21 sie 2017

Jesteśmy w Polsce - Sanok, Krosno

,
Dziesięć szokujących faktów na temat Sanoka!!
1. Można tam dojechać autobusem,
2. można tam dojechać pociągiem,
3. mieszka tam 0,1% ludności Polski, ~38 tysięcy,
4. w której to liczbie kiedyś zawierał się Zdzisław Beksiński z rodziną,
5. jest też i zamek,
6. no i Rynek oczywiście,
7. za to nie ma i nigdy nie było tramwajów,
8. ... ale je tam produkowano. 
Tyle chyba wystarczy. Google lubi blogowe wyliczanki rzeczy, o których wszyscy wiedzą. Miliard wejść mam już zagwarantowany, więc teraz na poważnie i do rzeczy.

Przede wszystkim - i przyznaję się do tego od razu - głupio mi pisać o miejscach, gdzie byłem tylko chwilę, przejazdem nawet i bez większego zgłębiania się w bebechy miasta, jednak Sanok to na tyle ciekawe miejsce, że chcę o nim napisać te kilka zdań. Bardzo subiektywnie oczywiście. Krosno wyszło przypadkiem, ale dojdę i do tego.

Sanok

Wycieczkę zaplanowałem z Anią i mieliśmy pojechać z samego rana zaraz po śniadaniu, gdzieś po 10. Z przyczyn od nas niezależnych wyjechaliśmy dopiero cztery godziny później, a i tak jeszcze zahaczyliśmy o znajomka w Ciężkowicach, także całość opóźniła się jeszcze bardziej. Bardzo to jednak nie przeszkadzało, bo raz, że aż tak nam się nie spieszyło, no i dwa, bo na wycieczkę jechaliśmy samochodem - najbardziej polskim ze wszystkich, bo Passatem B5 TDI, oczywiście srebrnym kombi. Ale nie ma śmiechu, bo to naprawdę solidny wóz, także nie jest dziwnym, że tyle tego wszędzie. Kolejne opóźnienia zafundowała nam nawigacja według Googla, która nie wiem po co w ogóle jest, bo sens jej korzystania jest chyba tylko na ekspresówkach i autostradach - tam nie wyprowadzi nas na jakieś ściernisko, do tego okrężną drogą. Ok, przydaje się do omijania korków - to na plus. W Sanoku byliśmy więc koło godziny 17. Passerati zostawiliśmy na płatnym parkingu przy Zamku Królewskim i poszliśmy zwiedzać. Już przed wyjazdem odkryłem, że na godziny otwarcia się nie załapiemy, bo w poniedziałki sanockie Muzeum Historyczne, które swoją siedzibę ma właśnie na zamku, zamyka swe wrota już o godzinie 12:00, ale i tak chcieliśmy spróbować. Bo może jednak uznają, że przecież długi weekend, że przecież więcej turystów, że może jednak warto przedłużyć. No jednak nie. Ok, szanuję czas pracy muzealników, ale publiczne muzea nie mogą istnieć sobie same dla siebie. W pozostałe dni godziny otwarcia też nie są lepsze, bo tylko do godziny 17:00. To byłoby tyle z oglądania prac Zdzisława Beksińskiego - obecnie chyba najbardziej znanego sanoczanina. 

Zamek w Sanoku
Z zewnątrz zamek jest jednak średnio ciekawy; ładnie prezentuje się chyba tylko od strony Sanu, ale akurat tam nie byliśmy. Widok z góry też raczej taki sobie, ale rzucić okiem zawsze można. Pierwsze wzmianki o tamtejszym grodzie na wzgórzu pochodzą z XII wieku, a już dwa wieki później prawdziwy zamek postawił tu Kazimierz Wielki, który zresztą podobno chwilę w nim pomieszkiwał. Trochę później, bo w roku 1417 zamek był miejscem zaślubin króla Władysława Jagiełły z jego trzecią żoną, a imprezę towarzyszącą wydarzeniu w mieście pamiętają do dziś. Szczęściarą była Elżbieta z Pilczy. Przez kolejne wieki zamek zmieniał swój wygląd i przeznaczenie - na przykład w XVI wieku, królowa Bona, która zresztą nigdy w zamku nie była, kazała przebudować go na modłę renesansową. Później zamek zmieniał właścicieli i w końcu popadł w ruinę, którą po części rozebrali Austriacy. Na początku drugiego dziesięciolecia XX wieku ostatecznie rozebrano południową cześć zamku, którą odbudowano - trochę nie po myśli miłośników historii - sto lat później i właśnie tam mieści się dziś galeria Zdzisława Beksińskiego, której nie było dane nam zobaczyć. Poszliśmy więc na Rynek.
Rynek w Sanoku
Ten jest ładny, zgrabny i otoczony zabytkowymi kamieniczkami, w tym Ratuszem z XVIII wieku. Wokół jest kilka pubów i restauracji z piwkującymi tam gośćmi, z których część pewnie chętnie poszła by zwiedzać zamek... no ale nie. Sami zjedliśmy nieco na uboczu, przy placu Świętego Michała w restauracji Stary Kredens, przed którą przez chwilę parkował świetnie utrzymany Borewicz. I w sumie to zresztą zwróciło moją uwagę. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że parę lat temu Magda Gessler zrobiła tam rewolucję, ale póki co nie miałem ani czasu, ani specjalnej ochoty obejrzeć jak wyglądało wtargnięcie tej burzy włosów do Sanoka. Jakkolwiek by nie było to dziś jest całkiem dobrze, chociaż pieprzu w kuchni chyba nie znają - mimo wszytko gołąbki z ziemniakami bardzo dobre, pierogi ruskie też. Mogę polecić, chociaż cenowo trochę odlecieli.

pomnik Zdzisława Beksińskiego
Wróciliśmy na Rynek. Przy kamienicy numer 14 od roku 2012 stoi odlany z brązu pomnik przywołanego tu już Zdzisława Beksińskiego. Dziś miasto Sanok bardzo się nim chwali i jak ktoś tego artystę kojarzy, to pewnie kojarzy też, że był z Sanoka. Jednak mało kto już wie, że to nie on był pierwszym znaczącym dla miasta Beksińskim. Pierwszym był jego pradziadek - Mateusz Beksiński, który wraz z kumplem z wojska, Walentym Lipińskim, w roku 1832 założył kowalsko-kotlarski zakład rzemieślniczy. Wytwarzali narzędzia, wiadra, kotły, i inne takie takie. Interes się kręcił i przekształcał, w czym duże zasługi miał syn Walentego, Kazimierz. W końcu asortyment rozszerzono o wagony kolejowe, które trafiały do między innymi Krakowa i samego Wiednia - stolycy! - a to było coś. W kolejnych dziesięcioleciach w firmie zmieniali się właściciele, a z nimi nazwy, a wytwarzany asortyment wciąż się poszerzał, w tym między innymi o tramwaje i autobusy. Dla przykładu na początku XX wieku firma wyprodukowała pierwsze elektryczne wagony tramwajowe dla Krakowa i Lwowa. Zamówienie ponowiono w roku 1913 i wtedy do Krakowa trafiły wagony SN1, a 25 lat później SN2 i dziś ich zrekonstruowane egzemplarze można spotkać na Krakowskiej Linii Muzealnej. Ha!, nawet tu udało mi się wpleść coś o tramwajach. No ale co to ma wspólnego z Beksińskim skoro firma od dawna należała już do kogoś innego? Ano ma; otóż firma, którą zaraz po Powstaniu Listopadowym założył pradziadek Zdzisława Beksińskiego w roku 1958 po raz kolejny zmieniła nazwę i od teraz znana była jako Sanocka Fabryka Autobusów "Autosan".
Autobus zaprojektowany przez Beksińskiego
I tę nazwę już z pewnością każdy kojarzy, choćby z tego względu, że w pewnym średnio kolorowym okresie naszego kraju autobusy ze stajni Autosanu były na stanie chyba każdego PeKaeSu. Nasz bohater, tj. Zdzisław Beksiński, trafił do firmy w roku 1955, parę lat po zakończeniu studiów w Krakowie. Bardzo tego nie chciał - leserował, obijał się, wyleciał dwa razy, ale jakimś cudem w międzyczasie udało mu się zaprojektować autobus, który był tak futurystyczny, że po testach od razu go zezłomowano, bo designem nie pasował do siermiężnej, robotniczej i szarej Polski z wyobrażeń partyjnych aparatczyków. To z dzieł młodego Zdzisława niestety więc przepadło i nie zachował się nawet model, jednak ostało się co innego - logo Autosanu. Lecący bocian, który do dziś znajduje się w logo firmy jest właśnie dziełem młodego Zdzisława Beksińskiego. Ten dzisiejszy znaczek nieco różni się od oryginalnego, ale motyw bociana w locie został. I tak na marginesie i zupełnie subiektywnie - Autosan H9 to najładniejszy autobus ever made i jestem gotów się o to kłócić. Beksiński nie ma z nim nic wspólnego, ale musiałem o tym wspomnieć. Jako pasażer jeździłem nim dziesiątki razy do Rabki i z powrotem i kiedy na kursie pojawiał się głośny i kanciasty Jelcz to czułem się zawiedziony. Gdyby komuś było mało to -->tutaj<-- można sobie posłuchać i pooglądać o zachwytach nad H9.
Biurowiec Autosanu
Kończąc wątek; w ostatnich latach firma przeszła trochę zawirowań i nawet ogłosiła upadłość, ale od zeszłego roku ma nowego właściciela i wciąż produkuje. Autobusy H9 jeszcze długo będziemy widywać na powiatowych drogach, natomiast nowszymi modelami miejskimi podróżować możemy na przykład po Warszawie, Krakowie czy właśnie Sanoku. Tyle z historii. My podjechaliśmy pod fabrykę - ot biurowiec, za nim hale, wejść nie wolno, nic specjalnego. Zrobiłem więc obowiązkowych parę zdjęć i pojechaliśmy dalej.

