12 mar 2017

Jesteśmy w Polsce - Radom i dlaczego jest Radomiem

,
Internet odkrył Radom w grudniu 2012 roku po akcji 'chytrej baby', która podczas miejskiej wigilii zagarnęła dla siebie trzy butelki napoju 3 Cytryny. Potem wyszło, że jedna była dla kogoś z tyłu, a druga dla osoby, która nie mogła przyjść, ale kto by w to wnikał. Chytra baba zabrała trzy i koniec. Mimo wszystko idea wspólnej wigilii trochę tam wtedy upadła, abstrahując już nawet od naszej bohaterki. Miasto już wcześniej nie miało najlepszego PRu, z czego zresztą chętnie korzystały różne przaśne kabarety, ale to wtedy właśnie Radom stał synonimem obciachu i Radomiem, z którego można się nabijać. Potęga Internetu sprawiła, że Wąchocka już nikt nie kojarzy, a żarty o Sosnowcu znają tylko ci, którzy albo są ze Śląska albo mają tam znajomych. Zresztą mój ulubiony to: dlaczego w Katowicach mieszkania na najwyższych piętrach są najtańsze? Bo widać z nich Sosnowiec (hohohoh).

Dla mnie Radom od zawsze po prostu był i nie kojarzył się z niczym ani dobrym ani złym. Niewiele też o nim wiedziałem, może coś z historii najnowszej oraz, że jest jednym ze starszych miast w Polsce, ale to tyle. Kilka lat temu, z osiem będzie, trochę więcej światła na Radom rzuciła pochodząca stamtąd nowo poznana koleżanka. Według jej zeznań do Radomia absolutnie nie ma po co jechać, a przy Rynku godne spojrzenia są tylko domy Gąski i Esterki, bo stare. Poza tym to miasto, z którego raczej się wyjeżdża niż do niego podróżuje. To były czasy kiedy w głowie kiełkował mi już plan zobaczenia wszystkich byłych miast wojewódzkich i Radom, rzecz jasna, znajdował się na trasie. Nie był jednak żadnym priorytetem, a ja sam ten plan miałem raczej w proszku niż go faktycznie wdrażałem. Poza tym z Krakowa do Radomia wciąż trudno było się dostać - ok, pociąg był, ale w takich godzinach, że wyjazd na jeden dzień był trudny do wykonania. Dziś zresztą nie jest lepiej.

Skąd zatem pomysł wycieczki do Radomia akurat teraz? To proste - stamtąd miałem lot do Lwowa. 

Ale spokojnie, heheszki na bok. Takich lotnisk, z których nic nie lata od nowości jest w Europie znacznie więcej. O nich może pod koniec wpisu. Natomiast to będę miał do portfolio. Jednak najpierw musiałem się do tego Radomia dostać - i znów rękę wyciągnął PolskiBus. Pociąg byłby oczywiście szybszy, ale bezpośredni znalazłem tylko jeden, gdzieś po 5. rano, a potem już tylko z przesiadkami w Kielcach. Nie, dzięki.

Dworzec kolejowy w Radomiu
PolskiBus wysadził mnie na radomskim dworcu autobusowym kilka minut po dziesiątej rano. Jaki jest dworzec w Radomiu? Normalny. Wiata, kilka stanowisk i niewielki budynek z kasami i poczekalnią, którego zdjęcie wkleiłem powyżej. Może nie jest pięknie, ale gdzie niby jest? Na pewno jest lepiej niż na przykład w Nowym Sączu czy Warszawie, która do dziś jako takiego spójnego dworca autobusowego nie ma. Niby jest to klepisko przy dworcu zachodnim, ale lepiej udawać, że go tam nie ma. Zwłaszcza budynku stojącego obok. W Radomiu nawet to jakoś wygląda, chociaż w porze mokrej droga przed budynkiem zamienia się w jezioro. Kilkadziesiąt metrów dalej znajduje się dworzec kolejowy. Do Radomia kolej dojechała w latach 80' XIX wieku i wtedy też powstał obecny budynek dworca. Wiadomo, tam gdzie pojawiała się kolej, tam też pojawiała się szansa na rozwój i Radom bynajmniej jej nie przespał.

Ulica Piłsudskiego
Czasu miałem mnóstwo, więc wolnym krokiem poszedłem w kierunku Śródmieścia i Miasta Kazimierzowskiego, najpierw ulicą Traugutta, a potem Piłsudskiego. Ta pierwsza jest bardzo zwyczajna; zwykłe kamienice, sklepy, punkt lotto, monopol, natomiast Piłsudskiego to już ładna brukowana aleja, wzdłuż której stoją kamienice z przełomu XIX i XX wieku. Ulicę kończy Plac Konstytucji 3 Maja i znajdująca się w jego centrum była cerkiew św. Mikołaja, dziś Kościół garnizonowy św. Stanisława Biskupa. Obszedłem świątynię i znalazłem się na reprezentacyjnym deptaku Radomia, ulicy Żeromskiego. Rozglądam się wokół - na razie jest naprawdę nieźle. Ławeczki, kwietniki, drzewka. Wziąłem poprawkę na luty - no, ładnie. Ok, widziałem też kilka odrapanych i pustych kamienic, ale w Krakowie obok Rynku też są i wcale nie wyglądają lepiej.
Pusta ulica Żeromskiego
Niedzielne przedpołudnie w Radomiu było ciche i spokojne, a ulice puste. Wszyscy byli w kościołach albo jeszcze spali. Szedłem więc powoli i rozglądałem się w lewo i prawo szukając przy okazji jakiegoś miłego miejsca, w którym potem mógłbym posiedzieć i się rozgrzać. Z akcentem na potem - przed godziną 12 większość lokali jest jeszcze zamknięta. W okolicach Placu Kazimierza Wielkiego ulica Żeromskiego przechodzi w Rwańską i nią dojdziemy już do samego Rynku. W tym miejscu też Śródmieście przechodzi w historyczne Miasto Kazimierzowskie lokowane przez, i tu bez niespodzianki, Kazimierza Wielkiego. Minąłem pomnik Marii i Lecha Kaczyńskich i krajobraz zaczął się zmieniać. Już wcześniej zauważyłem, że im bliżej Rynku jestem, tym stan kamienic jest gorszy.
Neon na kamienicy z adresem Żeromskiego 4
Moją uwagę przykuła kamienica pod adresem Żeromskiego 4. Według przytwierdzonej do fasady tabliczki jest to zabytek liczący ponad 140 lat i niestety na tyle właśnie wygląda. Kamienica jest w kiepskim stanie i jedynym śladem niedalekiej bytności człowieka jest niegdyś piękny neon sklepu spożywczego Kasia. Dziś niestety zjadany przez czas i grzyb. Sklep zniknął z mapy Radomia około roku 2008 i od tamtego czasu zarówno on jak i cała kamienica niszczeją sobie spokojnie. Plota znaleziona w Internecie głosi, że właściciel wymówił umowę najemcom, bo jakiś bank obiecał mu więcej hajsu przy jednoczesnym wyremontowaniu kamienicy. No cóż, teraz już wie, że bankom się nie ufa. Następne kamienice są już przy ulicy Rwańskiej i... co tu się stało? Pierwsze domy jeszcze jakoś wyglądają, jest nawet informacja turystyczna (pn-pt 10-17), potem kościół św. Jana Chrzciciela, ale im dalej tym gorzej. Właściwie za kościołem wszystkie kamienice przy tej ulicy są puste i w stanie, który nie zwiastuje ich odratowania.

Nowy Ratusz przy Rynku
I Rynek. Na lodowisku samotny, smutny pan wycinał ósemki, obok ktoś wchodził w boczną uliczkę targając wielkie siaty, a dalej jakiś starszy pan wyprowadzał na trawnik równie sędziwego psa. Trochę jak w wierszu: 'I nudno, i smutno, i nie ma komu podać ręki.' Pierzeja wschodnia Rynku to wspomniane wyżej ruiny - drzwi zabite deskami, okna zamurowane, a mury podtrzymywane wielkimi belami. Widok StreetView z 2012 pokazuje stan tylko odrobinę lepszy, w kamienicach 14 i 15 są jeszcze okna, które dziś są zabite jakąś dyktą. Pozostałe pierzeje prezentują się już lepiej. Południowa na przykład to tylko trzy domy; dwie kamienice i wielkie muzeum im. Jacka Malczewskiego. Jest to budynek z połowy XVIII wieku i oryginalnie służył jako Kolegium Pijarów.
Domy Gąski i Esterki
Pierzeja zachodnia to kolejne pięć kamienic, z których cztery zostały wyremontowane w ostatnich latach. Do odratowania została jeszcze jedna pod numerem 8. Najlepiej prezentuje się pierzeja północna. To tu są domy Gąski i Esterki, kolejne dwie niedawno odremontowane kamienice i ogromny ratusz, zwany Nowym, zbudowany w połowie XIX wieku. Domy Gąski i Esterki datuje się XV wiek, ale tylko ten pierwszy jest oryginalny. Dom Esterki wysadzili w powietrze wycofujący się Niemcy i dopiero po 10 latach udało się go zrekonstruować na bazie oryginalnych fundamentów. Dziś w obu kamienicach mieści się muzeum sztuki współczesnej.

