpoznać gdzie te tory w ogóle były. 

Kiedy w lipcu 2021 roku byłem pod estakadami, które wyrosły na miejscu dawnej ulicy Wyszaka, kręciło się tam sporo robotników i wszędzie walały się albo toi-toie albo zasieki z barierek, więc nie zrobiłem za wielu zdjęć. Poza tym jest tam normalny parking. Nie byłem też do końca pewny, które miejsce tak naprawdę mam fotografować. Zdarzenie z 7. grudnia 1967 roku nie jest bowiem upamiętnione w żaden sposób. Nie ma ani tablicy, ani popularnego głazu, ani nawet krzyża. Chociaż ten akurat przez chwilę był. I być może nadal gdzieś tam jest, bo aż tak znowuż się nie rozglądałem.

---

W końcu tego czasu nie miałem za wiele. Na bajglach mi zeszło. Na popołudnie umówiłem się z kuzynką, a chciałem też pochodzić po mieście swojemu, abstrahując już od tych trzech fatalnych miejsc. Wały Chrobrego zostawiłem sobie na wieczór, optymistycznie zakładając, że gdzieś tam się przejdziemy nim zaczniemy się odpowiednio witać w jakimś lokalu przy Deptaku Bogusława, więc spod zamku i estakad poszedłem na zachód, czyli ku Bramie Królewskiej i Placowi Solidarności zobaczyć znajdującą się za nim perełkę współczesnej architektury, czyli gmach Filharmonii im. Mieczysława Karłowicza. Pewna część szczecinian trochę się najęczała nim w ogóle zobaczyła efekt finalny, ale kiedy ten zebrał parę nagród to im przeszło. Nie jest to jednak jakoś specjalnie kontrowersyjny budynek. W założeniu jego forma ma nawiązywać do istniejącej już zabudowy wokół, lecz jednocześnie zdecydowanie się od niej odcinać. Takie czary. Dało się, a Szczecin, po tych wszystkich napotkanych nieszczęściach, bombardowaniach, a potem sadzeniu bloków w miejscach z dupy, zasłużył na taki budynek i taką architekturę. Polecam wejść do środka, nawet jeśli nie idzie się na koncert. Postarano się.

Filharmonia im. Mieczysława Karłowicza w Szczecinie

Więcej ‘ale’ mam już do zabudowy Placu Solidarności. Mniej więcej wtedy kiedy budowano filharmonię powstał tam pawilon wystawowy lokalnego Muzeum Narodowego. Można w nim obejrzeć wystawę o najnowszej historii Szczecina od roku 1945 począwszy. Fajna sprawa i również ciekawie to zbudowali, bo jest on w pewnym sensie pod ziemią, przez co plac jest taki trochę wygięty i pochyły. Rzecz jasna to nie przypadek, że miejsce pod muzeum wybrano akurat tam. Plac Solidarności to bowiem bardzo istotne miejsce na mapie Szczecina, gdyż bezpośrednio wiąże się z wydarzeniami szczecińskiego grudnia ’70, bo to tam, podczas robotniczych strajków, manifestacji i zamieszek, milicja wraz UB zaczęła strzelać do robotników zabijając szesnaście osób. Tego samego dnia, tj. 17. grudnia, tyle że w Gdyni, zginął Zbyszek Godlewski, czyli upamiętniony piosenką Janek Wiśniewski. Lepszego miejsca na uczenie i pokazywanie historii (ale historii, nie propagandy) myślę, że nie było. Wystawy jednak nie zobaczyłem, więc niewiele mam o niej do powiedzenia i żałuję teraz, że w końcu się nie zdecydowałem, aczkolwiek obiecuję i sobie i Szczecinowi, że jak jeszcze będę, a będę wcześniej czy później, to zajdę na tę betonową patelnię. I to jest to moje ‘ale’. Wszystko ładnie i super, miejsce ważne, pawilon potrzebny, wystawa także, ale nie umiem pojąć idei zastępowania drzew betonową płytą, na której latem nawet deskorolkarze się nie pokazują.

Plac Solidarności w Szczecinie

---

Spod Placu Solidarności miałem już tylko kilkaset metrów do miejsca numer trzy na mojej mapie. Na razie chciałem je jeszcze pominąć, bo i tak później miałem być w pobliżu, więc poszedłem do miejsca numer dwa – na skrzyżowanie alei Piastów z Jagiellońską. Swoją drogą jak ktoś lubi stare kamienice to bardzo polecam przespacerować się właśnie wzdłuż Jagiellońskiej i trochę pozadzierać głowę, gdyż przetrwały ich tam całe szpalery i choć mają się różnie to cieszą oko.