Natomiast w temacie Beksińskich warto jeszcze wspomnieć o Władysławie, dziadku Zdzisława, któremu Sanok zawdzięcza wiele stojących do dziś budynków. Jednym z jego projektów była przebudowa wspomnianego Ratusza z XVIII wieku (na dużym zdjęciu), ale także przebudowa tzw. Ramerówki, bardzo charakterystycznego, bo zielono-brązowego, budynku pomiędzy ulicami Kościuszki, 3 maja i Grzegorza z Sanoka. Eh... co ja bym bez tej Wikipedii zrobił? Krótko mówiąc - Zdzisław Beksiński, choć znany i doceniany na całym świecie, jak widać nie był jedynym zasłużonym ze swojego rodu. A potem pojawił się Tomasz... no, ale dzięki niemu przynajmniej poznaliśmy Monty Pythona.

Krosno

Jak będzie jeszcze w miarę jasno to się zatrzymamy. Taką mieliśmy koncepcję wyjściową na Krosno. Było po drodze, ale nie chcieliśmy wracać zbyt późno do domu, więc przystanek w Mieście Szkła nie był do końca pewny. Ostatecznie udało się. Rydwan zostawiliśmy na jednej z ulic i poszliśmy w stronę Rynku i Starego Miasta i tak znaleźliśmy się na ulicy Sienkiewicza. Wow, jak tu ładnie! Teraz wszedłem na StreetView i wypsnęło mi się 'o fuck!' To serio tak wyglądało?? Czizas... To jednak tylko potwierdza jak wielką metamorfozę przeszły polskie miasta w ostatnich latach. Ale nie zapominajmy, że UE jest przecież taka zła, zgniła i niedobra i w ogóle jej nie potrzebujemy, ani nigdy nie potrzebowaliśmy... nie inaczej. Na StreetView z 2013 roku ulica Sienkiewicza to smutny kawał asfaltu, którego część robi za parking, a pozostały za krzywą i dziurawą jezdnię. Stojący obok kościół i klasztor oo. Kapucynów w ogóle nie jest wyeksponowany i ginie w całym tym burdelu.
Ulica Sienkiewicza w Krośnie
Dziś jest już zupełnie inaczej - wieczorem kościół oraz stojący po drugiej stronie ulicy budynek urzędu miasta są subtelnie podświetlone, a okolica sprawia wrażenie uporządkowanej i przyjemnej; zniknął parking, a pozostałe miejsca postojowe zostały ucywilizowane, szpetny asfalt został zastąpiony granitową kostką, zamontowano ozdobne lampy, postawiono ławki... Wykonano tam ogromną pracę, która zupełnie odmieniła tę niewielką część miasta. Tą też ulicą doszliśmy do Rynku. Jego również dotknął niedawny remont; są drzewka, fontanny, a całość jest brukowana i otoczona podświetlonymi, niskimi kamieniczkami, z których wiele zdobią podcienie.
Kamienice przy krośnieńskim Rynku
Znajdziemy tam klimatyczne lokale gastronomiczne i dopasowane do nich ogródki kawiarniane, które w taki luźny i ciepły poniedziałek były pełne ludzi. Zupełnie nie wiedziałem czego spodziewać się po tym byłym mieście wojewódzkim i też niewiele o nim wiedziałem. Kojarzyłem je głównie z fabryką szkła, o czym nie raz przypominał mi napis na kuflu z piwem, ale to tyle. Tym bardziej byłem miło zaskoczony tym niewielkim skrawkiem miasta, który mogłem zwiedzić i żałuję, że byliśmy tam tak późno przez co widzieliśmy tak niewiele. Krosno jest małe, ale nie zawiera się tylko w Rynku, więc może jeszcze kiedyś uda mi się tam wpaść na dłużej - zwłaszcza, że kilka kilometrów na północ leżą ruiny pięknego zamku Kamieniec, którego właścicielem był niegdyś sam Aleksander Fredro. Szperając po archiwach odkrył on historię poprzednich właścicieli i waśni jakie ich dzieliły - i tak powstała 'Zemsta'. Obowiązkowe must-see regionu. Także może jeszcze kiedyś się uda. Gdyby ktoś się jednak zastanawiał, to niech przestanie i zrobi sobie podobną wycieczkę.

Niewielka galeria do wpisu znajduje się -> tu
Read more →

9 sie 2017

Jesteśmy w Polsce - Bydgoszcz, Grudziądz, Toruń

,
Notkę o Wałbrzychu skończyłem smutnym stwierdzeniem, że Polskę można zwiedzać tylko samochodem. I niby to wiem, niby się pogodziłem, a i tak uparcie próbuję inaczej. Głównie dlatego, bo od dawna nie mam już samochodu. Także ten. Z Krakowa do kujawsko-pomorskiego dojazd jest słaby i zajmuje mnóstwo czasu, a ja chciałem ogarnąć całość w weekend. Wstałem więc o tej najpodlejszej z pór dnia - gdzieś przed czwartą - i powlokłem się na nocny, by ten zawiózł mnie na dworzec. Samolot do Warszawy miał w planie startować o 5:50, więc pasowało mi być w miarę o czasie, mimo, że to rejs krajowy. I nawet się zastanawiałem, czy jednak nie pojechać późniejszą kolejką, bo przecież pewnie i tak będzie jeszcze w miarę luźno, ale w końcu pojechałem wcześniejszą. I słusznie. O godzinie 4:55 w sobotę krakowskie lotnisko jest pełne ludzi, a kolejka do kontroli wcale nie jest mniejsza od tej o 18:00. Plus taki, że szybko poszło. Minus, że mgła opóźniła wylot o czterdzieści minut. W lipcu! Potem jednak już wszystko szło gładko - w sumie LOT powinien podawać realny, jakoś uśredniony może, czas lotu, a nie ten rozkładowy - z Krakowa do Warszawy leciałem bowiem 29 minut. Jasne, że doszły do tego takie atrakcje jak kontrola, czekanie, kołowanie i w końcu opóźnienie z powodu krakowskiej mgły, ale i tak byłem na miejscu szybciej niż jakimkolwiek innym środkiem transportu. Zastanawiałem się przez chwilę nad Pendolino, ale... cóż, bilet na samolot był znacznie tańszy, mimo, że kupiony na tydzień przed wylotem. Niestety dalsza podróż musiała być już po ziemi, bo do Bydgoszczy LOT już od jakiegoś czasu nie lata. Zaproponowali mi jednak podróż przez Lwów...

Bydgoszcz

Zwiedzanie rozpocząłem od dworca kolejowego, ale dziś ten nowy dworzec to taka szklana kostka, o której nie ma co się rozpisywać, więc przejdę do ulicy Dworcowej (lub według niektórych im. Nikołaja Grigorjewicza Dworcowa). Ta długa na ponad 1200 metrów ulica ma poniekąd charakter reprezentatywny i zdobi ją spora ilość naprawdę ładnych i dobrze utrzymanych kamienic. Niestety mniej więcej tyle samo jest tych w gorszym stanie plus trochę swojskiego pierdolnika to tu to tam. Do pewnego momentu można po niej jeździć tramwajem, a dalej ulica zamienia się w coś jakby deptak... tzn. to mogłaby się zamieniać, gdyby tylko postawiono tam znak zakazu wjazdu. O tyle dobrze, że ulica jest jednokierunkowa, a tamtejsza Straż Miejska ładnie ściga tych, którzy 'tylko na chwileczkę przecież' zajęli cały chodnik swoim Mondeo. Dworcowa kończy się na ulicy Gdańskiej, która znowuż poprowadzi nas do Mostowej (tudzież Mostowa) i tam zaczyna się ta Bydgoszcz właściwa, turystyczna.
Spichrze zbożowe w Bydgoszczy
Pocztówkowo prezentują się spichrze zbożowe z XVIII i XIX wieku, które są śladem po dawnej Bydgoszczy oraz funkcji jaką pełniło to miasto przez stulecia. Dziś są odremontowane i (niektóre) są częścią Muzeum Okręgowe im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy. Nieco dalej znajduje się Stary Rynek, którego jedną pierzeję zajmuje ogromne, byłe kolegium jezuickie z XVII wieku. Byłe, bo dziś jest to urząd miasta z uroczym parkingiem od frontu. Z pozostałych stron Stary Rynek otoczony jest zgrabnymi, ładnymi i zabytkowymi kamienicami, które w większości niedawno przeszły renowacje lub remont. Nie inaczej jest na wąskich uliczkach wokół. Prawie każda z nich jest deptakiem dla pieszych i samochodów prawie tam nie widać. Czasem ktoś wjedzie, jasna sprawa, ale poza tym zabytkowe centrum Bydgoszczy wydaje się być zupełnie wolne od zastawiających je wyznaczników postępu. Przynajmniej w weekend. Po części jest to zasługą oddanego z końcem 2015 roku piętrowego parkingu, który znajduje się tuż obok.
Bydgoska Wenecja
Ładny Rynek, odremontowane kamienice, wąskie uliczki starego miasta znajdziemy dziś już w wielu miastach w Polsce. Bydgoszcz natomiast wyróżnia 'Wenecja'. Bywa nawet, że Bydgoszcz określa się mianem 'Wenecji Północy'. Ciekawe czy Wenecję ktoś kiedyś nazwał Bydgoszczą Południa... zostawmy, nieważne. Bydgoską Wenecję tworzy zakole rzeki Młynówka i kamienice znajdujące się bezpośrednio nad nim. Byłem w Wenecji, poczytałem trochę w Internecie o Bydgoszczy, a na miejscu... niczego mi nie urwało. Ok, jest rzeczka, jest mostek, a na nim kłódki, są kamienice i nawet parę restauracji, i fajnie, ale część tych kamienic jest odwrócona do rzeki tyłem, także zwiedzający może sobie pooglądać średnio zadbane podwórka. Smutno też prezentuje się leżąca nieopodal była Farbiarnia Wilhelma Koppa.
Młyny Rothera
Ten piękny budynek z początku XX wieku stoi dziś zupełnie pusty i choć od dawna są plany na przekształcenie go w lofty, a nawet hotel, to wciąż nie widać, by cokolwiek szło tam ku lepszemu. Do tego w jego sąsiedztwie znajduje się inna perełka - stara rafineria spirytusu Augusta Frankego. Również pusta i zaniedbana. Zupełnym przeciwieństwem jest Wyspa Młyńska. Ok, tam znowuż straszą ogromne zabudowania młynów Rothera, ale z nimi jest o tyle lepiej, że są w posiadaniu władz miasta i całość jest obecnie remontowana i zabezpieczana. Wiele wody w Brdzie musi upłynąć, nim doprowadzą to do używalności, ale już widać światełko w tunelu. Dziś Wyspa Młyńska tworzy chyba najbardziej atrakcyjne i urokliwe miejsce w Bydgoszczy.
Siedziałem więc nad rzeczką, sączyłem lemoniadę z pobliskiej knajpki i nawet nie wiem kiedy czas na Bydgoszcz mi się skończył. Na dworzec autobusowy dotarłem piechotą idąc bulwarami nad Brdą i ten sposób bardzo polecam.