Spoglądam teraz na swoje zdjęcia oraz na StreetView i widzę, że miasto nie zatrzymało się w miejscu i próbuje ratować co się da. To daje nadzieję, że wkrótce wszystkie okoliczne kamienice odzyskają swój blask, nawet te od wschodniej strony Rynku. Niemniej jeszcze ogrom pracy jest tam do zrobienia. Kamienica w bezpośrednim sąsiedztwie muzeum Malczewskiego również jest w stanie naturalnego rozkładu. Za nią znajdują się kolejne dwie, które wyglądają jeszcze gorzej. Właściwie cała przestrzeń między ulicami Żytnią, Wałową, a Limanowskiego jest do zaorania i postawienia na nowo. Już nawet pomijając stan tych budynków to ich ułożenie jest wbrew jakiemukolwiek porządkowi urbanistycznemu.
Tu były średniowieczne mury okalające Radom
I to jednak razi, gdyż obok znajdują się zrekonstruowane ruiny radomskiego Zamku Królewskiego i średniowiecznych murów z XIV wieku, którymi Radom może się pochwalić. Zrekonstruowane ruiny... to chyba nie ma sensu. Powiedzmy więc, że zrekonstruowane pozostałości. Sama ulica Wałowa parę lat temu przeszła gruntowną rewitalizację i dziś również prezentuje się ładnie. Przynajmniej od strony tych fragmentów murów... druga pierzeja już nie tak bardzo. Poszedłem tą ulicą w stronę Placu Stare Miasto, gdyż znajduje się on po drodze do kolejnej atrakcji Radomia X-wiecznego Grodziska "Piotrówka". Plac Stare Miasto tworzy szpaler domów typu "polska kostka", kościół św. Wacława na środku i kilka starych chałup wokół. Dość przeciętnie. Gorzej wygląda ulica Św. Wacława, zwłaszcza o tej porze roku. Suchą stopą nie przejdziesz, ale tylko tak mogłem dojść do "Piotrówki".
Grodzisko "Piotrówka"
Grodzisko oznaczone jest dużym głazem z płaskorzeźbą, schodkami oraz trzema wysokimi drewnianymi palami z datą 1155, które być może są nawet z tego okresu, bo u dołu są już tak przegniłe, że powali je każda mocniejsza wichura. Wszedłem po schodkach i... no i nic. Teren jest zaniedbany i zdecydowanie za rzadko koszony. Mniej więcej na środku stoi krzyż, do którego prowadzi wąska i błotnista ścieżka. Prawdopodobnie oznacza on miejsce, w którym niegdyś stał kościół Św. Piotra. Jest tam co prawda tablica z opisem, ale tekst wypłowiał już dawno temu i nie dałem rady doczytać. Wokół walają się butelki i inne śmieci i choć szukałem to nie znalazłem niczego na czym mógłbym dłużej zawiesić oko. W lutym byłe grodzisko prezentuje się nadzwyczaj smutno. Pewnie inaczej to wygląda latem, kiedy wokół jest zielono, a jego teren staje się miejscem częstych ognisk, piwkowania i utraty dziewictwa przez miejscowe nastolatki.
Grodzisko "Piotrówka" i ... nic
Bądźmy jednak realistami. Historią w Polsce mało kto się interesuje, chociaż wszyscy chętnie się wypowiadają, zwłaszcza o tej najnowszej, i tak zamierzchłe czasy jak Polska z czasów piastowskich nie są częstym tematem rozmów nad niedzielnym schabowym. Mimo wszystko szkoda, by takie atrakcje się marnowały. No ale... w końcu przecież zostało jakoś oznaczone i nawet znajduje się na turystycznych mapach, tak? No tak, a to już jest naprawdę bardzo dużo. Póki co największe zainteresowanie tematem byłego grodziska wykazali archeolodzy, którzy badali to miejsce parokrotnie. Ostatni raz w latach 2009-2013. Myślę jednak, że utworzenie brukowanej ścieżki do tego krzyża bardzo temu miejscu nie zaszkodzi, podobnie jak postawienie jakichś wandaloodpornych ławeczek to tu to tam. Kosze na śmieci również nie byłyby złym pomysłem, podobnie jak nowa tablica informacyjna pod krzyżem. Niby jest jeszcze jedna przy schodkach, ale to niewiele. Jeśli to jednak przekracza budżet Radomia lub urzędnicy boją się dewastacji, to niech chociaż koszą tam trawę trochę częściej. Chyba, że nie można, w co wątpię. Co ciekawe nie byłem tego dnia jedynym zainteresowanym tym miejscem turystą.

budynek Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego, 2017
Wróciłem na ulicę Żeromskiego i do punktu wyjścia przy Placu Konstytucji 3 maja. Niedawno otwarto tam nowy pawilon oraz uporządkowano plac, którego tłem jest były budynek Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego w Radomiu. Na StreetView z roku 2012 wygląda na całkiem zadbany, natomiast obecnie albo przechodzi remont, albo coś w nim tąpnęło. Z tego co wyczytałem to jedno i drugie, bowiem od niedawna nieruchomość ma nowego właściciela, który zobowiązał się tchnąć życie w ten zabytek. Niestety, jak to bywa w tym pięknym kraju nad Wisłą i jest związane z deweloperami, wszystko teraz może stanąć, a całość trafić szlag, bo inwestor zabrał się do tego od dupy strony i teraz ma prokuratora na karku. I dziś na budynku pozbawionym dachu wisi banner 'na sprzedaż/wynajem'. Żywię nadzieję, że tak tego nie zostawią, gdyż byłoby cholernie szkoda, gdyby to jedno z dzieł Marconiego się zmarnowało.

Ławeczka Leszka Kołakowskiego
Bardzo ładnie natomiast prezentuje się pobliski budynek Gmachu Banku Państwa oraz stojący nieco dalej ogromny Pałac Sandomierski z I połowy XIX wieku projektu włoskiego architekta Antonio Corazziego. Ten drugi od początku swojego istnienia był siedzibą jakichś władz, a to wojewódzkich, a to miejskich i tak jest i dziś. Mieści się tam urząd miasta. Vis a vis pałacu ulokowano słusznej powierzchni Park Kościuszki, który nawet pomimo chłodnej lutowej pogody pełny był spacerowiczów. Albo to mieszkańcy wyszli właśnie z mszy odbywającej się w pobliskiej katedrze. Park jest zadbany i ładnie urządzony, chociaż podobno naprawdę piękny był zanim zabrały się za niego władze PRL. Można sobie więc tylko wyobrazić jaki był kiedyś. Dziś zdobi go pomnik Jana Kochanowskiego, obelisk ku czci Kościuszki, muszla koncertowa i jakieś sztuczne ruinki. Zresztą w Radomiu pomniki bardzo lubią i mają kilka niezłych. Na przykład w centralnej części Rynku, na wysokim cokole, stoi odsłonięty w roku 1930, czego świadkiem był sam Józef Piłsudski, Pomnik Czynu Legionów. Nie postał długo, gdyż Niemcy zniszczyli go jako jedną z pierwszych rzeczy po wejściu do miasta. Dopiero w roku 1998 wrócił na swoje miejsce. Natomiast najnowszym dziełem jest ławeczka Leszka Kołakowskiego postawiona w pobliżu kościoła garnizonowego w październiku zeszłego roku. Poza wszystkimi wymienionymi Radom zdobi jeszcze pomnik pamięci dzieci nienarodzonych. Ale ja nic nie mówię.

Resztę pozostałego mi czasu spędziłem w małej kawiarence u zbiegu ulic Żeromskiego i Mickiewicza. Była pierwsza z brzegu i wyglądała na spokojną. Pomijając mnie i panią za ladą, średnia wieku wszystkich gości dochodziła tam do 80. Usiadłem nad herbatą i ciastkiem i zacząłem się zastanawiać - dlaczego Radom jest Radomiem? Na pierwszy rzut oka nie wygląda przecież aż tak źle. Idealnie nie jest, bardzo dobrze też nie... dobrze... no, dobrze to też tak średnio. Ale co ma być to jest. W tym także komunikacja miejska, której autobusy jeżdżą w miarę często i to nawet w niedzielę. Główny punkt przesiadkowy jest pod dworcem kolejowym gdzie znajdziemy nawet automat do sprzedaży biletów (pojedynczy - 3zł). Radom niczym nie różni się od innych miast o podobnej liczbie ludności. Skąd więc ta zła opinia? Że bloki i dresiarnia w czapkach wpierdolkach? A gdzie ich nie ma? W lecie na krakowskich Plantach wszędzie tego pełno i to pomijając już nawet kibolską patologię, chociaż to się najczęściej łączy. Nie inaczej jest we Wrocławiu czy Poznaniu, nie mówiąc już o elemencie warszawskim. Bloki tak samo - Kraków ma Prokocim, Warszawa Ursynów, Wrocław Krzyki, a Gdańsk Stogi. Ale to są  przecież dużo większe miasta, teoretycznie 'te lepsze'.