Róg Jagiellońskiej i Śląskiej, Szczecin

Co do tego skrzyżowania jednak, to jeden z jego rogów wypełnia duży gmach Szkoły Podstawowej nr 1. To stary, a więc i zabytkowy, neogotycki budynek z przełomu XIX i XX wieku, jak zresztą wszystko wokół. Ta część miasta miała więcej szczęścia i sporo pięknych domów przetrwało wojnę i dziś ma się nawet jako tako. One oraz przede wszystkim wspomniana szkoła są niemymi świadkami wydarzeń sprzed 59 lat, kiedy w tłum ludzi wjechał czołg.

W roku 1962 dzień 9. października wypadał we wtorek. A z wtorkami to różnie bywa, wiadomo. Dla mnie na przykład to najgorszy dzień w tygodniu. Nie środa, ale właśnie wtorek. Douglas Adams, ten od ‘Autostopem przez galaktykę’ raczył mawiać ‘Dziś musi być czwartek. Nigdy nie mogłem się połapać, o co chodzi w czwartki’, a ja mam tak z wtorkiem. W roku 1962 mogło być podobnie, zwłaszcza, że akurat w tamten dzień na mieście miała odbyć się ‘impreza’ z obecnością obowiązkową. Tym eventem był przejazd wojsk Układu Warszawskiego po zakończonych ćwiczeniach Odra-Nysa.

To był jeszcze ten dziwny czas w Polsce, kiedy mieszkańcy ‘ziem odzyskanych’ nie czuli się za pewnie w swoich nowych domach, bo nasza zachodnia granica wciąż nie była uznawana przez RFN, a więc istniała obawa, wciąż zresztą podsycana przez naszych orłów i tych z Moskwy także, że Niemcy wrócą i odbiorą co im zabrano. Poza tym i bez tego było gorąco - to przecież początek lat 60’, a więc czas wielkich przemian na świecie; dekolonizacji, konfliktów, no i chyba najpoważniejszych spięć pomiędzy Wschodem i Zachodem i w sumie stąd też wzięła się idea tych bratnich ćwiczeń, pokazu siły na granicy i późniejszego przejazdu wojsk trzech sprzymierzonych państw po ulicach miasta.

Z tej też okazji szkoły dostały nakaz dostarczenia dzieci na trasę przejazdu, wręczenia im kwiatów oraz zapewnienia opieki, by się nie rozlazły, bo poważnego zabezpieczenia trasy nie przewidziano. Porządku pilnowali jedynie milicjanci.

Szkoła Podstawowa nr 1 w Szczecinie

Kolumna czołgów i reszty sprzętu ruszyła o godzinie 15:00; najpierw Sowieci, bo jak inaczej, potem żołnierze NRD (w ogóle Niemcy w czołgach w Szczecinie, to się super musiało kojarzyć), a na końcu reprezentacja gospodarzy, czyli Ludowe Wojsko Polskie. Ludzie wiwatowali, rzucali kwiatami, dzieci się cieszyły, niektórzy obsiedli okoliczne drzewa, by lepiej widzieć, bo bądź co bądź to była niemała atrakcja i jednak coś emocjonującego. I ja to rozumiem, bo choć „to jest normalne, że się brzydzę przemocą, zarówno tą małą, pod mym blokiem nocą, jak i wielką, w imię pseudoszczytnych racji…” to gdybym miał okazję zobaczyć takią paradę to bym poszedł.

Jak już wspominałem to był wtorek, a więc coś się musiało stać. I nie inaczej. Kierowca, czy też mechanik prowadzący, należącego do LWP, ważącego 36 ton czołgu T54A, stracił nad nim panowanie i wbił się w tłum dzieci stojących vis a vis Szkoły Podstawowej nr 1 przy Alei Piastów 6. Wtedy aleja ta była brukowana, a chwilę wcześniej czołg przejechał po krzyżówce torów tramwajowych i w tym wielu widzi przyczynę poślizgu, jednak nie bez znaczenia była również wysoka prędkość. To był też przejazd, a nie defilada. Różnica tu taka, że niczego nie ćwiczono, bo żołnierze mieli tylko przejechać, utrzymywać pojazdy w szyku, a więc i stałą prędkość, tutaj ok. 25-30km/h i tyle. Niby nie aż tak dużo, ale to jednak czołg, nie jakaś tam Pobieda czy Syrena.