Grudziądz

Pojechałem tam SuperPKSem. Mało jednak miał wspólnego z super, ale już więcej z PKSem. Dojechałem jednak tanio, szybko i punktualnie, więc powiedzmy, że było ok. Dworzec autobusowy w Grudziądzu za to jest już bardzo nie ok. Jest to przykład na ten smutny absurd pokazujący jak poważnie traktuje się w tym pięknym kraju nad Wisłą transport zbiorowy.
Grudziądzki dworzec autobusowy
Przez całe dekady bowiem cała kasa na infrastrukturę szła na budowę dróg i autostrad. I ok, fajnie, drogi zawsze mieliśmy fatalne i nie można było tego tak zostawić, ale przy okazji tej wielkiej akcji budowy dróg i autostrad zupełnie zapomniano o kolei, która została pozostawiona sama sobie, a bywało nawet, że pieniądze z dofinansowania na rozwijanie kolei przerzucano na budowę dróg właśnie. Doprowadziło to do między innymi tego, że dziś do wielu miejscowości wygodnym pociągiem już nie dojedziemy, a sama kolej ma opinię między fatalną, a żałosną. Rynek pustki jednak nie lubi, więc na 'ratunek' wyjechały busy. Czasem lepsze, czasem gorsze, ale i tak oczywiście tylko tam, gdzie im się to opłaca. Bywa, że te busy, ale też i wielkie autokary PolskiegoBusa na przykład, śmigające dziś po autostradach i ekspresówkach, nawet nie wjeżdżają na dawno zapomniane dworce autobusowe w obawie, że już stamtąd nie wyjadą, bo budując infrastrukturę drogową zupełnie zapomniano o dworcach. Inaczej to wygląda na kolei - na pięknie odremontowanych stacjach zjawia się czasem zaledwie kilka pociągów dziennie. W Grudziądzu, który pięknego dworca akurat nie ma, jest ich całkiem sporo, bo ponad 30, ale za to ostatni odjeżdża o... 19:58.
Tramwaj GT8 w Grudziądzu
Okolice dworców są więc raczej mało ciekawe. Jedyną ciekawostką, jaką może się ktoś zainteresować, jest zabytkowa zajezdnia tramwajowa zbudowana tu w 1896 roku. Już samo to, że niewielki Grudziądz ma swoją sieć tramwajową jest interesujące. Ok, aż słyszę to przewracanie oczami, więc będzie krótko. Sieć tramwajowa w Grudziądzu jest co prawda malutka i ma tylko jedną linię, którą do tego obsługuje głównie stary tabor GT8 pozyskany z niemieckiego miasta Krefeld, ale niedawno miasto zmodernizowało i odremontowało większość trakcji w mieście i co więcej nie zamierza na tym poprzestać. Ponadto Grudziądz jest obecnie jedynym miastem w Polsce, w którym na Rynek możemy dojechać tramwajem. Rynek taki w staromiejskim stylu przynajmniej. Ma to swój urok, zwłaszcza, że grudziądzki Rynek jest naprawdę bardzo ładny. Niestety z dworca dojedziemy tam tylko wcześnie rano kiedy tramwaje wyjeżdżają w trasę. Ja jednak miałem sporo czasu, więc poszedłem pieszo.
Młyn Wolanda
Po drodze minąłem średniej urody bloki i nieco ładnych kamienic, ale najbardziej w oczy rzucił mi się budynek byłego Młynu Wolanda. Dziś jest on w opłakanym stanie i bardziej straszy niż przyciąga, ale to ma się wkrótce zmienić. Stary młyn bowiem przeszedł właśnie w miejskie ręce i już powstają pierwsze plany i koncepcje jego zagospodarowania. Co więcej dwa tygodnie przed moim pobytem można było go zwiedzać i zasugerować, co by można było tam zrobić. Być może powstanie tam centrum nauki i technologii, a część będzie służyć sportowi i rekreacji. Czas pokaże.

Spichrze w Grudziądzu
Główną atrakcją Grudziądza są oczywiście spichrze nad Wisłą. Potwierdzam - w popołudniowym słońcu wyglądają obłędnie. Pierwsze takie budowle pojawiły się tam już w połowie XIV wieku, co pozwoliło na szybsze rozwijanie się miasta. Przez wieki spichlerzy bywało raz więcej raz mniej, a bo spłonęły, a bo wojenna zawierucha, a bo jeszcze coś innego i do tego cały czas były przebudowywane; zwężane, poszerzane, w zależności co jaką koncepcję mieli aktualni właściciele. Na początku XX wieku kilka budynków spłonęło, a te które się udało uratować po części przebudowano na mieszkania. Od tamtego czasu funkcje grudziądzkich spichrzy wiele się nie zmieniły - część to mieszkania, a część to wciąż magazyny. Jedyna zmiana to ta, że parę zaadaptowano na cele służące Muzeum w Grudziądzu.
Ruiny zamku krzyżackiego
Nieopodal spichrzy leży Góra Zamkowa z reliktami byłego zamku krzyżackiego. Zbudowano go gdzieś w połowie XIII wieku i przez następne kilka wieków był jedną z ważniejszych twierdz tego regionu, której mury gościły koronowane głowy ówczesnego Królestwa Polskiego. Między innymi byli tu Zygmunt August, Zygmunt III Waza, potem jego syn Władysław IV, Jan III Sobieski, ale także car Rosji Piotr Wielki. Kolejne wieki to czas upadku i systematycznej rozbiórki zamku. W XVIII wieku większość cegieł wykorzystano do budowy Twierdzy Grudziądz z cytadelą i systemem fortów. W ten sposób do początku XIX wieku została już tylko wieża zwana Klimek. W kolejnych latach trochę bardziej przychylnie patrzono na Górę Zamkową i założono nawet park, a wieża stała się popularnym miejscem widokowym. W okresie II Rzeczpospolitej rozbrzmiewał z niej nawet grudziądzki hejnał. Ostatecznie wieża zniknęła z panoramy Grudziądza z pierwszych dniach marca 1945 roku za sprawą niemieckiego trotylu. ponad dziesięć lat temu władze miasta rozpoczęły akcję sprzątania Góry Zamkowej i odkrywania tego, co się jeszcze ostało z dawnego zamku. Szybko odrestaurowano i zabezpieczono pozostałości murów, a w roku 2014 oddano nową wieżę Klimek, która dziś znów jest popularnym punktem widokowym i co więcej - darmowym.

Ulica Spichrzowa, Grudziądz
Schodząc z Góry Zamkowej polecam spacer ulicą Spichrzową aż do Bramy Wodnej. Obok spichrzów i Rynku to kolejne piękne miejsce w Grudziądzu. W sąsiedztwie mamy już tylko Rynek z przejeżdżającym tamtędy tramwajem, Pomnikiem Żołnierza Polskiego i mnóstwem ludzi wokół. Takie ciepłe sobotnie popołudnie to świetny powód, by zostać tam dłużej, posiedzieć w jednej z kawiarń czy restauracji, na przykład pod kolorowymi parasolkami przy ulicy Mikołaja Reja, lub w fajnej i dość taniej restauracji na rogu Wieżowej i Długiej. I zostałbym dłużej, posiedział, pokontemplował, wypił piwo albo dwa, gdyby tylko ostatni pociąg do Torunia nie odjeżdżał o 19:58.