By odpowiedzieć sobie na te wszystkie pytania trzeba sięgnąć do historii najnowszej. Radom został 'wyzwolony' 16. stycznia 1945 roku i już dziesięć miesięcy później, 30. października, radomska młodzież jako pierwsza dała upust swojej radości z obecności nowego okupanta. Chociaż tak naprawdę oni mieli po prostu za ciemno w szkole. Poszli więc na Żeromskiego i stanęli pod latarniami twierdząc, że skoro w ich szkole nie ma prądu to tylko tak mogą się uczyć. Ktoś im poradził, że o światło trzeba pytać władze miasta, no to poszli do prezydenta. Ten jednak nie pomógł, bo wyzywanie zgromadzonych od bydła i hołoty nie okazało się dobrą strategią. Towarzyszący mu oficer UB miał jeszcze lepszy pomysł, bo zagroził, że jak się dzieciarnia nie rozejdzie, to rozstrzela delegację uczniowską. Doszło do starć z milicją, ale w końcu nikogo nie udało się zatrzymać. Największym beneficjentem zamieszek został tamtejszy szklarz, który miał potem robotę przy domu prezydenta. W tamtych dniach reżim dopiero raczkował, więc wobec nikogo żadnych konsekwencji nie wyciągnięto i nawet szybko oddano prąd. Ta mała manifestacja została niedawno odkopana, ale wciąż mało kto o niej słyszał nawet w samym Radomiu. Co innego wydarzenia z czerwca 1976. O nich każdy pamięta do dziś.
Jeszcze przed II Wojną Światową Radom został włączony do Centralnego Ośrodka Przemysłowego. Powstały tu fabryki i ośrodki kulturalne, dzięki czemu całe miasto przeżywało drugą młodość. Dofinansowanie dostała na przykład Fabryka Broni Łucznik istniejąca w Radomiu już od roku 1922. Po wojnie w mieście powstało wiele kluczowych dla odbudowującego się państwa zakładów pracy i fabryk; Radoskór - na bazie przedwojennej fabryki przedsiębiorstwa Bata, Fabryka Łączników, Fabryka Telefonów Ericsson, Zakłady Tytoniowe no i istniał wspomniany już Łucznik. W Radomiu była praca i było co robić. Wszystko skończyło się po wydarzeniach z 25. czerwca 1976 roku. Po dziś dzień opinie o tych protestach robotniczych są różne.. Niektórzy mówią, że było powstanie przeciwko ustrojowi i władzy, a inni, że po prostu nie było zgody na drastyczne podwyżki żywności, które rząd zapowiedział dzień wcześniej. Jedni mówią, że to była prowokacja, a inni, że spontaniczny zryw. Cóż, ja nie wiem -  wtedy nie było mnie nawet w dalekosiężnych planach, jednak potrafię sobie wyobrazić ten gniew, wewnętrzny sprzeciw i w końcu publiczną reakcję na kolejną podwyżkę podstawowych artykułów żywnościowych. To przelało czarkę goryczy i spowodowało, że w ludziach coś pękło. Władza w ciemię bita też nie była i spodziewała się protestów, ale nie w Radomiu i w ramach 'ćwiczeń' wysłała tam tylko niewielką grupkę ZOMOwców. Protestujący robotnicy, a było ich nawet dwa tysiące, przez większość dnia mogli walczyć z małymi grupkami sił porządkowych. Spłonął również budynek partii, z którego wcześniej wyniesiono skitrane tam puszki z szynką. Dopiero milicyjne posiłki, wśród których znaleźli się także prowokatorzy w cywilu, rozpętały w mieście piekiełko. Prowokatorzy rozbijali szyby w sklepach i nakłaniali do grabieży - biała gorączka tłumu była już nie do zatrzymania. Wieczorem rząd wycofał się z podwyżek, a Komitet Centralny z Gierkiem na czele szykował dla radomian najsurowszą karę z możliwych. Postanowiono, że Radom należy zgnoić i obrzydzić. Radom ma zostać zerem. O Radomiu i jego mieszkańcach, o tych warchołach i bandytach, nikt nie będzie mógł powiedzieć dobrego słowa. To musi być atmosfera, prawda, pokazywania na nich, jak na czarne owce - tak to określił Gierek. A im więcej ludzi straci pracę, tym lepiej. W późniejszych dniach rząd organizował 'spontaniczne' manifestacje poparcia dla władzy i ustroju, także w Radomiu, gdzie na stadion Radomiaka spędzono wszystkich robotników, a niektórzy zostali uszczęśliwieni kartkami, z których mieli przeczytać tekst do ogółu, jak oni kochają władzę i jak bardzo przepraszają za ten bandycki element co w mieście narozrabiał. Państwo przestało o to miasto dbać i dobra passa Radomia skończyła się na zawsze. Czynnik psychologiczny również tu zadziałał - Polacy dali władzy spokój na kolejne cztery lata. Wydarzenia kolejnej dekady każdy mniej więcej zna, ale dla Radomia to niczego nie zmieniało. Doczepiona przez komunistyczne władze łatka była nie do ruszenia.
W roku 1996 powstał trzyodcinkowy dokument o wydarzeniach czerwca 1976 roku i ich następstwach. Do obejrzenia na Vimeo -> tu.

Zmiana ustroju i późniejsze przekręty na najwyższych szczeblach władzy spowodowały spustoszenia także i w Radomiu. Część fabryk upadło, a pozostałe zmniejszyły zatrudnienie. Co prawda Łucznik istnieje i dzięki wsparciu państwa radzi sobie nieźle, ale byłe zabudowania Zakładów Metalowych wciąż straszą przy wjeździe do miasta. Radoskór wytrzymał w nowej rzeczywistości tylko 10 lat. Ericsson się przekształcił i działa do dziś, podobnie zakłady tytoniowe, niemniej nie ma mowy o dawnej świetności. W roku 1993 zamknięto kino Odeon, którego budynek dziś straszy na radomskich Glinicach. Brzmi słabo, no ale... z Radomia jest przecież firma Zbyszko, której najlepszą reklamę zrobiła wspomniana na początku 'chytra baba'. Sam co prawda niczego od nich nie kupuje, ale jakoś sobie z tym radzą. Na drugim krańcu miasta niedawno powstała fabryka firmy Fifor produkująca chipsy, która już zdążyła zdobyć 30% rodzimego rynku. Jak kupujecie chipsy w Bied(r)zie, to prawdopodobnie są właśnie stamtąd. Czy zatem w Radomiu jest aż tak źle, że doczepiona przez Gierka łatka 'klasowej pierdoły' wciąż ma rację bytu? Myślę, że nie, chociaż tutaj pracę muszą wykonać sami radomianie, zwłaszcza ci w tamtejszym magistracie, a nie jakiś koleś, który był w Radomiu parę godzin i myśli, że wszystko o tym mieście wie i zna rozwiązanie na wszystkie jego problemy. To co z tego, że warszawka się śmieje? Przecież tam wszyscy są z takich właśnie Radomiów i muszą to sobie jakoś zrekompensować. Bądźmy tu uczciwi - przez idiotyczną i wymuszoną centralizację, która skutkuje zasysaniem biznesu oraz usług przez Warszawę, cała Polska jeszcze długo będzie stać Radomiami. Dla przykładu - kilka dni temu dziesięć projektów z województwa mazowieckiego zyskało dofinansowanie w ramach Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko 2014-2020. Wszystkie z Warszawy. Podobno nikt inny się nawet nie zgłosił... Szczegóły -> tu.

Terminal portu lotniczego Radom
Lotnisko. Pojechałem tam autobusem linii 14, bo choć mógłbym tam spokojnie dojść pieszo w mniej niż godzinę, to jednak po co? Pogoda nie ta, ulica Lubelska przyjazna pieszym nie jest, no a autobus zawsze wygodniejszy i może przewiezie mnie przez jakieś dodatkowe atrakcje. No nie przewiózł. Lot miałem o 15:45, ale na miejscu byłem już po godzinie 14. Dłuuugo przed czasem. Wszedłem, rozejrzałem się... pusto. Ale nie pusto w sensie pustawo - nie, zupełnie pusto! Jeszcze nigdy nie byłem na tak wyludnionym lotnisku. Dotychczas najdziwniejszym portem lotniczym, z którego miałem okazję lecieć było Araxos w Patrze na Peloponezie. No to teraz jest to Radom. W kącie terminalu siedział wąsaty pan celnik, który co jakiś czas łypał na mnie okiem, bo byłem tam jedyną obcą postacią, więc pewnie poczuł misję. Chwilę po mnie przyjechała pani z kiosku i jakiś facet, który jedyne co robił to czytał stare gazety rozłożone na stolikach przy mini kawiarence, która zresztą chyba nigdy nie była czynna. Mimo wszystko kawa w młynku była po dekiel. Stoiska do odpraw zamknięte, celnicy się nudzą, pani w kiosku też. Ja ładuję telefon, sprawdzam czy jest Wi-Fi (jest! przez 30 minut) i czytam książkę. Co prawda nie widzę tablicy odlotów (chyba w ogóle nie ma nawet), ale to nie szkodzi. Raczej nic się nie zmieni. Co jakiś czas z głośników idzie formułka o niezostawianiu bagaży bez opieki, a ja się zastanawiam do kogo to mówicie? Do mnie? Na jakąś godzinę przed odlotem pojawili się pierwsi obcy - dwie dziewczyny, potem jeszcze jedna para, za nimi kolejna i jakiś koleś. No to tyle. Odprawiłem się szybko i poszedłem do kontroli bezpieczeństwa, gdzie panowie sprawdzili mnie jak nigdzie indziej, w tym także na ślady narkotyków i pewnie ładunków wybuchowych przy okazji.
Bramki znajdują się od razu za kontrolą. Są tam dwa sklepy wolnocłowe i kolejna mini kawiarnia, oczywiście wszystko ciche i pozamykane. Za to toalety polecam - czysto, cicho, spokojnie, nie ma kolejek i można się skupić. No dobra, nie ma co ukrywać, że tym lotniskiem Radom strzelił sobie w kolano. Kto miał tu zarobić to już zarobił, a Radom został z pustym lotniskiem, na którym ląduje tylko jedna, mała linia lotnicza. Jeszcze! Umowa na loty kończy się jakoś z końcem marca br. i co potem? Coś tam się interesuję i śledzę temat i według mnie władzom lotniska w Radomiu raczej nie uda się ściągnąć żadnego z kluczowych europejskich graczy tj. Ryanair, WizzAir, EasyJet czy Norwegian. Chwilę gościł tam łotewski Air Baltic, ale trasa Radom-Ryga brzmi jeszcze bardziej absurdalnie od Radom-Lwów. Następnie Czech Airlines zaproponował Pragę i nawet trochę polatali, ale po wygaśnięciu umowy linia już nie wróciła. Nic dziwnego. Dziś to lotnisko nie ma potencjału, chociaż dojazd ma naprawdę bardzo dobry, łatwy i szybki. Ale co z tego kiedy nie ma kto latać? Na pocieszenie tylko dodam, że Hiszpania ma co najmniej trzy takie lotniska; Ciudad Real Central Airport na południe od Madrytu, Huesca–Pirineos Airport leżące między Pirenejami, a Saragossą, oraz Castellón–Costa Azahar Airport na północ od Walencji. Ponadto w zeszłym roku opustoszało norweskie lotnisko Rygge, z którego dwa lata temu wracałem do Krakowa. Natomiast już z czystej złośliwości wspomnę jeszcze o wielkim stojącym odłogiem kanadyjskim porcie lotniczym Montreal-Mirabel International Airport zbudowanym z okazji odbywających się w Montrealu Igrzysk Olimpijskich. Kolejny przykład na to, jak bardzo danemu miastu potrzebna jest taka impreza. Ale o tym pisałem już przy okazji notki o Montrealu.