Mały człowiek z czołgiem nie wygra i pod gąsienicami zginęło siedmioro dzieci, sześciu chłopców i jedna dziewczynka. To są dane oficjalne i tyle też nazwisk znajduje się na tablicy pamiątkowej wiszącej przy wejściu do szkoły, ale początkowo mówiono o znacznie większej liczbie ofiar śmiertelnych. Mniej lub bardziej okaleczonych, nierzadko i trwale, również było wielu. Oficjalnie dwadzieściaparę, ale trudno się ich dziś doliczyć, bo władza skutecznie zamaskowała tę tragedię zatajając wszystkie dane o poszkodowanych, między innymi poprzez usunięcie ich z rejestrów szpitalnych. A że usuwano całe strony, to nie wiadomo kto tego dnia trafił do szpitala, bo spotkał się czołgiem, a kto, bo spadł ze schodów. Rodzinom ofiar profilaktycznie nakazano też milczenie wypłacając symboliczne odszkodowania.

Priorytetem było przecież nie drażnić Wielkiego Brata, a więc i informacje podawane w mediach były i lakoniczne i zmanipulowane. Najpierw podano, że tego dnia zginęły dwie osoby, a trzy zostały ranne, ale w wypadku drogowym pod Rzeszowem. Na mieście mówią o jakimś wypadku? To proszę, macie wypadek. To jednak nie wystarczyło, więc w końcu władza zaczęła nagłaśniać inne zdarzenie, katastrofę kolejową pod Piotrkowem Trybunalskim, która wydarzyła się zaledwie kilka godzin po nieszczęściu w Szczecinie i pochłonęła życie kolejnych 34 osób. Ale i tę liczbę poddaje się w wątpliwość. Dziś nie jest tajemnicą, że tamta katastrofa była ówczesnej władzy bardzo na rękę.

Szokiem nie będzie, że i to śledztwo niczego nie wykazało, a winnych nie znaleziono. Wszystko było spoko i w porządku, organizacyjnie tip-top, a winę zwalono na widzów, że swoim zachowaniem zwęzili drogę co miało zdezorientować kierowcę. I najsmutniejsze jest tutaj to, że przy temacie wypadków taka retoryka przetrwała, a victim blaming ma się w mediach świetnie także i dziś i to bez rozkazów z góry.

Nie udało mi się natomiast znaleźć informacji co się stało z załogą tego feralnego czołgu, a to przecież również ich tragedia. Można podejrzewać, że z tą traumą zostali pozostawieni sami sobie lub wojsko rozprawiło się z nimi jeszcze ciekawiej. W końcu byli cokolwiek bardziej wtajemniczeni w organizację imprezy od zwykłych szaraczków. Ale to tylko luźne myśli i domysły, które przychodziły mi do głowy kiedy na przystanku czekałem na tramwaj do Lasku Arkońskiego.

Tramwaj do pętli Las Arkoński

---

Początkowo nie miałem go w swoich planach i nawet nie zaznaczałem na mapie. Spojrzałem jednak na rozkład jazdy tramwajów i wyszło mi, że to nie aż tak daleko jakby się mogło wydawać. Wsiadłem więc w tramwaj linii 5 i pojechałem odsapnąć od zgiełku miasta.

I taki park leśny to naprawdę fajna sprawa. Lubię, gdy miasto ma takie tereny w swoich granicach, bo mieszkańcy muszą mieć gdzie uciec od czasu do czasu. W tamten wtorek niewielu jednak miało na to czas (wiadomo, wtorek…), ale tym lepiej dla mnie. Całego lasku zwiedzić nie mogłem, więc od razu nakierowałem się na punkt obowiązkowy, czyli Wieżę Quistorpa. No, ruiny Wieży Quistorpa. Znajdują się na Wzgórzu Arkony i są dziś chętnie eksplorowanymi ruinkami, miejscem spotkań i lokalną atrakcją, na której zagospodarowanie miasto zdaje się nie mieć spójnej koncepcji.