Toruń

Jedyne miasto na trasie mojej wycieczki, w którymś już kiedyś byłem. Dojechałem tam zgodnie z rozkładem, czyli o 21:02. Hotel miałem przy Rynku Nowomiejskim, także przynajmniej daleko nie musiałem szukać. Bo właśnie - jak ktoś jedzie do Torunia z planami jego zwiedzania, to - o ile jest taka możliwość - lepiej jak wysiądzie na stacji Toruń Miasto, a nie Toruń Główny. Ta druga stacja znajduje się po drugiej stronie rzeki, a Wisła w Toruniu jest naprawdę szeroka i kawałek do centrum jest. Ostatni raz byłem tam z końcem roku 2001 w odwiedzinach u znajomej. Niewiele pamiętam z tej wycieczki, gdyż najpodlejsza z pór roku charakteryzuje się tym, że właściwie cały czas jest ciemno, a ja i tak byłem tam już późnym popołudniem. Poza tym przyjechałem tam w odwiedziny, a nie by zwiedzać. Pamiętam tylko szybki spacer przez zabytkowe centrum gdzie waliło w nas mokrym śniegiem, skąd chcieliśmy się dostać gdzieś na północne rubieże miasta, w okolice, gdzie większość nazw ulic pochodzi od kwiatów. Bodaj na Irysową jechaliśmy. Niebywałe, że prawie wszystko z tej wycieczki wyleciało mi z głowy, a przecież wcale jakoś bardzo się wtedy nie łajdaczyłem. Pamiętam głównie samą podróż - najpierw do Warszawy, jeszcze ze znajomymi, z którymi miałem się spotkać w drodze powrotnej, a potem do Torunia stojąc i marznąc między przedziałami, bo tam akurat było cieplej niż w wagonie. Serio. Pamiętam nawet, że stojąc na tym zimnie słuchałem płyty Antichrist Superstar Marilyna Mansona, z discmana. Ale samego pobytu w Toruniu już mniej. To tak nawiązując do tego Torunia Głównego, na który wtedy przyjechałem i z którego potem odjeżdżałem, bo znajoma, którą odwiedzałem, mieszkała akurat po tej stronie Wisły, więc tak było wtedy dogodniej.

Modry Fartuch
Tym razem też nie byłem pierwszy do zwiedzania. Padałem już na twarz i jedyne o czym marzyłem to porządny prysznic i zimne piwo. Na szczęście w hotelu miałem jedno i drugie. Siedząc później w restauracji i sącząc Książęce rozmawiałem jednocześnie z koleżanką, która Toruń dość dobrze zna i poleciła mi fajną knajpę, która okazała się być parę domów obok. Koszmarnie mi się nie chciało wstawać, ale pomyślałem, że drugiej okazji już mieć nie będę, no i poza tym to pierwsze piwo postawiło mnie trochę do pionu. Knajpa nazywa się Gospoda Pod Modrym Fartuchem i tam ostateczne ukojenie przyniosło mi piwo toruńskie piernikowe. Piernik, miód, cynamon... świetny wyrób lokalny i żałuję, że nie kupiłem żadnego na pamiątkę.

Rano padało. Nie spieszyłem się więc ze wstawaniem, bo według prognozy do godziny 10. miało być lepiej. I było. Najbliżej do zwiedzania miałem wspomniany Rynek Nowomiejski, a tam same piękne kamienice. Właściwie wszystkie są zabytkami, na przykład wspomniany Modry Fartuch mieści się w kamienicy z końca XV wieku, mury hotelu, w którym spałem są podobnie stare, chociaż kamienica była po drodze parę razy przebudowywana. Natomiast na samym środku placu stoi kościół św. Trójcy i akurat on tam najmniej pasuje i tym samym nie zachwyca. Rynek Nowomiejski był też miejscem kręcenia filmu "Prawo i Pięść" w reżyserii Jerzego Hoffmana i Edwarda Skórzewskiego. Fakt ten upamiętnia mały wagonik kolejowy stojący w jednym z rogów Rynku.

Zamek krzyżacki
W pobliżu znajduje się zamek krzyżacki, a właściwie to co z niego zostało po tylu wiekach. Toruński zamek krzyżacki to bowiem najstarszy zamek krzyżacki na ziemi chełmińskiej, a jego budowę rozpoczęto w połowie XIII wieku. Niestety czas, chociaż chyba bardziej ludzie, dał mu się bardzo we znaki. Na przykład jeszcze nie tak dawno teren zamku był wysypiskiem śmieci i dopiero prace porządkowe w połowie lat 60' XX wieku rozpoczęły nowe życie tej średniowiecznej budowli. Całość oczywiście można zwiedzać za odpowiednią opłatą. Ciekawostką jest, że toruński zamek także ma swojego smoka - znajduje się on w wąskiej ulicy Przedzamcze prowadzącej do zamku. Niestety on także nie ma szczęścia, bo ktoś mu utłukł skrzydełko.

Dwór Artusa przy Rynku Staromiejskim
Ulicą Szeroką doszedłem do Rynku Staromiejskiego i Ratusza, też Staromiejskiego, no i oczywiście pomnika Mikołaja Kopernika. Na wieżę ratuszową można wejść, chociaż jej wysokość nie gwarantuje jakichś fantastycznych widoków. Ja jednak lubię wszelkie wieże i punkty widokowe, więc pozbyłem się tych 13zł z portfela za bilet. Swoją drogą na Szerokiej znajdziemy... Biedronkę i jest to chyba jedyny dyskont spożywczy ze średniowiecznymi freskami na suficie. Plus jest taki, że nie ma tam burdelu jaki bywa w innych Biedronkach. Swoją drogą to nieprawdopodobne jak władze naszych miast pozwalają na ekspansję takich dyskontów. Biedronka jest jak... biedronka właśnie, tylko ta chińska, która pcha się wszędzie i niszczy wszystko wokół. Od kiedy ulokowała się na krakowskim Rynku nie ma już granicy, którą ta sieć mogłaby jeszcze przekroczyć. Chociaż akurat Kraków i jego władze to najsłabszy z przykładów, bo wystarczy przypomnieć sobie sprawę sprzed pięciu lat, kiedy miasto pozwoliło ulokować market Carrefour w... Sukiennicach. Co prawda na chwilę, bo naród jednak nie głupi i zauważył, ze ktoś tu odstawił manianę, ale jednak. Mimo wszystko teraz i tak ta rynkowa Biedronka ginie w natłoku Carrefourów, Żabek i innych monopolowych skutecznie obniżających prestiż tej zabytkowej części miasta. Ale to na marginesie - wracam już do Torunia. Pięknego, choć bardzo przypominającego mi Kraków czy Wrocław.
Krzywa Wieża w Toruniu
Chodziłem więc powoli, snułem się po wąskich uliczkach, niektórymi kamienicami się zachwycałem, nad innymi uroniłem łzę smutku i mniej więcej w ten sposób doszedłem do toruńskiej krzywej wieży. Jej historia jest tak długa jak historia Torunia. Powstała bowiem w połowie XIII wieku jako najzwyklejsza baszta obronna i przez większość czasu właśnie taką pełniła rolę. Później one się zmieniały; był tu karcer dla kobiet, kuźnia, mieszkania. W końcu basztę przejęły instytucje kulturalne jak na przykład oddział Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego. Jak podaje Wikipedia z krzywą wieżą wiąże się legenda o powstaniu nazwy miasta - otóż baszta i Wisła bardzo się kiedyś przyjaźniły, ale w pewnym momencie rzeka zaczęła płynąć zbyt blisko, więc baszta krzyknęła: 'Wisło, Wisło, nie podpływaj tak blisko, bo ja runę!'. Wisła na to: 'To ruń!' Badum-tss. Baszta na szczęście nie runęła i dziś jest jednym z symboli Torunia, gdzie można sprawdzić czy się w życiu nagrzeszyło czy nie. Wystarczy stanąć pod ścianą i utrzymać równowagę - jak się nie uda to według niektórych wierzeń źle z nami.
Na przeciwko, po drugiej stronie Wisły, znajduje się punkt widokowy na panoramę Torunia. Wycieczka piesza tam i z powrotem zajmie nam kilkadziesiąt minut, więc lepiej wziąć autobus w stronę dworca głównego. Stamtąd jest już tylko kawałek.
Panorama Torunia
A jak ktoś ma samochód to ma problem z głowy, bo łatwo można tam dojechać i nawet zaparkować. Niemniej jednak jak ktoś bardzo nie chce to nie musi - panorama Torunia, choć ładna, jasne, to jednak nie zapiera tchu w piersiach. Trzeba też wziąć poprawkę na szerokość Wisły, a jak pisałem ta w Toruniu jest naprawdę szeroka, więc i widok słabszy. Kiedy już jednak tam się jest to można spojrzeć na ruiny Zamku Dybów. Ciekawe w nim jest to, że mimo położenia jest to polski zamek wzniesiony na polecenie Władysława Jagiełły w latach 1424-1428. Był czymś w rodzaju pokazu siły wobec Zakonu Krzyżackiego, którego państwo zaczynało się po drugiej stronie rzeki. Niestety mieszkańcom Torunia i zakonowi to się bardzo nie podobało i szybko go nam spalili, a następnie odbudowali i przejęli dla siebie. Jednak też nie na długo, bo już od 1439 znów był polski. Sam widziałem go jedynie z daleka idąc mostem Piłsudskiego i nawet zdjęcie jego mam takie, że wstyd pokazać. Taki trochę większy niż pozostałe. Nie jestem pewny też czy można go zwiedzać. Wyczytałem, że od roku 2016 zamek znajduje się w rękach fundacji Zamek Dybów i Gród Nieszawa, która chce ożywić to miejsce. Wokół stało kilka samochodów co sugeruje, że coś tam się dzieje.