Jak podsumować Radom? Znam lepsze destynacje na luty, nie da się ukryć. Aczkolwiek w lecie to może być naprawdę przyjemne miasto na jednodniowy wypad, popołudniowy spacer po parku Kościuszki, kawę z jednej z wielu knajpek przy ulicy Żeromskiego, czy piwko nad zalewem Borki. Dłuższy pobyt tylko dla chcących Z pewnością nie jest to miasto, które nie ma absolutnie nic do zaoferowania. Zgodzą się ze mną fani twórczości Jacka Malczewskiego, który po pierwsze sam był radomianinem, a po drugie ogrom jego dzieł znajduje się w muzeum jego imienia przy Rynku. Po latach muszę napisać do koleżanki, która zresztą sama mieszka teraz w Warszawie, że Radom wcale nie jest taki najgorszy. Ma swoje problemy, wady i cienie, ale te ma każde miasto, z których niejedno o wiele głębsze i ciemniejsze.

Jeśli ktoś to wszystko przeczytał i tu dotarł to piona i gratuluję. Jeśli jednak tylko przewijał, to nic się nie dzieje i rozumiem. Gdyby jednak nadal ciekawiła Cię historia Radomia to polecam skrót na YouTube, co będzie Cię kosztować 10 minut życia.

Galeria do notki znajduje się -> tu
Read more →

6 mar 2017

Jesteśmy w Polsce - Kazimierza Wielka

,
Przez kilka ostatnich dni stycznia krakowski smog był tak uciążliwy, że jak nie musiałem to nie wychylałem nosa z jamy. Pogoda niby była ok, słońce i lekki mróz, ale wyjście groziło kalectwem, więc organizowałem sobie czas na GoogleMaps. Przyznaję, że trochę mnie już nosiło, więc kiedy sytuacja za oknem trochę się poprawiła pojechałem prosto na dworzec i wsiadłem do pierwszego busa. Wybór i decyzja zapadły kilkadziesiąt minut wcześniej - Kazimierza Wielka. Ale po co w ogóle tam? Ok, więc po pierwsze nigdy tam nie byłem, po drugie jest blisko, a po trzecie gdzieś pod czaszką kołatała mi myśl, że skąd tę nazwę kojarzę, więc pewnie warto zajrzeć. W końcu po dłuższym zastanowieniu wyszło, że stamtąd po prostu jest ktoś z moich znajomych.
Dojechać jest bajecznie prosto. Na próżno jednak szukać rozkładów w wyszukiwarkach typu e-podroznik.pl, bo trasę opanowali busiarze, którzy nie reklamują się nigdzie dalej, niż na swojej www. Rozkład mają jednak profesjonalny. Co więcej nie pchają się na główny krakowski dworzec tylko dojeżdżają do tego w Czyżynach, a nawet nie tam, tylko na parking centrum handlowego obok. Kursują co chwilę za 7,50 zł w jedną stronę.

Dworzec na 'Rynku', Kazimierza Wielka
Dotarłem w godzinę. Jest koło 10:30, więc życie już na dobre się toczy, chociaż niezbyt je widać. Busy zatrzymują się na tak zwanym Rynku, który w 60% jest parkingiem, w 15% dworcem i 25% strefą pieszą. Całość nosi znamiona remontu sprzed paru lat, ale szału nie ma, chociaż Nonsensopedia jednak donosi, że te znamiona to wcale nie remont, a jego powstanie. Co więcej cały ten Rynek znajduje się na uboczu, więc rynkiem jest tylko umownie. Swoją drogą trochę nie rozumiem po co wepchali tam te stanowiska dla busów, skoro już mają całkiem spory plac po drugiej stronie drogi, który zresztą oficjalnie pełni rolę dworca. Są nawet vintage wiaty, a na StreetView widać oldschoolowe Autosany H9. Nazwa Rynek jednak zobowiązuje..., ale zostawmy. Tuż obok Rynku stoi XVII-wieczny kościół Podwyższenia Krzyża Świętego. Biały, ładny, niezbyt duży, ot, jest. W każdej polskiej miejscowości musi być choć jeden, więc i Kazimierza Wielka ma swój. Na osobną uwagę zasługuje dzwonnica. Ładne. 

Kazimierza Wielka
Szukając szerszych informacji o mieście znalazłem, iż historia osadnictwa tych terenów sięga nawet czwartego tysiąclecia przed naszą erą. Wyliczono, że z tego okresu pochodzą znalezione na przełomie lat 70' i 80' wcale niemałe grobowce świadczące o istniejącym na tych terenach zhierarchizowanym społeczeństwie. Nie będę jednak tego drążyć, bo choć temat jest mi bliski i nawet znam paru archeologów, to sam nie czuję się na tyle kompetentny. Jeśli jednak ktoś się interesuje tematem i chciałby się dowiedzieć o tych wykopaliskach więcej, to wszystko ładnie opisano -> tu. Stanowisko archeologiczne znajduje w Słonowicach, rzut beretem od Kazimierzy i nawet chętnie tam bym się przeszedł i poszukał śladów, ale pora roku jednak nie ta. Nic nie poradzę. Polska zima nie zachęca do takich eskapad. Poszedłem więc poszukać czegoś innego - nieczynnej stacji kolei wąskotorowej. Co prawda ostatni pociąg pasażerski odjechał stamtąd trzydzieści lat wcześniej, ale miałem nadzieję na jakieś ślady - niestety nie tym razem. Dziś nie ma ani wąskotorówki, ani żadnej innej kolei w pobliżu. Nie wiem nawet czy ostał się budynek dworca. Zostały tylko busy i ich wąsaci, non-stop jarający pety kierowcy. Szkoda, bo to ciekawa historia, o której fajnie ktoś napisał -> tu

Nieodnowiona jeszcze część starej cukrowni
Wróciłem do centrum. Tam, od 1845 roku, znajdują się zabudowania cukrowni Łubna. Żyzna gleba i ogólne ogarnięcie tematu przez właścicieli tych ziem poskutkowało, że cukrownia w Kazimierzy była nie tylko jedną z pierwszych na ziemiach polskich pod zaborami, ale także jedną z najprężniej rozwijających się w promieniu wielu kilometrów. Z końcem wieku XIX dobudowano nowe budynki, w tym także basztę (na pierwszym zdjęciu), która sprawia wrażenie jakby była częścią jakichś średniowiecznych fortyfikacji. Prawda jest taka, że nigdy nie spełniała żadnych funkcji obronnych i z początku była gazownią, a później mieściły się tam pokoje mieszkalne dla stażystów przyuczających się do zawodu i pracy w cukrowni. Dziś jest siedzibą Muzeum Ziemi Kazimierskiej z tarasem widokowym na dachu. Ciekawostką, taką nawet w sumie znaczną, jest to, że zaprojektował ją Tadeusz Stryjeński. Kto z Krakowa i jest w miarę zorientowany to powinien go kojarzyć, choćby z tego co po sobie w byłej stolicy zostawił. A są to na przykład budynek Poczty Głównej, pobliski Pałac Prasy z adresem Wielopole 1, czy Dom Pod Globusem na rogu Długiej i Basztowej. Ewentualnie można go jeszcze skojarzyć z malarką Zofią Stryjeńską, której był teściem.

Pałac Lacon, Kazimierza Wielka
W pobliżu, bo po drugiej stronie ulicy stoi okazały Pałac Lacon. Zbudowano go w roku 1895 dla i na polecenie ówczesnych właścicieli cukrowni, a jego projektantem także był Stryjeński. Niestety na skutek eksperymentów domorosłych architektów w latach 60' oryginalny budynek poległ parę lat temu. Ostała się tylko wieża. Dziś na jego miejscu stoi jego w miarę wierna rekonstrukcja pełniąca funkcję hotelu. Może to i nie oryginał, ale i tak cieszy oko.


Magazyny po renowacji, dziś skład materiałów budowlanych
Po transformacjach ustrojowych cukrownię sprzedano jak... eh, bardzo nie chcę tego dodawać, ale spoglądając na zabudowania cukrowni dziś po prostu muszę: jak wszytko po 1989. Jak na złość firmę zakupiła niemiecka grupa Sudzucker, której zarząd w roku 2006 podjął decyzję o likwidacji. Bo nieopłacalne i w ogóle. Społeczność lokalna z samorządem próbowali ratować co się da, ale bez wsparcia ze strony Wiejskiej, a wiadomo kto tam wtedy zasiadał, nic się zrobić nie dało. Co się właścicielom udało sprzedać to sprzedano, a resztę zostawiono na pastę polskich zim i budynki zaczęły popadać w ruinę. I tak to wyglądało do roku 2015 kiedy rozpoczęto renowacje zabytku i już dziś widać zmiany. Część zabudowań, podobnie jak pałac, musiano niestety rozebrać, ale ponoć i one mają zostać odbudowane. Nie mam pewności, ale magazyn powyżej chyba to właśnie spotkało. To co stoi i zostało wyremontowane dziś służy jako magazyn materiałów budowlanych. Z dwojga złego to i tak dobrze. Smutne jednak jest to, że takich historii w tym kraju są dziesiątki, a ta i tak w miarę dobrze się kończy.

Zalew, Kazimierza Wielka
Wracając na busa rzuciłem okiem na zamarznięty zalew, który w sezonie służy mieszkańcom i przyjezdnym jako miejsce do rekreacji, pomniejszych libacji i odpoczynku. W zimie - cóż, jest zamarznięty, ale chyba nie na tyle, by zrobić tam lodowisko. Musi poczekać na sezon.