Ruiny Wieży Quistorpa, Szczecin

Wieża stanęła w roku 1904 z inicjatywy właściciela tych terenów, Martina Quistorpa, w hołdzie swojemu ojcu. Na przełomie wieków Martin Quistorp, podobnie jak jego ojciec Johannes, był wpływowym szczecińskim przedsiębiorcą i fabrykantem i natenczas nie było w mieście osoby, która by go nie kojarzyła. Po samej ilości biznesów, jakie znajdowały się w jego posiadaniu można bowiem uznać, że pracowało dla niego pół Szczecina. I ta budowla na szczycie Wzgórza Arkony od samego początku przeznaczona była właśnie dla mieszkańców i pełniła funkcje rekreacyjne; na samym dole, pod arkadami, znajdowała się ogólnodostępna kawiarnia, natomiast nad nią zbudowano wysoką na dziewięć kondygnacji wieżę z tarasem widokowym. Całość miała z 50 metrów wysokości. Rzecz jasna wszystko było pięknie wykończone i zdobione, co jeszcze poniekąd widać.

Strzeliste budowle rzadko jednak miewają szczęście podczas działań wojennych. W 1942 roku niemieckie wojsko zainstalowało tam bowiem stację radarową, co może i było słusznym posunięciem, ale nie mogło się dobrze skończyć dla konstrukcji. Pierwsze skojarzenie jakie mi się tutaj nasuwa to los kompleksu świątynnego My Son w Wietnamie, o którym pisałem -> tutaj. Tam również podczas wojny zainstalowano radar, co jak wiemy skończyło się dla świątyń bardzo źle. Los kompleksu My Son jest jednak dobrze opisany, natomiast tutaj nie do końca wiadomo czyim celem stała się wieża widokowa; czy to radzieccy artylerzyści mieli dobre oko, czy może trafiła ją zbłąkana aliancka bomba, czy to jednak sami Niemcy wysadzili niepotrzebną już budowlę podczas wycofywania się z miasta. Co źródło to inaczej, lecz najprawdopodobniejszą wersją jest niestety ta ostatnia.

Ruiny Wieży Quistorpa, Szczecin

Jak widać wieży nie odbudowano i tak sobie radośnie popada w ruinę. Niemniej co jakiś czas coś tam przy niej robią - trochę czyszczą, odchwaszczają, jak na przykład na miesiąc przed moim przyjazdem, lecz to wciąż wydaje się być mało. Z drugiej strony może to i dobrze, że rola miasta ogranicza się tylko do prac porządkowych, bo prawdziwy urok tego miejsca jest przecież w tej dzikości i tajemniczości i nie wiem, czy bym się tam fatygował, gdyby to w jakiś sposób zagospodarowano. Rozdarty tu jestem. W każdym razie polecam, bo to ciekawe i osobliwe miejsce na mapie miasta. Świadek historii w końcu. Jak zresztą cały Las Arkoński, który kryje znacznie więcej niż pozostałości Wieży Quistorpa.

Ruiny Wieży Quistorpa, Szczecin

I chętnie bym tam jeszcze połaził, nawet wśród tych komarów co cięły po nogach jak moja Ania Peżotem autostradę na Tarnów, ale musiałem już wracać do centrum. Raz, że kuzynka, a dwa miejsce numer trzy na mojej mapie.

---

To znajduje się w samym centrum, przy alei Niepodległości. Dokładnie pod numerem 36 i jest to… galeria handlowa Kaskada. Nie planowałem zakupów, nie, nie, no, może poza czymś do picia i może jeszcze siku w toalecie, bo bardziej interesowało mnie samo miejsce oraz design głównego wejścia. Stoi ono bowiem w miejscu budynku, który stał tam wcześniej i który do 27. kwietnia 1981 znany był jako kombinat gastronomiczno-rozrywkowy Kaskada. Do, gdyż tamtego wiosennego poranka ta najpopularniejsza miejscówka w Szczecinie i całym województwie, gdzie według zeznań wielu szczecinian należało być chociaż raz, doszczętnie spłonęła.

Kaskadę otwarto w kwietniu 1929 roku jako Haus Ponath, od nazwiska właściciela, znanego restauratora Ottona Ponatha. Otto wymyślił sobie, że przebuduje kilka kamienic i stworzy w ten sposób wielki kompleks gastronomiczno-rozrywkowy z kawiarnią, restauracją, salą balową, kabaretem, ogródkiem i wszystkim, czego pomorscy Niemcy do szczęścia potrzebują, a wszystko to opakuje w modny natenczas w architekturze modernizm. Wyglądało to pięknie, w nocy błyszczało, a ludzie walili drzwiami i oknami i tak to było do wybuchu wojny.