Zajezdnia tramwajowa w Toruniu
W programie na Toruń zostały mi już tylko dwie atrakcje. Pierwszą z nich jest - uwaga - zajezdnia tramwajowa. Jest to zabytkowy budynek z 1915 roku i jedna z najstarszych wciąż czynnych zajezdni tramwajowych w Polsce. Powstała na bazie pierwszego budynku tego typu, który stanął w tym miejscu w roku 1891. Wtedy to jeszcze były tramwaje konne, a dopiero 8 lat później na ulice Torunia wyjechały tramwaje elektryczne. Chociaż bardziej już niż dopiero. Dla przykładu Kraków ma elektryczne tramwaje od roku 1901, a Warszawa od 1908, no ale z drugiej strony taki Poznań cieszy zelektryfikowaną siecią od roku 1898, a Wrocław od 1893. Widać zabory. Toruńska zajezdnia, choć jest cennym zabytkiem, jest też dla miasta problemem, gdyż jest zbyt mała, by pomieścić cały miejski tabor, a miejsca na rozbudowę raczej w okolicy nie ma. Skutkiem tego część tramwajów nocuje na specjalnych końcówkach. Nie jest to najlepsze rozwiązanie, ale na razie nie ma innego. Czytałem, że planują budowę nowej zajezdni, ale to wciąż tylko plany. Jeśli ktoś chciałby ją obejrzeć to znajduje się przy ul. Sienkiewicza, a polecam dojść ulicą Mickiewicza - jest tam sporo ładnych kamienic do obejrzenia po drodze.
Głaz dedykowany Grzegorzowi Ciechowskiemu
To wszystko znajduje się trochę poza centrum, ale po drodze do drugiej atrakcji - do klubu Od Nowa. Kiedyś nie musiałbym go tak daleko szukać, bo mieścił się w pięknej kamienicy przy Rynku Staromiejskim. Dziś jest już nieco dalej od Starego Miasta, ale przynajmniej można tam dojechać tramwajem - od niedawna zresztą. To tam ćwiczył i grał Grzegorz Ciechowski ze swoim zespołem Republika. Chociaż nigdy nie byłem wielkim fanem, to wiele piosenek Ciechowskiego znam i lubię, a ostatnią płytę Republiki, 'Masakrę', cenię sobie naprawdę wysoko. Pomyślałem więc, że będąc w Toruniu spojrzę na ten klub i tablicę pamiątkową, którą ustawiono tam Grzegorzowi z Ciechowa w roku 2002. Akurat tak się złożyło, że pierwszy raz w Toruniu znalazłem się niecały tydzień po jego śmierci.

Krótko podsumowując - każde z tych miast jest inne, ale wszystkie są równie warte odwiedzenia. Najmilej wspominam jednak Grudziądz. Być może dlatego, że nie do końca wiedziałem czego mogę się tam spodziewać i ostatecznie zostałem miło zaskoczony. No i tam zjadłem obiad... to też nie pozostaje bez znaczenia. Gdybym zwiedzał kujawsko-pomorskie samochodem, to na pewno zajrzałbym jeszcze do Chełmna, które wręcz puchnie od atrakcji i zabytków. Jednak zupełnie nie chciało mi się ono spiąć z planem, więc może innym razem.

Miałem pisać każdym mieście osobno, ale ja nie mam do tego głowy. Wiem, że Google lubi inaczej, a najbardziej lubi jak się coś wypunktowuje, więc niech tak będzie;
W czym te miasta są do siebie podobne?
1. leżą w województwie kujawsko-pomorskim
2. są w podobnym wieku; Bydgoszcz i Grudziądz jako grody powstały już w XI wieku, Toruń wcześniej, bo w X. Daty nadań praw miejskich także są zbliżone - odpowiednio w 1346 dla Bydgoszczy, w 1291 dla Grudziądza i w 1233 dla Torunia,
3. mają odrestaurowane i ładne Rynki - no, może Bydgoszcz nieco mniej tu błyszczy,
4. mają tramwaje i wszystkie trzy sieci są wąskotorowe (1000mm),
5. sam już nie wiem,
6. z południa Polski trudno szybko się tam dostać inaczej niż samochodem,
7. każde z osobna ma swój urok i jest warte zobaczenia... ale to już było.
8. moje zdjęcia tych miast znajdują się w jednym miejscu -> tu.
Read more →

29 cze 2017

Jesteśmy w Polsce - Wałbrzych

,

Wałbrzych - dla większości zwiedzających, to przede wszystkim Zamek Książ. No i prawda, znajduje się on w granicach miasta, chociaż trochę na siłę moim zdaniem, jednak Wałbrzych to nie tylko ten jeden z największych, najpiękniejszych i na pewno najbardziej tajemniczych zamków w Polsce, ale też wcale niemałe, byłe miasto wojewódzkie ze 120 tysiącami zameldowanych tam dusz. Planowaliśmy z Anią zobaczyć Wałbrzych już od co najmniej roku, ale udało się dopiero w tę majówkę. Co prawda miała być Grecja, słońce i plaża..., ale cóż, był deszcz w Libercu (i tramwaje!), metr śniegu na Śnieżce oraz mgła w Wałbrzychu. Wyszło więc dość krajoznawczo i tym samym intensywnie, co jest tak samo dobre, a Grecja przecież nie ucieknie. Natomiast mgła jest tu dość istotnym elementem, bo to trochę o niej jest ten wpis.

Zamek Książ
Zamek Książ, widok z parku
Krótko, bo o tym w necie jest już chyba wszystko napisane, chociaż i tak pewnie za mało. Pojechaliśmy tam drugiego dnia, kiedy już właściwie opuszczaliśmy Wałbrzych na rzecz Kłodzka. Może i to nie do końca po drodze, ale tak było nam lepiej. Do zamku dojechać można samochodem, który potem zostawiamy na błotnistym klepisku zwanym szumnie parkingiem i to za jedyne 10zł, lub autobusem, bodaj linią 8. Swoją drogą ciekawostka - autobusy miejskie w Wałbrzychu mają krakowskie rejestracje. No, ale ok. Jesteśmy w tym Książu i idziemy po bilety. Informacja o biletach jest dość słaba, bo wywieszona tylko przy kasie, więc ludzie pchają się jedni przez drugich, by przeczytać jakie opcje zwiedzania są dostępne, no i jaka jest ich cena. To jest do poprawienia. Wejścia są grupowe i nam się trafiła grupa, na którą musieliśmy czekać ponad godzinę. Polecam wziąć opcję z przewodnikiem, zwłaszcza, jeśli chcemy zejść do podziemnych tuneli. Zwiedzanie bez przewodnika bowiem tego nie obejmuje, a jest to jednak niemała ciekawostka, o której różni archeologowie, historycy, pasjonaci II wojny i eksploratorzy wciąż się rozpisują i tworzą coraz to nowe teorie. Nie żebym to teraz wyśmiewał, sam jestem gdzieś pomiędzy nimi. 
Zamek Książ, front
Bilet kosztował nas około 37PLN i zawierał w sobie wstęp do palmiarni oraz półtoragodzinną wycieczkę po całym zamku, niestety bez dwóch najwyższych kondygnacji, gdyż ich jeszcze nie zdążono ogarnąć po sowieckich imprezach na obiekcie. Niestety, ale podczas II Wojny Światowej, kiedy zamek znajdował się już w rękach Rzeszy, która przejęła ją od Hochbergów za podatki, obiekt mocno ucierpiał, zwłaszcza w środku. Pierwszych zniszczeń dokonali sami Niemcy, którzy robili tam kwaterę dla Adolfa wywiercając tym samym, głównie rękami robotników przymusowych, dziesiątki tuneli i podziemnych komór, które dziś tak bardzo dzielą historyków. Druga fala zniszczeń przyszła wraz z frontem i sowietami i to po nich było najwięcej sprzątania, co było możliwe dopiero po 'odwilży', tj. po roku 1956. Zabezpieczanie zamku trwało do roku 1962.
Zamek Książ to jedno z absolutnych must-see na Dolnym Śląsku, nie tylko ze względu na jego monumentalność, położenie i urok, ale przede wszystkim na jego długą, złożoną i trochę tragiczną historię, zwłaszcza lata, kiedy był w posiadaniu rodziny Hochbergów, w tym Księżnej Daisy, o której każdy kiedyś musiał gdzieś słyszeć. Wtedy też bywali tam najwięksi ówczesnego świata - był wśród nich nawet Winston Churchill, który znalazł się tam przez więzy krwi; jego matka bowiem była przez moment żoną brata Daisy, George'a.

