Islandia cz. 4: biało jak nigdzie indziej
Kolejny poranek był tym jedynym, kiedy nie musieliśmy się zrywać z samego rana i gdzieś pędzić. Poleżeliśmy dłużej, następnie poszliśmy spokojnie na śniadanie, gdzie najedliśmy się tyle, by starczyło na większość dnia, i w końcu niespiesznie wróciliśmy do naszego koreańskiego maleństwa, które przez noc zdążyło pokryć się niewielką warstwą świeżego śniegu. Od rana bowiem prószyło, a niebo było zachmurzone. Prognoza więc nie kłamała i dzień tak się właśnie miał zapowiadać. Nie zrażaliśmy się tym, bo plan na poniedziałek był prosty - jedziemy do miasteczka Hveragerði , które podziwialiśmy dzień wcześniej z góry, tam uderzamy na szlak do gorącej rzeki, toczymy wewnętrzne walki przed decyzją o rozebraniu się przy temperaturze -3st C., a następnie wygrzewamy wnętrzności . No, a potem to się zobaczy i może gdzieś się jeszcze zatrzymamy jak będzie czas. Dalej już tylko lotnisko i dom. Proste. Co tu może pójść nie tak? Otóż na przykład wszystko. Rankiem w Hvolsvöllur przyjemnie prósz...