Tę Haus Ponath zniósł stosunkowo nieźle, chociaż część źródeł mówi, że jednak mocno mu się dostało, lecz najwyraźniej nie na tyle, by nie opłacało się go odbudować. I tak po wojnie polska administracja ulokowała w dawnym centrum rozrywkowym Stettina PeDeT, czyli dom handlowy, który działał tam do 1957. Potem nastąpił gruntowny remont i przebudowa i już po pięciu latach, 21. kwietnia 1962 roku otwarto Kaskadę, przywracając tym samym budynkowi jego pierwotną funkcję.

Budynek miał trzy piętra; na parterze znajdowała się restauracja „Kapitańska” z najlepszą obsługą w mieście, kelnerzy zawsze byli w smokingach, a menu wywalone w kosmos, podobnie zresztą jak i ceny, i gdzie, cytując dyrektora kombinatu „prostytutka i cinkciarz mieli tylko raz możliwość wejścia”, cokolwiek to znaczy. Legenda głosi, że Czesław Niemen również nie wszedł, bo przyszedł w kożuchu. Na pierwszym i drugim piętrze znajdowały się odpowiednio sale „Rondo” i „Słowiańska” (tam Niemena witano oklaskami), gdzie ceny były bardziej dostosowane do możliwości szarego człowieczka. Tam też wydawano obiady abonamentowe dla szczecinian. Natomiast na samej górze znajdowała się kawiarnia „Pokusa”, która była czynna do północy.

W noc z niedzieli na poniedziałek lokal hulał i tańczył jak Wielopole w Krakowie dziesięć lat temu kiedy spadły schody do Kitschu*. Ostatni goście ruszyli na automacie ku swoim domom (lub statkom) gdzieś przed czwartą nad ranem i kiedy zrobiło się spokojniej dyrektor przybytku zrobił ostatni obchód sprawdzając, czy ktoś nie załadował się do śpiulkolotu gdzieś pod stołem. Nie znalazł nikogo, więc i on poszedł do domu. A nawet gdyby znalazł to od sprzątania był kto inny, na przykład pani Genowefa i jej odkurzacz.

Kolejny dzień był piękny, ciepły i słoneczny. Poniedziałek, więc na czterdzieści jeden osób, które miały zacząć pracę o ósmej na obiekcie stawiła się ledwie połowa. Pani Genowefa zawsze była z tych sumiennych i po godzinie ósmej śmigała już z odkurzaczem po sali „Kapitańskiej” aż jej się zrobiło gorąco. Zmachana przystanęła na chwilę i aż powiedziała sama do siebie ‘ależ słońce grzeje’, i jakże się musiała zdziwić odkrywając, że to nie słońce, a ściana ognia za nią. Nie zastanawiając się więcej nad wiosenną aurą szybko wyciągnęła kabel z gniazdka i uciekła powiadomić panią Wandzię z recepcji, że Kaskada się pali. Od tego momentu akcja zaczęła toczyć się już bardzo szybko. Straż pożarna przyjechała po kilku minutach, ale rozmiar pożaru zaskoczył nawet zawodowców. Sikawki nie były na tyle wydajne, by ugasić rozszalały już żywioł, a z drabin nie było użytku, bo temperatura nie pozwalała zbliżyć się do budynku. Strażacy zaczęli więc skupiać się na ratowaniu pobliskich bloków i kamienic oraz sąsiadujących z 'Kaskadą' wielkich zabudowań należących do Zakładów Przemysłu Odzieżowego „Odra”. Tu się spisali na medal, chociaż żar był tak wielki, że większość okien i tak była do wymiany. Pecha mieli też ci, którzy tego ranka w pobliżu zaparkowali swoje Fiaciki i Syrenki, bo jedyne co im potem zostało to odkleić je od asfaltu.