Totenburg - Mauzoleum
Totenburg
W latach 30' Wałbrzych, wtedy Waldenburg, był solą w oku niemieckich nazistów, gdyż większość mieszkańców nie podzielała poglądów Hitlera i jemu podobnych. Władze SS na ten region próbowały to zmienić budując, zaledwie kilometr od Rynku, mauzoleum mające upamiętnić 170 tysięcy Ślązaków poległych w I Wojnie Światowej, ofiary wypadków w kopalni i jeszcze 25 bojowników lokalnego ruchu narodowo-socjalistycznego. To oficjalna wersja, nieoficjalna jest taka, że miał to być ośrodek propagandy hitlerowskiej. Budynek - konstrukcja bardziej - powstała w latach 1936-1938 na planie prostokąta. Wewnątrz znajduje się dziedziniec otoczony arkadami, którego krużganki są dodatkowo podpiwniczone. Natomiast na ścianach i stropach znajdowały się płaskorzeźby i oczywiście masa swastyk. Dodatkowo na samym środku dziedzińca stanęła metalowa kolumna, na szczycie której płonął 'wieczny ogień' - zgasł jak tuż przed nadejściem Armii Czerwonej ktoś odłączył gaz. 
Totenburg wewnątrz
Dziś Totenburg jest unikatem, gdyż jest jedyną tego typu budowlą, której Rosjanie nie wysadzili i obrócili w piach. Co więcej jeszcze w latach 60' w obiekcie jak i parku wokół odbywały się imprezy i festyny miejskie, także to miejsce faktycznie żyło. Oczywiście wcześniej zdemontowano wszystkie symbole świadczące o przeszłości i przeznaczeniu obiektu. Dziś - to ruina i jedno z najbardziej creepy miejsc jakie w życiu odwiedziłem. Duże zasługi ma tutaj gęsta mgła, która połączona ze stanem tego miejsca i jego historią wytworzyła naprawdę mroczny klimat. Co więcej gdzieś obok ktoś był, bo słyszeliśmy głosy, ale nikogo nie było widać. Do środka można wejść przez jedno ze źle zabezpieczonych wejść, co zresztą jest często wykorzystywane do różnego rodzaju libacji i ognisk. Wnętrze jest bowiem nieprawdopodobnie zaśmiecone i oszczane różnego rodzaju pseudograffiti.
Totenburg, krużganki
Jak pisałem wyżej krużganki są podpiwniczone, co widać w jednym z rogów, skąd zieje wielka, czarna dziura. Być może to było zejście, a być może to pozostałość po sowietach, którzy próbowali to wysadzić. Ania była nią bardzo zainteresowana, zwłaszcza, że dochodziły stamtąd jakieś głosy - ledwo słyszalne, ale jednak. Mogli to być domorośli eksploratorzy, duchy poległych nazistów, lub, i skłaniam się ku temu, jakieś ćpuny. Mauzoleum bowiem cieszy się raczej złą sławą i to nawet nie przez swoich budowniczych, a właśnie przez to, że jest wylęgarnią różnej maści podejrzanego elementu. To był jednak 3. maja, święto, nie spodziewaliśmy się tam nikogo. Podobnie pewien facet z psem, którego spotkaliśmy wracając przez las. Normalnie bym go nie zapamiętał, ale gdy nas mijał jego pies nagle warknął i rzucił się na Anię. Nie zdążył nic zrobić, bo gość szybko go spacyfikował i od razu odszedł w mgłę nie odburknąwszy nawet żadnego 'przepraszam', 'sory', czy 'co tu robicie?'. A my staliśmy w szoku jeszcze przez kilka sekund i zgodziwszy się ze sobą, że spadamy stąd czym prędzej, trochę szybszym krokiem poszliśmy do samochodu. Brr.

Wałbrzych właściwy
Wałbrzych - ratusz z 1856 roku
Po tych przygodach przy nazistowskich budowlach pojechaliśmy do hotelu trochę ochłonąć i przede wszystkim podeschnąć. Swoją drogą udało nam się spać za świetną cenę w Ibis Styles - sucho, czysto, ciepło, dobre ciśnienie w prysznicu... jak dobrze! Niestety nie doliczyli mi tego do punktów Accor, bo rezerwowałem przez Booking.com. Cóż, będę wiedział na przyszłość. Na dole był też bar z restauracją, całkiem fajny nawet, ale chcieliśmy zwiedzić trochę miasto i tym samym zjeść gdzieś w centrum. W końcu święto, 3. maja, coś na pewno będzie otwarte, prawda? Z hotelu do Rynku mieliśmy półtora kilometra, więc nie braliśmy nawet samochodu, tylko zrobiliśmy sobie spacer. Minęliśmy opustoszałe centrum handlowe i ruszyliśmy główną ulicą ku centrum. Wokół raczej pusto, ale to taka przelotówka, więc wiadomo, że ludzie tamtędy chodzić nie będą. Dalej był pusty plac targowy z rozpadającymi się wiatami i bardzo przyjacielskim, ale chyba chorym kotem. Po drugiej stronie widać było otwartą Żabkę i tam było jakieś życie, chociaż przyznam, że nie takie jakie chcielibyśmy spotkać. Doszliśmy do remontowanej akurat ulicy 1. maja (że też się utrzymała...) i tam spotkaliśmy kilkoro przechodniów. No ale ok, ulica rozkopana totalnie, więc wiadomo, że nikt tędy nie chodzi, przy Rynku będzie lepiej. 
Pusty Wałbrzych
Poszliśmy dalej, zrobiło się nawet ładnie - świeżo wyremontowane uliczki wyłożone kostką brukową (nie bauma!), kamienice też estetyczne i odremontowane, sklepy co prawda pozamykane, ale święto - wiadomo. Weszliśmy na Rynek. Ładnie, naprawdę bardzo ładnie i przyjemnie. Pierwsze zdjęcie jakoś to obrazuje nawet. Na środku stała tryskająca wodą fontanna, wokół której posadzono parę drzewek, a przy nich postawiono ławeczki. Super, nawet byśmy usiedli, gdyby nie były okupowane przez menelstwo. W sumie problem biedy i skutków jakie ona niesie jest ogólnoświatowy, więc dziwne, gdyby nie dotknął Wałbrzycha, zważywszy chociażby na to, że po zamknięciu kopalń wielu mieszkańców zostało bez pracy i środków do życia. Przy Rynku stały też dwa zaparkowane samochody. Ich właściciele znajdowali się jednak niedaleko, bowiem w jedynym czynnym lokalu - monopolowym. Restauracji w zasięgu wzroku żadnej, przynajmniej żadnej otwartej. Ok, idziemy dalej. Pod numerem 21 stoi ładna, XVIII-wieczna kamienica 'pod trzema różami'. Ona, jak i stojąca obok i równie stara kamienica 'pod kotwicą', wyróżnia się tym, że jej front zdobią podcienia. Na StreetView widzimy tam kawiarniane ogródki pełne ludzi, ale tego majowego popołudnia w podcieniach stał tylko jeden człowiek w dresie, czapce wpierdolce i z najbardziej zakazanym ryjem, jaki w życiu widziałem. Spojrzał się na nas, my na niego próbowaliśmy nie, bo nie wiadomo jakby to się mogło skończyć, więc patrzyliśmy w stronę Rynku i wtedy jeden z okupujących ławeczki zmęczonych panów postanowił wstać za potrzebą co też zrobił do stojącego obok kosza na śmieci. W tym momencie doszło do mnie - what the fuck?! - co jest nie tak z tym miastem?! I już nawet mniejsza o tego faceta..., ale gdzie są ludzie?
Wałbrzych
Klimatyczne uliczki, zabytkowe, odrestaurowane kamienice, działające, duże i centralnie umiejscowione fontanny, a tego nawet Kraków nie ma za wiele, do tego to przecież dzień jednego z najważniejszych, jak nie najważniejszego, świąt w naszym kraju, a miasto wygląda jakby zostało opanowane przez uciekinierów z domu opieki społecznej. Miasto nie przygotowało żadnych obchodów, żadnych koncertów, żadnego festynu? Naprawdę nic? Nic poza przedpołudniowym złożeniem kwiatów pod jednym z pomników? Trochę nie chce się wierzyć, ale to prawda. Czynnej restauracji, poza jakimś kebabem, oczywiście nie znaleźliśmy. Mgła i chłód dopełniała goryczy i sprawiała Wałbrzych jeszcze mniej przyjaznym. Już nawet spotkana w drodze powrotnej nastoletnia patologia nie zrobiła na nas większego wrażenia, chociaż w ciszy zadaliśmy sobie pytanie 'czy tak właśnie wygląda dziś większość Polski?' I czy większość mieszkańców siedzi dziś w swoich domach przed telewizorem, a jedynymi czynnymi lokalami są sklepy monopolowe? I czy tylko mnie to tak smuci? Pewnym wytłumaczeniem może być tu pogoda - nikomu normalnemu nie chciałoby się wychodzić w tak ponure popołudnie jeśli nie ma po co. Ale to też właśnie jest zadaniem dla miasta - zorganizować powód, dla którego ludzie, nawet mimo pogody, wyszliby z domów. Wałbrzych ma jedną z najgorszych opinii w Polsce, chyba nawet gorszą od Radomia, o którym zresztą też tu pisałem, i trudno się dziwić skoro sami mieszkańcy uważają to miasto za smutną dziurę. Kelnerka w hotelowej restauracji spojrzała na mnie jak na szalonego, kiedy powiedziałem, że pogoda może paskudna, ale Wałbrzych całkiem ładny. Bo jest...  naprawdę, tylko to chyba nie był jego dzień.