Takich miejscowości jak Kazimierza Wielka są w Polsce setki. Jedne lepiej sytuowane, inne gorzej. Część ma długą i bogatą historię, która pozostawiła po sobie splendor i zabytki, a inne po prostu istniały na uboczu jako czyjaś własność i folwark. Kazimierza Wielka leży gdzieś pomiędzy i być może na dłuższą metę faktycznie nie ma tam czego szukać i co robić, ale nie jest też zupełnie jałową ziemią bez atrakcji i przyszłości. Ostatnie zmiany na terenach byłej cukrowni tylko tego dowodzą. Gdyby jeszcze trochę bardziej wyeksponowano te wykopaliska sprzed sześciu tysięcy lat (!), które określa się polską Doliną Królów. Może to trochę na wyrost, ale w marketingu to przecież nieistotne. Jakby tego nie nazwać są to unikatowe znaleziska w tej części Europy i na pewno warte pochwalenia się nimi. No i ten Rynek... przestańcie się tam wygłupiać i wywalcie te busy na dworzec.

Galeria do notki znajduje się -> tu.
Read more →

1 mar 2017

Anglia: Liverpool

,
Byłoby kłamstwem, gdybym napisał, że zwiedziłem Liverpool. Tak naprawdę zrobiłem sobie tam baaardzo długi spacer po centrum i jego najbliższych okolicach. Korzystałem przy tym z pięknej, ciepłej i słonecznej pogody, której nie spodziewałem się tam zastać w styczniu. Myślę, że wielu mieszkańców i turystów także, gdyż nawet w środowe wczesne popołudnie ulice, w tym deptak Paradise Street, były zatłoczone spacerowiczami. Deptak ten zaczyna się nietypową bramą, która trochę nijak nie pasuje do nowoczesnej całości niedawno powstałego Liverpool One. Obok jednak mamy wyjaśnienie co to i po co tam jest - to brama do budynku Liverpool Sailors' Home, który stał w tym miejscu do roku 1969 (właściwie do 1974 - wtedy go ostatecznie zburzono). Od roku 1850 mieścił się w nim tani hotel dla marynarzy, którego misją było zapewnienie żeglarzom nie tylko noclegu, ale także rozrywek innych od tych, które normalnie spotykali w dokach. Innymi słowy tam mieli nie zostawiać żadnej żony. Nic więc dziwnego, że biznes upadł. Miejsce po budynku jak i cała okolica dość długo stały nieużywane. Dopiero z początkiem XXI wieku powstał plan zagospodarowania tej przestrzeni i otwarcie jej dla mieszkańców. I tak powstało wielkie centrum rozrywkowo-handlowe Liverpool One. Po części zaprojektowało je to samo biuro co The Gateshead Millennium Bridge, o którym wspomniałem w notce o Newcastle

Albert Dock
Sklepy i restauracje na razie mnie nie interesowały, więc poszedłem obejrzeć sobie Albert Dock, który znajduje się w pobliżu. Doki zbudowano w połowie XIX wieku i wówczas były to najnowocześniejsze magazyny portowe w całej Wielkiej Brytanii. Przechowywano w nich najbardziej wartościowe towary jak kość słoniową, herbatę, brandy czy jedwab. Z czasem jednak zaczęto budować coraz to większe statki, których małe doki Alberta nie mogły obsłużyć, co jednak jeszcze nie oznaczało końca doków. Dzięki swojej unikalnej budowie zachowały status magazynów wartościowych towarów. I tak to trwało do II Wojny Światowej kiedy większość istniejących zabudowań oraz niemała część miasta zostały zniszczone przez niemiecką Luftwaffe. Między sierpniem 1940, a styczniem 1942 Niemcy przeprowadzili setki nalotów, których celem był właśnie Liverpool. Szczyt bombardowań przypadł na początek maja 1941, kiedy to niemieckie bomby obróciły zarówno doki jak i miasto w perzynę. Niemym świadkiem tych wydarzeń jest stojąca do dziś wypalona skorupa kościoła św. Łukasza. Obecnie w renowacji. Swoją drogą podczas ostatniego nalotu w styczniu 1942 roku zniszczony został dom, w którym urodził się bratanek Hitlera William. Ale to na marginesie - łączyły ich tylko więzy krwi (z których zresztą w latach 30' bratanek chętnie korzystał).

Doki ostatecznie zamknięto z początkiem lat 70', ale już kilkanaście lat później otwarto je ponownie, już pod zmienioną funkcją. Dziś w Albert Dock znajdują się hotele, apartamenty mieszkalne, ale także restauracje i muzea, w tym także Beatlesów. W roku 2004 całość została wpisana na listę UNESCO.

Wnętrze katedry
W dalszej części spaceru skierowałem się ku górującej nad miastem katedrze. Nie jest to może obowiązkowy do zobaczenia punkt na mapie Liverpoolu, ale ja chciałem podejść i spojrzeć na nią z bliska przy okazji zahaczając o kolejne już angielskie Chinatown. Katedrę można zwiedzić bezpłatnie i w odróżnieniu od świątyni katolickich, zwiedzać można praktycznie całe wnętrze. Niestety na wieżę wstępu nie było, a nie ukrywam, że właśnie na tym zależało mi najbardziej. Ponadto wnętrze zastawione było nakrytymi stołami, gdyż wieczorem miał odbyć się tam uroczysty obiad z okazji jakiejś gali. Według zamieszczonej informacji to normalna procedura, która pozwala zebrać pieniądze na utrzymanie świątyni, dzięki czemu wejście do katedry jest darmowe dla wszystkich. W Polsce to wykracza poza granice wyobraźni, by budynek kościoła mógł służyć czemuś innemu poza mszą. Taki dogmat. Oczami wyobraźni widzę już Onetową wigilię w kościele Mariackim...

The Beatles Story
W pobliżu znajdował się mój hostel, a właściwie schronisko młodzieżowe, więc poszedłem się zameldować i zostawić bety. Młodzież w moim pokoju miała średnio pięćdziesiąt lat i była całkiem przyjacielska. Jak się okazało panowie przyjechali do miasta na mecz Liverpool vs Southampton, który miał się odbyć wieczorem. Już zaczęli planować wyjście w trójkę kiedy im powiedziałem, że ja tu nie na mecz. Byli zaskoczeni... no bo po co pchać się do Liverpoolu jak nie na mecz? Zostawiłem ich z tym i wróciłem do centrum odwiedzić Beatlesów. Do The Beatles Story nie wchodziłem, bo choć ich wielbię, to nie miałem ochoty na oglądanie ich w muzeum. Dla mnie będą żywi na zawsze. Gdyby ktoś jednak bardzo chciał to cena nie jest taka najgorsza - 15£. Poza wystawą Wielką Czwórkę możemy spotkać także przy nabrzeżu. Stoi tam ich pomnik, który odsłoniła siostra Lennona dokładnie 4 grudnia 2015 roku z okazji 50. rocznicy ostatniego koncertu Beatlesów w swoim mieście. Do zrobienia selfie trzeba ustawić się w kolejce.

Do hostelu wróciłem kiedy mecz jeszcze trwał. Zostały mi jeszcze jakieś pojedyncze Funty, więc wymieniłem je na to co oferował hostelowy bar i zatraciłem się w książce. Bar był ogólnie dostępny dla wszystkich i miejsca vis a vis mnie zajęło dwóch kolejnych entuzjastów piłki kopanej, którzy przez większość czasu próbowali wyszukać w Internecie jakiś przyswajalny streaming online. Udało im się znaleźć jeden z polskim komentarzem, ale nie potrafili go zdzierżyć. Bardzo mnie to nie zdziwiło. To, że uznali go za rosyjski zresztą też. Miałem ich wyprowadzić z błędu, że to nie rosyjski a polski, że przecież różnica w słowach, dźwięczności i akcencie ogromna, ale z drugiej strony po co? Jeszcze będą chcieli rozmawiać. Zresztą szybko zmienili na jakiś inny, bardziej przyswajalny komentarz. I dobrze. Jak już oglądam jakiś mecz podczas mistrzostw Europy czy świata to próbuję znaleźć relację bez polskiego komentarza, bo naszych orłów nie da się słuchać. Ok, mają doświadczenie, dykcję i ogromną wiedzę, ale po tyle tego gadania? Ja chcę oglądać mecz, a nie słuchać niekończącego się słowotoku, że jakiś Mariusz w roku 2008 strzelił niezapomnianego gola, a cztery lata później siedział na ławce rezerwowych, no a dziś gra gdzieś w trzeciej lidze portugalskiej. I gdzieś pomiędzy tym bełkotem usłyszymy 'o, gol, piękny, co za atmosfera na trybunach, szkoda, że państwa tu nie ma'. W każdym razie Liverpool poległ 0:1. I to jakoś w ostatnich minutach.

Liverpool
Nie chciałem gnić w hostelu kiedy następnego dnia czekał na mnie lot do Polski, więc wróciłem na dworzec autobusowy kupić bilet na lotnisko Lennona (2 funty z hakiem, można kupić w automacie, ale nie trzeba, można też u kierowcy) i do późnego wieczora spacerowałem po centrum i chłonąłem Liverpool. Chciałem zabrać z sobą jak najwięcej z tego miasta, gdyż z całej tej angielskiej wycieczki tylko Liverpool naprawdę mnie urzekł. Newcastle było rzeczywiście ładne i atrakcyjne, w Sheffield niewiele jest do zobaczenia, natomiast w Leeds byłem za krótko, by móc coś więcej powiedzieć. Manchester jest w porządku, ale jednak trochę mnie rozczarował, podobnie zresztą Blackpool, ale tam akurat niczego spektakularnego się nie spodziewałem poza starymi tramwajami, których przecież nie było. Nie żałuję żadnej wizyty, ale tylko do Liverpoolu chciałbym tak naprawdę wrócić i bardziej je poznać. Może to też kwestia słonecznej pogody, która zmienia nastawienie nawet do najgorszej dziury, ale to chyba też nie to. Liverpool zwyczajnie ma w sobie to coś, które sprawia, że chce się wrócić. Albo to po prostu Beatlesi, ich muzyka i mój wielki sentyment.