Sytuację opanowano już po paru godzinach. Podczas przeszukiwania rumowiska natknięto się jednak na czternaście zwęglonych ciał, ośmiu pracownic i sześciorga uczniów Zasadniczej Szkoły Gastronomicznej, którzy robili w Kaskadzie praktyki. W momencie pożaru wszyscy znajdowali się na wyższych kondygnacjach skąd mieli nieduże szansę na ucieczkę, gdyż fosgen, gaz wydzielający się z palących się tworzyw sztucznych, które na obiekcie były absolutnie wszędzie, zabija nawet w kilka sekund. O wielkim szczęściu mogą więc mówić ci, którym udało się uciec, nie mówiąc już o tych, którzy z punktualnością są na bakier. I tak w życie wygrała m.in. pani Alicja, która mimo, że była na drugim piętrze przeżyła wykopując sobie drogę na zewnętrzny parapet. Stamtąd zdjęło ją dwóch pracowników spółdzielni mieszkaniowej, którzy akurat przejeżdżali obok swoim podnośnikiem koszowym. Jej szefowej, pani Danusi, niestety nie udało się dołączyć.

To już nie były lata 60’, klimat nieco miej gomułkowy, lecz nawet pomimo trwającego ‘festiwalu Solidarności’ wciąż siermiężny, jednak winni musieli się znaleźć. Komisja badająca przyczyny pożaru wykazała długą listę zaniedbań i niedociągnięć, chociaż wg. dyrektora Włodzimierza Malasiewicza wszystko było git, a pożar powstał na skutek celowego podpalenia. Nie dziwne, bo to było jego dziecko, ale dowodów na istnienie postaci, którą przywoływał w zeznaniach nie miał, a i z załogi Kaskady też nikt jej nie kojarzył. Kojarzono natomiast owe zaniedbania, m.in. bardzo zły stan techniczny instalacji elektrycznej, od której wszystko się zaczęło. Dokładnie od gniazdka, do którego swój odkurzacz podłączyła pani Genowefa.

Sąd zasądził kilkuletnie wyroki trzem osobom, w tym dyrektorowi, lecz sąd drugiej instancji je złagodził, a amnestia z lipca 1984 zupełnie anulowała. Niby winnych znaleziono i poniekąd nawet ukarano, ale konsekwencji podejrzewam nie wyciągnięto żadnych. Kiedyś pracowałem w biurze gdzie kable również ułożono bezpośrednio pod wykładziną, a tam gdzie było trzeba złączono przedłużaczami. Jak chłopaki z IT to zobaczyli to zrobili wielkie ‘WTF?!’. Wtedy też zrozumieliśmy, dlaczego właściciel budynku nie pozwalał podłączać farelek w zimie.

Galeria Kaskada, Szczecin

Po Kaskadzie został żelbetonowy szkielet, który wkrótce zresztą rozebrano zostawiając pusty plac. Ten jeszcze długo miał przypominać szczecinianom o tragedii z kwietnia 1981 roku, lecz teren był zbyt atrakcyjny, by tak sobie leżeć odłogiem i miasto chciało go zagospodarować poprzez sprzedaż. Historia sprzedaży działek w centrum miasta jest dziwna i zagmatwana, jak to w każdym dużym mieście bywa, lecz kiedy już doszło do porozumienia, tj. w roku 2008, to bardzo szybko zaczęły się wyburzenia. Pod kleszcze maszyn poszły wspomniane już wyżej zabudowania ZPO ‘Odra’ oraz także Teatru Lalek ‘Pleciuga’ i na ich miejscu stanęła Galeria Handlowa ‘Kaskada’. Oficjalne otwarcie miało miejsce z końcem września 2011 roku. Wejście od strony placu Żołnierza Polskiego architektonicznie przypomina legendarną 'Kaśkę', natomiast przy bramie od strony ulicy Edmunda Bałuki zawisła tablica upamiętniająca ofiary pożaru, który zniszczył to popularne wśród marynarzy miejsce.


Historia Zakładów Przemysłu Odzieżowego "Odra" również jest ciekawa, lecz niestety podobna do wielu innych, które nie przetrwały zderzenia z III RP. Po zakładach Odra została jedynie mozaika, którą można obejrzeć w Muzeum Historii Szczecina w Ratuszu Staromiejskim. Ten ludzik z mozaiki stał się z czasem logiem przedsiębiorstwa, swoją drogą świetnym. Autorem mozaiki był zmarły w tym roku Jan Zdarewicz, a poczytać o niej można na przykład -> tutaj.