Projekt Arado, Kamienna Góra
I może jeszcze trochę na marginesie, ale pisząc o Totenburgu i Zamku Książ głupio mi o tym nie wspomnieć. Będąc w pobliżu warto zajrzeć jeszcze do Kamiennej Góry i zwiedzić Projekt AradoZaginione laboratorium Hitlera. Historia tego miejsca jest nie tylko związana z regionem, ale właśnie także z Zamkiem Książ. Bilet wstępu kosztuje 17 zł, a zwiedzanie odbywa się w małych grupach i trwa około godziny. Duża atrakcja dla kogoś, kto interesuje się nie tylko II Wojną Światową, ale przede wszystkim tajną działalnością Niemców na Dolnym Śląsku. Sami trafiliśmy tam przypadkiem - zobaczyliśmy przydrożny znak na trasie z Karpacza do Wałbrzycha - i trafiło się nam jak ślepej kurze ziarno. Minus tego jest taki, że bez samochodu chyba nawet nie ma co próbować tam dojechać. Niestety, ale dopóki nie zostanie wprowadzona jakaś ustawa o spójnym, publicznym transporcie zbiorowym, dopóty efektywnie Polskę będzie można zwiedzać tylko samochodem.

Galeria do notki znajduje się -> tu
Read more →

18 kwi 2017

Było - Jest: Berlin (Calling - zwei)

,
East Side Gallery
Rok powrotów i retrospekcji. Tym razem Berlin. Wybraliśmy ten kierunek, bo PolskiBus rzucił pulę tanich biletów na wiosnę i głupio było nie skorzystać. Tym bardziej, że do dziś mam w pamięci moją pierwszą podróż do stolicy Niemców... majówka 2011, nocny pociąg relacji Przemyśl-Szczecin, w Krakowie wszystko zajęte, pół-sen na korytarzu, obok sąsiad pokłócony z prysznicem, po drodze jacyś ludzie wsiadający oknami, do tego na głowy zaskoczonych tym faktem dwóch Maltanek, sakramenckie spóźnienie, i w końcu Szczecin. Oesu. Tam śniadanie w dworcowym barze i przesiadka na pociąg do Angermüne, stamtąd kolejka na Berlin-Gesundbrunnen i w końcu meta. Prawie 16 godzin! I to za jedyne 100 zł. Nigdy więcej, ale za tę kasę większego wyboru nie było. PolskiBus jeszcze nie wystartował, o samolotach można było zapomnieć, a PKP dopiero przygotowywało się na Euro2012 i wciąż tkwiło w radosnych latach 70'. Tym samym nie kryję zdziwienia jak szybko udało im się pozbierać. Może nie jest idealnie, może nawet nie bardzo dobrze, ale w porównaniu z tym co się u nich działo zaledwie pół dekady temu, to naprawdę widać progres. Gdzieś z tyłu głowy mam plan wycieczki do Szczecina, więc może odważę się wypróbować to samo połączenie. Tak dla porównania. I może wyjścia z traumy.

Natomiast dziś dojazd z Krakowa do Berlina to już bajka. Trochę męcząca, bo to jednak wciąż dziewięć godzin w autobusie, ale do przeżycia, zwłaszcza jak się za dwie osoby płaci 30 zł. Dodatkowo wielkie zmiany szykują się na Balicach, bowiem wkrótce na tej trasie do Air Berlin dołączy także Ryanair, co daje nadzieję, że ci pierwsi może w końcu przestaną się wygłupiać z cenami. Pozostaje śledzić sytuację no i lecieć, bo Berlin jest tego wart. I do tego wciąż się zmienia, przebudowuje, rozbudowuje i przekształca, także pomijając główne atrakcje, za każdym razem zastaniemy nieco inne miasto. Dla przykładu obecnie jedną z większych inwestycji w ścisłym centrum jest odbudowa Zamku Królewskiego.

A, i Calling, bo to film ze świetną muzyką, a zwei, bo ein jest -> tu.

Altes Museum, maj 2011
Altes Museum, kwiecień 2017
Brak zmian. Mieszkańcy i turyści nadal korzystają z trawnika - bo mogą - a budynek Altes Museum trwa w niezmienionym kształcie. Nie zwiedzałem ani teraz ani sześć lat temu i ciut żałuję, bo są tam do obejrzenia artefakty pochodzące z Amarny, stolicy Starożytnego Egiptu za panowania jednego z najoryginalniejszych faraonów i prywatnie mojego ulubionego - Echnatona

Brama Brandenburska, maj 2011
Brama Brandenburska, kwiecień 2017
Turystów jest teraz zdecydowanie więcej i na miejscu to bardzo widać. Za czasów istnienia muru mało kto się bramą interesował, a jeszcze mniej osób mogło w ogóle do niej podejść i nawet nie było komu jej odkurzyć. Zabytek źle zniósł te zaniedbania. Po połączeniu się Niemiec brama została otwarta dla ruchu kołowego, trochę jako symbol, trochę ze względów praktycznych, lecz szybko uznano, że bramie się od tego nie polepszy i dziś zarówno brama jak i Plac Paryski, skąd zrobione są zdjęcia, są wyłączone z ruchu kołowego.

Sprewa i Molecule Man, maj 2011
Sprewa i Molecule Man, kwiecień 2017
W tle i nad samą rzeką pojawiło się kilka bloków i biurowców i są to tutaj jedyne zmiany. Rzeźba stoi jak stała. Postawił ją tu w roku 1999 amerykański artysta Jonathan Borofsky, który tłumaczy ją tak: Rzeźba przypomina o tym, że zarówno ludzie, jak i cząsteczki istnieją w świecie rządzonym przez prawdopodobieństwo, a celem wszystkich kreatywnych i naukowych tradycji jest znalezienie całości i jedności na świecie. No dobrze, przytaknijmy i przejdźmy dalej.

Trabant na murze - East Side Gallery, maj 2011
Trabant na murze - East Side Gallery, kwiecień 2017
Ania bardzo chciała zobaczyć East Side Gallery, a ja bardzo chciałem ją tam zaprowadzić. A na miejscu - to. Niestety od listopada 2015 roku większość muru jest udekorowana takim chamskim i tanim ogrodzeniem. Boli jednak nie to, że tę siatkę tam postawiono, tylko, że musiano to zrobić, bo z jakiegoś powodu wiele osób czuło potrzebę zostawienia tam czegoś po sobie, a co bardziej fanatyczni turyści nawet próbowali odłupać coś na pamiątkę. Mural Berlin z pierwszego zdjęcia jakoś to obrazuje, ale on i tak jest w niezłym stanie. East Side Gallery powstało w roku 2009 i wtedy też wszystkie oryginalne murale zostały odrestaurowane i na dzień dobry prewencyjnie pokryte antygraficiarską farbą, ale chyba nikt nie podejrzewał, że nawet to nic nie da. Trabant powyżej został niedawno umyty, ale na necie można znaleźć jego zdjęcia sprzed paru lat. Boli.

East Side Gallery, maj 2011
East Side Gallery, kwiecień 2017
Mur odgrodzony jest z obu stron, a tereny miedzy nim, a rzeką przejęli deweloperzy. Ok, po części. Nie wiem jakie są plany co do pozostałej przestrzeni i kto się do niej przyznaje, ale jak widać jeden bloczek już postawili i wolę nawet nie myśleć ile tam ludzie musieli rzucić eurów za metr kwadratowy. Trochę szkoda, bo jednak stolica Niemiec dość po macoszemu traktuje swoją rzekę, przez co mieszkańcy nie mają zbyt wielu miejsc, by móc się nią cieszyć. Zaplecze East Side Gallery wydawało się być idealnym do tego miejscem, co zresztą widać na zdjęciu sprzed sześciu lat, no ale cóż. Może w przyszłości. Na razie jednak temat pociągnięto w drugą stronę i 'za mną' powstaje teraz kolejny wieżowiec.
Swoją drogą to jakiś chory absurd, by mur trzeba było chronić ogrodzeniem...

Zoo Palast, maj 2011
Zoo Palast, kwiecień 2017
To może coś z Zachodu jeszcze. Jeśli dobrze rozszyfrowałem niemiecki to jest to jedno z pierwszych (albo nawet pierwsze?) kino w Berlinie. Pierwsze projekcje odbywały się w tym miejscu już w roku 1909, ale budynek powstał dopiero sześć lat później. I wtedy to było naprawdę coś. W kolejnych latach organizowano tutaj wszystkie najważniejsze premiery w kraju, a budynek był co chwilę rozbudowywany lub przekształcany. W pewnym momencie na dużej sali było nawet 2758 miejsc - tak przynajmniej piszą w niemieckiej Wikipedii, a jak wiadomo to bardzo rzetelne źródło informacji. W każdym razie - kosmos. Ostatnie poprawki do projektu wprowadzili już jednak alianccy piloci w roku 1943. Obecny budynek powstał w latach 50' i od samego początku do roku 1999 był miejscem wręczania Niedźwiedzi na festiwalu filmowym Berlinale. W latach 2010-2013 budynek był, jak widać, w remoncie, a Berlinale wróciło doń zaraz po jego zakończeniu - w roku 2014.
Co do biurowca w tle - zgaduję, że wkrótce pójdzie do piachu jak jego sąsiedzi z drugiej strony ulicy. Nie sprawdzałem, ale zdaje się być opuszczony i już tylko czeka na pierwsze ekipy wyburzające. Sześć lat temu na pierwszym piętrze od strony dworca Zoo znajdował się McDonald's - dziś są tam puste lokale z wielkimi plakatami, że po Bic Maci zapraszają na przeciwko.