Galeria do notki i całej angielskiej wycieczki znajduje się -> tu
Read more →

21 lut 2017

Anglia: Blackpool, Manchester

,
Po niejadalnym hostelowym śniadaniu wyszedłem na miasto i od razu pokierowałem się w stronę dworca autobusowego. Na ten dzień zaplanowałem sobie wycieczkę do leżącego nad Morzem Irlandzkim miasta Blackpool. Autobus odjeżdżał dopiero o 10:00, więc miałem jeszcze czas na zobaczenie tamtejszej dzielnicy gejowskiej z jej główną ulicą Canal Street. Czytałem, że to świetne miejsce do imprezowania w lecie, kiedy jest ciepło, sucho, a wszystkie ogródki są otwarte. Trzeba tylko pamiętać, by nie dać ponieść się fantazji, bo to miewa słabe skutki. W ciągu ostatnich kilku lat biegnący wzdłuż ulicy kanał dorobił się fatalnej opinii wśród manchesterskiej policji, gdyż według ich danych między lutym 2008, a styczniem 2016 wyłowiono stamtąd 85 ciał. Co prawda nie wszyscy znalezieni wpadli do wody pijani i naćpani, ale jednak spora część niestety nosiła w sobie ślady uczestnictwa w jakiejś grubszej bibie, co jednak nie przeszkodziło w pojawieniu się teorii o seryjnym popychaczu. Ale nawet jeśli byłaby to prawda, to mimo wszystko każdy raczej zna kulturę picia Brytyjczyków - jak nie do połogi to nie impreza.

Blackpool
W autobusie do Blackpool byłem jedynym pasażerem. Kierowca skomentował tylko, że to będzie spokojny dzień i ruszył na północny zachód. Cóż, styczeń, wtorek... nikt normalny do Blackpool poza sezonem się nie pcha. Nawet w Preston nikt się nie dosiadł. Inaczej byłoby w lecie - wtedy miasto zamienia się w kurort, który rocznie obsługuje miliony turystów. Stąd kasyna, restauracje, hotele i chyba największe w Wielkiej Brytanii wesołe miasteczko. Rzecz jasna w styczniu można sobie większość tylko pooglądać z daleka, a jak już coś jest otwierane to i tak tylko w weekendy. W tygodniu na szerokiej i całkiem niedawno wyremontowanej promenadzie nie ma żywego ducha, a właściwie wszystkie sklepy są pozamykane.
Wieża z 1894 roku, Blackpool
Nie inaczej jest ze stalową wieżą zbudowaną w roku 1894 na wzór tej z Paryża. W tamten styczniowy dzień mogłem sobie wejść tylko do domu strachów, który jest jedną z jej atrakcji. Na górę wjazdu niet. Widoków może nie byłoby spektakularnych, ale jednak szkoda, chociaż cenowo też się nie popisali - wjazd to 10,5£, ale to też pod warunkiem, że miałbym bilet kupiony online. Na miejscu bowiem płacimy 3£ więcej. Nie wiem z jakimi cenami spotkamy się spacerując po którymś molo, gdyż... tam także nie pospacerujemy. Blackpool ma trzy mola - południowe, środkowe i północne i wszystkie trzy są zawalone różnymi atrakcjami od kasyn, przez teatry po diabelski młyn. Musieli uznać, że skoro w zimie nie ma tłumów to molo może być zamknięte. Aż dziwne, że w Sopocie na to nie wpadli. Niby była kartka, że bardzo przepraszają, ale zimowy remont i zapraszamy w sezonie, ale nikogo przy tych pracach nie zauważyłem. No dobra. Wieża zamknięta, po żadnym molo nie pochodzę, pogoda też średnio wyjściowa, promenada za to fajna, ale zupełnie pusta, a w samym miasteczku nie za wiele jest do roboty. Nawet nie bardzo jest gdzie usiąść, nie licząc sieciówek jak Subway, KFC czy Harry Ramsden's. Chociaż z drugiej strony przyjemnie wypić gorącą herbatę w takim pustym i spokojnym lokalu. Co takiego jednak ma Blackpool czego nie ma żadne inne miasto? Ano ma. Piętrowe tramwaje.

Tramwaj w Blackpool
Krótko - obiecuję. Umówmy się, że zdanie 'Blackpool ma piętrowe tramwaje' będzie najbardziej zbliżone ku prawdzie, bowiem i tę atrakcję pokazują światu tylko w sezonie (marzec-listopad) i też tylko w weekendy. To im jednak nie przeszkadza chwalić się, że są jednym z trzech miast na świecie, obok Aleksandrii i Hongkongu, po którym wciąż kursują tramwaje tego typu. No dobrze, prawdą jest, że część starych wagonów przystosowano do nowej sieci i torowiska, dzięki czemu w ładniejsze letnie weekendy są uzupełnieniem dla obecnie jeżdżących po Blackpool nowoczesnych tramwajów, jednak to trochę mało by stawiać się na równi Hongkongiem. Tam, raz, że nie ma innych tramwajów niż piętrowe, to dwa, jeżdżą one cały rok, także w porze monsunów. Piętrusy z Blackpool większość czasu stoją w zajezdni i można je tam sobie obejrzeć nawet poza sezonem odbijając kawałek od Manchester Square. Trafić łatwo - wystarczy iść wzdłuż torów niczym Bohdan Łazuka w 'Nie lubię poniedziałku'. Stoją tam także te tramwaje, które w lecie służą jako atrakcja na tzw. Heritage Tour. Taka linia muzealna. Z tego co wyczytałem te wagony wciąż czekają na swoje remonty i rokowania ku temu są niezłe. Sam takie zwiedzanie sobie odpuściłem. Uznałem, że albo są w ruchu, albo w ogóle.
Tramwaj w Blackpool
Jakby nie było te wciąż będące na chodzie piętrusy są dziś ewenementem na skalę światową... przynajmniej dla kogoś, kto interesuje się tematem. Władze Blackpool na pewno z nich tak łatwo nie zrezygnują, gdyż, jak wspomniałem w poprzedniej notce, jest to jedyne miasto w Wielkiej Brytanii, które nie zlikwidowało zupełnie swojej sieci na fali unicestwiania tego typu transportu w latach 50' i 60' XX wieku. Cięcia jednak były. Dziś torowisko biegnie właściwie tylko wzdłuż brzegu, natomiast do pierwszej połowy lat 60' tramwaj zaglądał także w miejski interior. Trochę nieśmiało, ale jednak. Ponadto już samo położenie i turystyczna funkcja miasta odegrały wielką rolę w utrzymaniu tramwajów. Gdyby nie to, to i tam poszłyby do piachu, być może nawet na zawsze.

Blackpool i Winter Gardens w tle
Skoro nie byłem pod zajezdnią to nie widziałem żadnych piętrowych tramwajów. Teoretycznie mógłbym tam zawsze wrócić i nadrobić te zaległości. Nie jest to jednak żaden priorytet, bo sama miejscowość nie ma dla mnie żadnej siły przyciągania, a te piętrowe tramwaje aż tak mnie znowuż nie grzeją. Serio. Ale może kiedyś najdzie mnie chęć spojrzenia na Blackpool podczas pełnego sezonu turystycznego i zmienię o nim zdanie. Z jakiegoś powodu w końcu wali tam te dziesięć milionów ludzi rocznie, a to niewiele mniej niż do Krakowa. W zimie jednak miasto pozostawia po sobie dziwne wrażenie - takie trochę jak po wizycie w opuszczonym lunaparku, gdzie niewidzialny konferansjer przemawia z głośników do pustych ulic i zaprasza wszystkich na wielkie spektakle. Trochę creepy.

Zrobiłem jeszcze ostatnią rundkę po mieście i poszedłem na pociąg do Manchesteru. Niestety National Express, którym do Blackpool przyjechałem, nie wchodził już w grę, bo nie chciałem tam zostawać do godziny 18:00. Musiałem wybrać pociąg i pożegnać się z 17,2£. Dużo, ale za to nie musiałem specjalnie sprawdzać rozkładu, gdyż pociągi jeżdżą bardzo często albo na stację Victoria albo Piccadilly. Mnie pasowała ta pierwsza.

Trinity Bridge a'la Calatrava Bridge, Manchester
Kiedy już znalazłem dobre wyjście z dworca Victoria zupełnie niezainteresowany minąłem muzeum piłki nożnej i skierowałem się ku katedrze z XV wieku. Tam zaczepił mnie jakiś typ, który zaoferował, że za 'spare change' on mi chętnie o tej katedrze opowie. Nie wyglądał jednak na wiarygodnego przewodnika, a Tyskie w ręce mu w tym nie pomagało, więc podziękowałem mówiąc, że wolę sam. Świątynia była jednak zamknięta, zostało mi więc zadowolić się tym co na zewnątrz i pójść dalej w kierunku zupełnie niepozornej kładki nad rzeczką Irwell, łączącej Manchester z miastem Salford. Oficjalna nazwa kładki to Trinity Bridge, ale zarówno na Google jak i na mapach Manchesteru widnieje prostsza do zapamiętania Calatrava Bridge. Ten hiszpański architekt zaprojektował tu ten mostek w roku 1995 i jest to jeden z jego pierwszych mostów. Co prawda już wtedy na swoim koncie miał wielkie dzieła jak Puente del Alamillo w Sewilli czy Atrium w Brookfield Place w Toronto, ale jak widać i tak chciało mu się puknąć taką kładeczkę w dość słabo wyeksponowanym miejscu. Efektu 'wow' nie było, ale to jedyne co Santiago Calatrava postawił w Wielkiej Brytanii, więc chciałem zobaczyć.