--- 

Siedząc na Placu Andersa, będącego dziś fajnym parkiem, a kiedyś wojskowym cmentarzem, dostałem wiadomość od kuzynki, że spotkania nie będzie. Powody jasne, nie ma co wnikać, aczkolwiek szkoda wielka, bo następnego dnia miałem już być gdzie indziej, a Szczecin wciąż, podobnie jak na początku notki, rzadko kiedy leży mi po drodze. Chwilę się zastanawiałem co zrobić, bo pod to spotkanie zorganizowałem sobie dzień i z jednej strony miałem sporą jego część przed sobą, a z drugiej niemało kilometrów w nogach. Wymyśliłem, że może już dam spokój Szczecinowi i sobie gdzieś pojadę – po głowie chodził mi Krzywy Las pod Gryfinem oraz Międzyzdroje. A jak nie to może Wolin, chociaż w sumie nawet do dziś nie wiem, czy tam cokolwiek jest do zobaczenia. Połączenia z lasem nie były jednak za szczęśliwe, bo wychodziło mi, że albo musiałbym się plątać po tym lesie przez ponad półtorej godziny albo nie zdążę nawet dojść jak będę musiał już wracać na stację. No to te Międzyzdroje. Tu już lepiej i nawet pociąg miałbym za chwilę. Poszedłem na dworzec i już prawie kupowałem bilet, już prawie płaciłem, już go prawie miałem, gdy przypomniałem sobie to, o czym także pisałem na początku notki – nie muszę przecież wciąż gdzieś zapierdalać. Mogę przecież odpocząć. 

---

Z rzeczy koniecznych zostawionych na wieczór zostało mi tylko coś zjeść. A w Szczecinie jest w czym wybierać i długo nie mogłem się zdecydować, aż w końcu rozbolała mnie od tego głowa. Ostatecznie wybrałem jakieś sieciowe sushi. Dobre, ale bardzo przekombinowane i gdyby to podać w Japonii to złapaliby się za głowy. Zadowolony, ale i obciążony poszedłem zobaczyć Wały Chrobrego, wizytówkę miasta. W sumie również przecież konieczność.

To założenie urbanistyczno-architektoniczne powstało na początku XX wieku, a jego budowa trwała niemal dwadzieścia lat. Na początku uformowano wielki, półkilometrowy wał wzdłuż Odry, na którym następnie wytyczono tarasy, ścieżki spacerowe, placyki, schody i zjazdy. A wszystko do bólu symetryczne. Następnie zabrano się za budynki, które dziś są na każdej widokówce ze Szczecina, czyli: Urząd Wojewódzki, Muzeum Narodowe oraz Akademię Morską. Rzecz jasna to ich obecne funkcje.

Fontanna przy Wałach Chrobrego, Szczecin

Dziś Wały Chrobrego to bardzo przyjemne miejsce na wieczorny spacer i piwko w którejś z kawiarni. To nie tylko moja opinia, a także zaskakująco wielu ludzi jak na wtorek. Podświetlana fontanna również jest oblegana i zrobić tam zdjęcie bez uśmiechniętej rodziny w tle jest niemożliwością, ale tak na dobrą sprawę to przecież pozytywna rzecz. Zresztą nie dziwne, bo każda fontanna przyciąga ludzi. Nawet te patofontanny posadzkowe, które polskie samorządy tak sobie ukochały, a przeróżne służby regularnie rozjeżdżają.

Na Łasztownię, wyspę po drugiej stronie Odry, już nie starczyło mi sił. Myślę, że następnym razem zajrzę, bo Internet mówi, że warto. Tamtego wieczoru odbiłem jeszcze rzucić okiem jak się ma imprezowe życie we wtorki na Deptaku Bogusława (ma się nieźle) i wróciłem do hotelu. Następnego dnia musiałem pozbierać się w sobie dość wcześnie, by zdążyć na pociąg zmierzający do kolejnego celu tej mojej krótkiej wycieczki. Miasta, które niegdyś mogło poszczycić się mianem stolicy województwa – do Koszalina.

Widok na Odrę Zachodnią i m.in Łasztownię z Wałów Chrobrego, Szczecin

---

A wracając do tematu. Te trzy wypadki niestety naprawdę miały miejsce. I zginęli w nich prawdziwi ludzie, którzy mieli swoje życia, rodziny i plany na przyszłość. Część z tych, którzy odnieśli wtedy rany zapewne jeszcze żyje i wciąż odczuwa skutki tamtych wydarzeń. Z powyższego tekstu nie płynie żadna mądrość, bo to tylko suchy opis na podstawie wielu innych, ale jakaś puenta się należy. Zwłaszcza jeśli ktoś tu w ogóle dotarł. Bo jakkolwiek by to nie było banalne i oczywiste, to wypadki się zdarzają i będą zdarzać, jednak rzadko kiedy same z siebie. Zawsze jest jakaś przyczyna i bardzo często jest nią człowiek. Czasem jest to jego głupota, bezmyślność i indolencja, a czasem zwykłe roztargnienie, nieuwaga lub zmęczenie. Istotnym jest, by z każdej takiej tragedii wyciągać odpowiednie wnioski. Bo słuszna kara dla winowajcy to jedno, ona jednak ani nie cofnie czasu, ani niczego nie zmieni, ani najprawdopodobniej niczego też nie nauczy, ale wyciągnięte wnioski mogą uratować setki. Przepisy bezpieczeństwa nierzadko są krwią pisane, a opisany wypadek tramwaju i jego następstwa niech będą na to przykładem. Nie wiem czy to dobra puenta, w każdym razie uważajcie i na siebie i na innych.

---

Powyższa ściana tekstu jest o wszystkim i o niczym, ale mam nadzieję, że przeważa to pierwsze. Sporo tu jednak historii, a więc oto i źródła:

Przede wszystkim Czarny Serial emitowany przez TVP w latach 2000-2001, konkretnie dwa odcinki „Kaskada” i „6-stką do śmierci”. Poza tym reportaż Iwony Bartólewskiej z 1996 pt. ‘…i wjechał czołg’. Wszystko do znalezienia na YT: -> tu, -> tu i -> tu.


Wypadek tramwaju z 7. grudnia 1967:
http://www.swiatowy.org/bilety/1967/wyszaka.html
https://szczecin.naszemiasto.pl/katastrofa-powojennego-szczecina-wielki-wypadek-tramwajowy/ar/c16-4338325
https://tvn24.pl/magazyn-tvn24/zdjela-z-glowy-beret-zaczela-wycierac-z-tramwaju-krew-wokol-walaly-sie-trupy,129,2305
 
Wypadek na przejeździe wojsk Układu Warszawskiego:
https://gs24.pl/na-piastow-czolg-wpadl-w-poslizg-zginelo-siedmioro-uczniow-przypominamy-o-tragedii-sprzed-59-lat/ar/c1-9000248
https://joemonster.org/art/39215
 
Pożar Kaskady:
http://sedina.pl/wordpress/index.php/2005/01/11/poar-kaskady/
https://szczecin.wyborcza.pl/szczecin/56,150424,19217606,pusty-plac,,5.html
https://szczecin.naszemiasto.pl/taka-byla-nasza-kaskada-raport/ar/c8-3088088
https://ekurier.24kurier.pl/Art/Show/150102 - płatny
 
O Wieży Quistorpa sporo wiedzy zaciągnąłem stąd:
https://www.gancarczyk.com/wieza-quistorpa-ciekawostki-mapa-dojazd/
 
*A tutaj o tym, o co chodzi ze schodami do Kitschu:
https://wiadomosci.onet.pl/krakow/zawalone-schody-w-klubie-pelnym-ludzi-relacja-swiadka/dfcv60h

To te najważniejsze. Mam nadzieje, że niczego nie pominąłem, bo Internet jest długi i szeroki i mogło mi się o czymś zapomnieć. Poza tym nie mogę nie wspomnieć wszechwiedzącej i niezbędnej do funkcjonowania Wikipedii.

Ponadto przytoczony w tekście fragment o brzydzeniu się przemocą jest autorstwa Kazika Staszewskiego z genialnego utworu ‘Łysy jedzie do Moskwy’. Znajdziemy go na albumie 'Oddalenie' wydanego w roku 1995. Ja wolę jednak wersję rockową wydaną pięć lat później pod szyldem Kazik na Żywo z albumu ‘Las Maquinas de la Muerte’, lecz bez względu na wersję to jeden z najlepszych tekstów Kazika i również pięknie pasujący do opisanych tu wydarzeń.

Fragment o śmieszkowaniu z ludzi jadących do pracy pochodzi z repertuaru kabaretu Tey i piosenki ‘Ja Was widziałem’ z bodaj 1980 roku. Napisał Zenon Laskowik, zaśpiewał Bohdan Smoleń. Tam też akcja dzieje się w tramwaju, tyle że wszyscy bezpiecznie dojechali do celu.

I na koniec kilka dodatkowych zdjęć:

Deptak Bogusława

i z drugiej strony

Między kamienicami bywają takie kwiatki

albo takie

najważniejsze jednak, że są tramwaje