Manchester Metrolink
Manchester był też pierwszym brytyjskim miastem, którego władze uznały, że likwidacja transportu tramwajowego to był spory błąd i z początkiem lat 90' XX wieku podjęto prace nad jego przywróceniem. Zdecydowano się na system lekkiej i szybkiej kolejki, podobnej zresztą do tej w Sheffield, która także korzysta z torów kolejowych i tylko z pozoru przypomina regularny tramwaj. Manchester Metrolink łączy bowiem miasto Manchester zarówno z lotniskiem jak i z pobliskimi mieścinami wchodzącymi w skład hrabstwa Greater Manchester, tj. na przykład Ashton-under-Lyne lub Bury. Dlatego też miałem problem z biletami, gdyż chcąc kupić karteczkę na przejazd musimy wiedzieć dokąd jedziemy. Chwilę tylko popukałem po automacie, ale nie znalazłem niczego co mogłoby być biletem jednorazowym jaki znamy z Krakowa, Wrocławia czy Berlina. Podobnie miałem zresztą w Blackpool, gdzie na pytanie o bilet pan mnie spytał dokąd jadę. Powiedziałem, że parę przystanków i ten w końcu skasował mnie za 2,10£ (wat!?) i wciąż do końca nie wiem czy zapłaciłem dobrze czy może policzył mi za całą osiemnastokilometrową trasę. W brytyjskich miastach jednak wszystko zależy od strefy, w którą się pchamy. Tymczasem w Manchesterze charakterystyczne, żółte i czasem naprawdę długie tramwaje stały się jednym z symboli miasta, z którego w zeszłym roku skorzystały ponad 34 miliony pasażerów. Może to nie jest jakiś szałowy wynik, ale wystarczający, by pokazać, iż taki transport jest w regionie potrzebny. A liczba pasażerów systematycznie rośnie. Średnio o trzy miliony na rok.

David Bowie w Northern Quarter, Manchester
Kolejne hostelowe śniadanie już sobie darowałem i wolałem zjeść coś normalnego w Pret a Manger czy Greggsie. Parę lat wcześniej wmusiłbym w siebie te niejadalne tosty, ale chyba już jestem na to za stary. Wymagania nie te, żołądek również. Wypiłem tylko herbatę i poszedłem się wymeldować. Poprzedniego wieczora przeczytałem, że w okolicy znajduje się kilka ciekawych murali, w tym Davida Bowiego i Prince'a, których nam ten koszmarny rok 2016 zabrał. Davida znalazłem 20 metrów od hostelu, natomiast Prince'a zastąpił Richard Roundtree z filmu Shaft. Cóż. Na pewno mieli ku temu dobry powód. Spacerując po w końcu(!) słonecznym Manchesterze przeszło mi przez myśl, czy by jednak nie pojechać do Old Trafford zobaczyć stadion. Podobno warto bez względu na to czy jest się fanem piłki nożnej czy nie. 76000 miejsc, finał Ligi Mistrzów, największy klubowy stadion w UK, drugi po Wembley największy stadion piłkarski w ogóle w UK, jedenasty w Europie i tak dalej. Stojąc w kolejce do automatu biletowego przy dworcu Oxford Road przypomniałem sobie, że przecież nie jestem fanem piłki kopanej i że szkoda mi na to czasu. Poszedłem za to odwiedzić Alana Turinga, który dostał swoją ławeczkę w niewielkim parku Sackville Gardens w pobliżu wspomnianej wcześniej Canal Street. Akurat z kimś rozmawiał, więc nie przeszkadzałem.
Alan Turing, Manchester. Nie wiem o czym rozmawiali. 
Minąłem park i kawałek dalej znalazłem były dworzec kolejowy Manchester Central. Otwarto go w roku 1880 i dzielnie pełnił swoją funkcję przez kolejne 89 lat, tj. do roku 1969, kiedy to na skutek decyzji o przeniesieniu połączeń kolejowych na inne dworce, zdecydowano się go zamknąć. Przez następną dekadę budynek dworca stał i radośnie sobie niszczał, aż w końcu ktoś się zlitował i przebudowano go na halę koncertową wraz z centrum wystawowo-kongresowym, którym zresztą jest do dziś. Warty rzucenia spojrzeniem jest także znajdujący się vis a vis starego dworca i otwarty w roku 1903 przepiękny i monumentalny Hotel Midland. Wkrótce po otwarciu hotel ten był miejscem spotkania się dwóch Brytyjczyków - a byli to Charles Rolls i Henry Royce. Pogadali, na pewno coś wypili, a wkrótce potem założyli spółkę motoryzacyjną, o której każdy na pewno gdzieś słyszał. Zresztą parę ulic dalej widziałem ich najnowsze cudo - Rolls-Royce Wraith. Śliczny.
Hotel Midland
W Midland stołowała się również królowa Elżbieta II z matką oraz cała masa innych gwiazd i ludzi, którzy robiąc zakupy nie muszą patrzyć na metki. Ciekawostką jest, że do mieszczącej się w hotelu francuskiej restauracji nie wpuszczono kiedyś Beatlesów, bo podobno byli nieodpowiednio ubrani. Cóż, trzeba było dać napis, że wpuszczają tylko w krawatach i nie byłoby problemu.

W drodze na dworzec przeszedłem jeszcze przez chińską dzielnicę (a jak już wiemy Anglia ma ich tylko pięć), która nie wyróżnia się niczym specjalnym poza dosyć fajną bramą. Chciałem się bardziej rozejrzeć, bo może coś ciekawszego znalazłbym w bocznych uliczkach, ale to już były moje dosłownie ostatnie minuty w Manchesterze i musiałem wracać na dworzec, skąd kolejny autobus National Express zawiózł mnie do Liverpoolu. Ale o tym już w kolejnej notce.

Galeria do tej i poprzednich notek z Anglii znajduje się -> tu
Read more →

10 lut 2017

Anglia: Sheffield, Leeds & Manchester

,
Poniedziałek upłynął w podróży. Plan obejmował podróż do Sheffield, stamtąd krótki skok do Leeds, a dzień miałem w Manchesterze. Intensywnie, ale z rozmysłem i nie przez przypadek akurat tak. Do Sheffield pojechałem Megabusem, bo jako jedyny pasował i do tego był za 4£. Z Megabusami jest trochę jak z krakowskimi busami - zatrzymują się w różnych dziwnych miejscach i rzadko kiedy jest to normalny dworzec. W Newcastle było akurat prosto, bo przystanek znalazł się zaraz przy moim hostelu, natomiast w Sheffield Megabus zatrzymuje się tylko przy Meadowhall Interchange, które jest nieco bardziej niż daleko od centrum. Po wyjściu z autobusu szybko kupiłem bilet na kolejkę (2,70£) i pojechałem do centrum. Do wyboru miałem jeszcze Sheffield Supertram, jednak kolejka jest szybsza, a czasu na zwiedzanie niewiele. 

Sheffield jest stosunkowo niewielkim i raczej przeciętnym miastem. Kibice piłki kopanej pewnie je kojarzą, bo to stąd właśnie pochodzi najstarszy klub piłkarski świata - Sheffield F.C. założony w 1857 roku. To w ramach ciekawostki. Poza tym to dość nieciekawe miasto, które straciwszy status miasta przemysłowego stara się coś z sobą począć. Na tę chwilę naprawdę dobrze idzie im w nauce; tutejszy uniwersytet wypuścił bowiem w świat aż sześciu noblistów, z czego jeden jest bardzo świeży, bo z 2016 roku. 

Sheffield, przed dworcem
Z dworca kolejowego, przed którym wita na dość fajna instalacja z fontanną, poszedłem w stronę Sheffield Interchange sprawdzić, czy to na pewno stamtąd odjeżdża mój National Express do Leeds. Bez niespodzianek. Już tak jednak mam, że lubię na miejscu zweryfikować godzinę i miejsce odjazdu, nawet pomimo tego, że wszystko mam zapisane na wydrukowanym bilecie. To nigdy nie zaszkodzi, a może uratować dzień. True story. Z dworca autobusowego poszedłem w stronę Katedry. Najstarsza jej część pochodzi z XV wieku, jednak nie wywołało to u mnie zachwytu. Pstryknąłem obowiązkową fotę i poszedłem dalej odbijając w dość mało ciekawy architektonicznie deptak Fargate. W tym miejscu muszę się przyznać, że nie miałem szczegółowego planu na Sheffield. W ogóle żadnego nawet. Przeczytałem tylko kilka ogólników o tym, co jest do zobaczenia w centrum i to tyle. Po co więc w ogóle traciłem czas na miasto, w którym będę niewiele ponad dwie godziny i o którym niewiele wiem? To proste: Sheffield Supertram.

Sheffield SuperTram
Wielka Brytania, podobnie jak znaczna część Europy, mogła kiedyś pochwalić się sporą ilością miast, w których funkcjonowała sieć tramwajowa. Niestety, jak wszędzie, do czasu. Pierwsza fala likwidacji systemów tramwajowych przyszła w latach 20' i 30', kiedy to tramwaje zniknęły z ulic takich miast jak Doncaster, York czy Nottingham. Druga przyszła zaraz po II wojnie i trwała do początku lat 60' i po niej było już pozamiatane. Ze swoimi tramwajami pożegnali się  między innymi londyńczycy, mieszkańcy Leeds, Newcastle, Edynburga, Aberdeen, Liverpoolu, Manchesteru, no i Sheffield, którzy i tak cieszyli się nimi prawie najdłużej. Glasgow upadł jako ostatni. W całej Wielkiej Brytanii ostały się tylko dwa regularne systemy tramwajowe; w Blackpool, o którym przynudzę w kolejnej notce, oraz leżącym zaledwie dziesięć kilometrów na południe Southport, gdzie jeszcze dwa lata temu istniał chyba jedyny na świecie tego typu transport jeżdżący po molo. I właściwie tylko po molo, więc trudno to nazwać tradycyjnym transportem publicznym.
Fala likwidacji wynikła z tego, iż po II wojnie tramwaje postrzegane były jako wolne, głośne i kosztowne, a poza tym coraz bardziej zaczął liczyć się samochód i niezależność wynikająca z jego posiadania. Wraz z odpływem pasażerów tramwaje przestały być więc opłacalne i zastąpiono je autobusami bądź trolejbusami. I wszystko było świetnie, dopóki te nie utknęły w korkach. Dziś w Wielkiej Brytanii tramwaje powoli wracają do łask, ale też nie zawsze już na takich samych zasadach jak wcześniej. Supertram w Sheffield nie jest bowiem takim zwykłym tramwajem, lecz czymś w rodzaju lekkiej kolejki, która może poruszać się po torach tramwajowych jak i kolejowych i tym samym może wyjeżdżać daleko za rogatki. Rozwiązanie to jest idealne dla średnich i mniejszych miast i na marginesie przyznam, że coś takiego widziałbym także w Krakowie i gminach ościennych. Może się doczekam, bo Krakowski Szybki Tramwaj raczej nie spełnia oczekiwań. Dziś jazda tramwajem do centrum z Bieżanowa czy nawet Kurdwanowa mija się z logiką.

Nad rzeką Don, Sheffield
Zrobiłem Supertramowi kilka obowiązkowych zdjęć i zanurzyłem się w sieć uliczek. W centralnej części miasta, przed budynkiem nowego ratusza (City Hall), stoi obelisk na cześć żołnierzy poległych w Wielkiej Wojnie, a obok pomnik Kobiet ze Stali służących w obu wojnach. To musi być najnowszy nabytek miasta, bo na StreetView sprzed roku jeszcze go nie widać. Przyjemne są także okolice starego ratusza (Town Hall), gdzie w sezonie odbywają się różne imprezy i koncerty. Jak się można domyślić w styczniu nic takiego tam się nie działo za to było dosyć ponuro. Ale ratusz mają ładny. Do odjazdu autobusu nie zostało mi już za wiele czasu, więc poszedłem zobaczyć co się dzieje nad przepływającą przez miasto rzeczką Don. Gdyby ktoś był ciekawy, to nic tam nie ma do oglądania, chociaż jeszcze niedawno było tam dość głośno i ruchliwie, bo wyburzano dosłownie cały kwartał zabudowań fabrycznych. Dziś okolica jest raczej pusta, cicha i mało urokliwa. Wiele budynków wokół, choć całkiem ładnych, stoi pusta i straszy wybitymi, lub w najlepszym wypadku brudnymi, oknami. Westchnąłem i poszedłem na dworzec.

Leeds
Po godzinie byłem już w Leeds. To miasto wypadło mi trochę przypadkiem, gdyż bilet do Manchesteru jaki miałem był z przesiadką akurat tam. Czasu miałem tylko godzinę, więc nie zawracałem sobie głowy doktoryzowaniem się na temat tego miasta, które z jakiegoś powodu źle mi się kojarzyło. Ok, może nie źle, ale miałem do niego uprzedzenia. Trochę mi się poprawiło kiedy przeczytałem, że Leeds jest jednym z najsuchszych miast w Anglii, co oznaczało, że przynajmniej nie zmoknę. Kiedy więc zaczęło padać to nawet się nie zdziwiłem. Tak być musiało. Moje morale i nastawienie co do tego miasta jeszcze się pogorszyły, no ale to tylko godzina - siądę gdzieś i będzie dobrze. Nie będę jednak tracił czasu na dworcu i poszedłem się rozejrzeć. I tu zaskoczenie - centrum Leeds jest piękne! Ależ byłem w błędzie! Co więcej parę lat temu Leeds określane było jako miasto, które trzeba zobaczyć zaraz po Londynie. W bardziej aktualnych rankingach leży trochę niżej, bo gdzieś w drugiej dziesiątce, ale i tak wyżej od np. Newcastle. I tak, jest mi teraz głupio. Głównym deptakiem jest Briggate, a tam sklepy, restauracje, puby, z których większość z nich znajdziemy w ładnie odnowionych i utrzymanych dwu-trzypiętrowych kamienicach. Są i betonowe kanciaste plomby, ale udawajmy, że ich nie ma. Z ciekawostek; Briggate została wytyczona w roku 1207 roku. Cóż jednak można zobaczyć w godzinę? Niewiele. Zszedłem Briggate z przylegającymi ulicami, wypiłem szybką kawę w Pret a Manger (w Sheffield nie było, smutek) i wróciłem okrężną drogą na autobus zahaczając po drodze o wielką halę targową - Leeds Kirkgate Market. I tak zupełnie szczerze to jedna z najpiękniejszych tego typu miejsc jakie widziałem. Budynek jest dosyć niepozorny, bo wygląda jak wielka kamienica mieszkalna ze sklepami na parterze i sam prawie dałem się oszukać. 
Leeds City Markets, Victoria Gate w tle
Natomiast obok, w sumie to za, znajduje się plac targowy na świeżym powietrzu, gdzie handlarze owocami przekrzykują się nawzajem, że '2 items 1 pound!', 'two items 1 pound!!' i tak co 10 sekund. Skutek dobry, panom owoce schodziły na pniu, ale jeśli nie ma się ochoty niczego kupować to pod żadnym pozorem nie wolno złapać spojrzenia takiego krzykacza. Nie da potem spokoju. Niestety być może wkrótce Kirkgate Market się zmniejszy, a plac targowy w ogóle zniknie, gdyż takie są plany urzędników. Przed trzema miesiącami w bezpośrednim sąsiedztwie hali i placu otwarto nawet wielką galerię handlową - Victoria Gate, której zadaniem jest pewnie wessanie życia do środka. Szkoda, choć z zewnątrz prezentuje się całkiem ładnie.

Zszedłbym Leeds jeszcze raz, ale musiałem wsiadać do autobusu do Manchesteru. Być może, chociaż pewnie nie, ale jak nadarzy się okazja, to jeszcze kiedyś odwiedzę to ciekawe miasto, bo w mojej ocenie jest tego warte i jak wcześniej byłem z jakiegoś powodu do niego uprzedzony, tak teraz wszystko odwołuję i chcę wrócić, by poznać je bliżej. Uwielbiam takie uczucie.

Manchester MetroLink przy Piccadilly Gardens
I Manchester. Przyjechałem gdzieś koło 17:30 kiedy było już ciemno, chłodno i mżyście. Nocleg miałem w hostelu przy Hilton Street w dość ciekawej części miasta Nothern Quarter. Nazwa ulicy wcale jednak nie sugerowała standardu w jakim miałem spać. Hostel był bowiem w remoncie i to takim konkretnym. Mogli w sumie napisać, że całość ginie za rusztowaniami, a wejście będzie zasłane gruzem, no ale ok. To mało istotne. Jestem, zameldowałem się, dostałem kartę i poszedłem do pokoju. Na zewnątrz jakieś 2 stopnie, a tu wszystkie okna otwarte. Ogrzewania nie widać... Super. Takie wietrzenie to całkiem słuszna koncepcja przy dwunastu łóżkach w pokoju, ale kiedy nie ma ogrzewania to chyba są jakieś granice. To nie tak, że wymagam luksusów od taniego hostelu, ale wyznaję zasadę, że o tej porze roku wewnątrz powinno być cieplej niż na zewnątrz. Zwłaszcza w miejscach, do których przybywają podróżni, bo na pewno miło przyjmą możliwość rozgrzania się choć trochę. Widziałem już Anglików w krótkich spodenkach, a nawet krótkich rękawkach, co zresztą zawsze wydawało mi się dziwne widząc ich takich zimą w Krakowie, i przyjąłem do wiadomości, że oni są do tego przyzwyczajeni i może niekoniecznie palą na potęgę jak u nas, ale nie sądziłem, że nie będą grzać w ogóle. Przebywanie w chłodniejszych pomieszczeniach hartuje i jest zdrowe dla ciała i ducha, z czym spotkałem się już w Osace trzy lata wcześniej, ale tam przynajmniej dostałem grzejnik do stóp. Tutaj zostało schować się pod kołdrę, najlepiej w swetrze. Zamknąłem te okna, posiedziałem tak chwilę, powkurwiałem się na zaistniałą sytuację i wyszedłem na miasto, bo jak już mam siedzieć w zimnie to chociaż niech coś z tego mam. Wróciłem w okolice Piccadilly Gardens, taki większy plac i centrum przesiadkowe, gdzie zacząłem szukać czegoś ciepłego do jedzenia. Fastfoody, których było najwięcej odpadały, Pret a Marger zamknęli o 18:00, a innych opcji zostało jakoś niewiele. Rzecz jasna liczył się jeszcze budżet. Chodząc wokół placu znalazłem coś włoskiego i tam w końcu udało mi się ogrzać i coś zjeść. Kiedy już mi było lepiej, a irytacja tym wszystkim trochę zelżała, zacząłem uważniej rozglądać się po najbliższej okolicy. I... byłem zaskoczony, bo jeśli byłbym tam tylko przejazdem to uznałbym Manchester za miasto bezdomnych. Nigdzie indziej nie widziałem aż tylu ludzi w śpiworach i to w samym centrum - przy sklepach, na przystankach, w bramach, właściwie wszędzie. Na każdym kroku można było spotkać kogoś, komu się trochę mniej w życiu powiodło i tylko ten śpiwór mu został, a czasem jeszcze namiot. Przejść ulicą i nie zostać zapytanym o 'spare change' również było mało możliwe. Wpisując w Google frazę 'Manchester homeless' natrafiłem na kilka artykułów, także tych już z roku 2017, traktujących o tym problemie w Manchesterze. W miejskim magistracie jest nawet specjalna komórka poświęcona przeciwdziałaniu bezdomności w mieście. Organizacje pozarządowe szacują, że tylko w samym Manchesterze problem braku dachu nad głową dotyka nawet dwa tysiące osób. I ta liczba wciąż rośnie. Wróciłem do hostelu i zrobiło mi się głupio. Może i było zimno, chociaż już nie tak jak dwie godziny wcześniej, ale jednak miałem gdzie spać i w gruncie rzeczy wcale nie było tak źle. Zdałem relację najbliższym, wziąłem prysznic i poszedłem spać. Chciałem się wyspać, rano bowiem czekała mnie wycieczka do Blackpool.

Galeria znajduje się -> tu
Read more →