Budapester Straße, maj 2011
Budapester Straße, kwiecień 2017
Pamiętałem, że miałem takie ujęcie, więc pstryknąłem aktualizację. Remont bardzo się temu miejscu przysłużył, chociaż miejscowa zieleń nieco ucierpiała. Swoją drogą plac, z którego zrobione są te zdjęcia, był miejscem tragicznych wydarzeń z 19. grudnia 2016 roku, kiedy najnowsza forma terroryzmu dotarła do Berlina. To trudne. I tak samo trudno mi objąć wyobraźnią i zdrowym rozsądkiem jak bardzo to wszystko było niepotrzebne i pozbawione sensu. I mam tu na myśli wszystko - od motywów, po zamach, aż po późniejsze niektóre reakcje, zwłaszcza prasy polskiej. Tutaj kropka. Dziś pod ścianą kościoła Pamięci Cesarza Wilhelma wciąż palą się znicze.

Kaiser-Wilhelm-Gedächtniskirche
Pojechaliśmy tam właśnie po to, by zobaczyć ten kościół. W roku 2011 pozostałość oryginalnej wieży była w renowacji i schowano ją pod wielkim kartonem, więc nie miałem okazji jej wtedy zobaczyć. Na ironię teraz w pudle znajdowała się nowa wieża. Kościół Pamięci Cesarza Wilhelma został wybudowany pod koniec XIX wieku i zachował swój kształt do roku 1943. Zgaduję, że jego przebudowę nadzorowali ci sami architekci, którzy czuwali nad poprawkami do projektu pobliskiego Zoo Palast. W latach 50' powstała koncepcja nowego kościoła, która zakładała zrównanie starej wieży z ziemią, lecz po wielu debatach wprowadzono poprawki i zostawiono zabytek w spokoju, a nową świątynię wraz z dzwonnicą wybudowano obok. Jedno do drugiego absolutnie nie pasuje i aż dziwne, że powstało, no ale... ej, to w końcu Berlin. Tam nic do siebie nie pasuje, a jednak jakoś to wygląda.
Inną, nazwijmy to szumnie, atrakcją w okolicy, jest KaDeWe, czyli Kaufhaus des Westens, drugie co do wielkości centrum handlowe w Europie. No szał. W roku 2011 nawet się tam chwilę poszwędałem, ale teraz nie było na to czasu. Zresztą była niedziela, a w niedzielę wszystkie sklepy w Niemczech są zamknięte. Nie jestem wielkim zwolennikiem tego typu ograniczeń, jednak sam umiałbym się do tego przyzwyczaić i myślę nawet, że wprowadzenie takiego prawa w Polsce wyszłoby wszystkim na dobre. Część społeczeństwa może nawet odkryłaby w jakim mieście mieszka. Inna sprawa, że przeciętny Niemiec jednak pracuje krócej i do tego nie musi brać nadgodzin czy drugiego etatu, by dociągnąć z godnością do pierwszego. I tym samym ma czas na zakupy w tygodniu.

Dworzec Zoo natomiast kojarzy się przede wszystkim z książką 'My, dzieci z Dworca Zoo'. Sam dworzec jest raczej obskurny i pewnie niewiele się różni od tego przedstawionego przez Christiane F., zwłaszcza jak się przejdzie pod wiaduktem i skręci w prawo. Brr. Chciałem jeszcze znaleźć miejsce po klubie Sound, bez którego istnienia pewnie nie byłoby o czym pisać, ale nie było na to czasu. Gdyby jednak ktoś szukał to jest to parter i tyły bloku przy Genthiner Straße.

Ale po kolei.

Holi-Hotel Berlin
Spaliśmy w Holi-Hotel Berlin, który wypada naprawdę nieźle zarówno pod względem komfortu, czystości jak i ceny. Dobra, może nie wygląda jakoś zabójczo nowocześnie, ale za to śniadania serwują tam genialne. To już chyba kwestia wieku, ale ostatecznie to właśnie komentarze o tamtejszym śniadaniu zadecydowały o zrobieniu w nim rezerwacji. Niestety kontakt z hotelem jest bardzo, bardzo słaby, bo nie odpowiadają ani na maile ani na wiadomości na Facebooku. Niby zostaje stary i dobry telefon, ale tę formę także lubią sobie zignorować. Ale po co w ogóle się kontaktować? Ano po to, bo godziny check-in ustawili sobie na 14:00-18:00, no a my mieliśmy być na dworcu o najwcześniej o 19:00. W praktyce nie ma z tym problemu, bo na miejscu jest restauracja czynna chyba do 21, także ktoś z obsługi zawsze jest. Niemniej potem już naprawdę recepcja pustoszeje i zabawnie może zrobić się na przykład wtedy, kiedy nasza karta magnetyczna nie będzie chciała nas wpuścić ani do budynku, ani na klatkę schodową, ani do pokoju. Trochę się tym raz spięliśmy, odprawiliśmy parę mantr i w końcu się udało. Za takie jaja to ja już wolę tradycyjne klucze. W sumie trochę moja wina, bo już wcześniej widziałem, że z tą kartą jest coś nie tego i nie zawsze działa jak należy, więc w sumie mogłem to zgłosić. No ale po co? Przecież zawsze w końcu otwiera. Poza tym obsługa na miejscu, jak już jest, to jest super.

Brama Isztar, może nie widać, ale to jest naprawdę duże
Dwa dni z hakiem to mało na Berlin. Większość przyjezdnych oblatuje wszystko co w przewodniku podkreślili jako must-see, a potem wjeżdża na wieżę telewizyjną i podziwia efekty. No i tak właśnie zrobiliśmy. Ania nie była wcześniej w Berlinie i bardzo chciała wejść do Pergamonu obejrzeć Bramę Isztar, więc to muzeum odhaczyliśmy jako pierwsze. A tam same cuda. Na przełomie XIX i XX wieku tereny dzisiejszego Iraku były eksplorowane przez wielu niemieckich archeologów, którzy w pojedyncze rzeźby czy kamienie się nie bawili, tylko ze swoich stanowisk wywozili wszystko co się dało, bez względu jak wielkie było i jak dużo ważyło. Wnioskuje po samej bramie, która jest o-gro-mna! 14 metrów wysokości, 30 szerokości, a do tego dochodzą mury do niej wiodące, które także zrekonstruowano w muzeum. W środowisku naturalnym na pewno prezentowałaby się lepiej i choć wierna rekonstrukcja stoi w Babilonie, to specjalnie nie pali mi się ją oglądać. Może kiedyś. 
Aszurbanipal na polowaniu
W innej sali mamy wiernie zrekonstruowany front świątyni z Miletu. Oryginału jest około 60%, ale i tak sprawia miłe wrażenie. Moją uwagę zwróciły jeszcze niewielkie fragmenty asyryjskich płaskorzeźb sprzed 2,5 tys lat przedstawiających polowanie na lwy. To jednak tylko taka kartka z zeszytu, bo znacznie więcej zobaczymy w londyńskim British Museum. Prywatnie to tam mój numer jeden i zachwyca mnie od pierwszej wizyty do dziś. Z fajniejszych rzeczy jest jeszcze kopia Kodeksu Hammurabiego oraz tzw. Pokój z Aleppo na pierwszym piętrze. Jest tam pokazany świat arabski, ale dość chaotycznie, więc właściwie tylko tamtędy przebiegliśmy. Muzeum warte zobaczenia, chociaż żałuję, że Ołtarz Zeusa z Pergamonu nie był dostępny dla zwiedzających. Tip ode mnie taki, że dobrze być tam wcześniej niż później. My byliśmy nieco po 11 i już zeszło nam około 20 minut w kolejce. 
U-Bahn przy U Görlitzer Bahnhof
Ale to nie nasza wina. Mieliśmy tam być zaraz po godzinie 10, ale S-Bahn z dworca Lichtenberg dojeżdżał w weekend tylko do Ostbahnhof, czyli o dwie stacje za blisko. Berlin ma komunikację doprowadzoną niemal do perfekcji i jeśli coś tam szwankuje to są to informacja i oznaczenia. Bez planu S-Bahn i U-Bahn nie ma sensu w ogóle wychodzić na miasto. Są pojedyncze mapki na stacjach i wagonach, ale to mało. Na wielu stajach nie ma też wystarczającej ilości oznaczeń odnośnie kierunku, w którym dany U- czy S-Bahn jedzie, w sensie, które stacje ma za sobą, a które przed sobą. Trzeba więc znać stację końcową, by dobrze wsiąść. Może czepiam się ideału, ale dużo jeździliśmy i wiele razy nas to irytowało. Przynajmniej nie musieliśmy się za każdym razem martwić o bilet, bowiem zaraz po przyjeździe kupiliśmy 72-godzinną CityTourCard, która rozwiązywała nam wszystkie transportowe problemy. Ok, to jest jednorazowy koszt prawie 24€, ale nie opłaca się jej nie mieć. Ponadto daje 3,5€ zniżki przy wjeździe na wieżę telewizyjną.

Tramwaje przy Alexander Platz
Skoro już jestem przy transporcie... no tak, Berlin ma tramwaje. Jakżeby inaczej? Do tego ma ich całkiem sporo, a tamtejsza sieć jest pod względem długości trzecią na świecie, a i tak tylko obejmuje tereny Berlina Wschodniego. Tramwaje w Berlinie Zachodnim nie przetrwały mrocznego okresu lat 50' i 60' i zastąpiono je autobusami oraz rozbudowanym systemem metra. Po zjednoczeniu nie zdecydowano się już na odbudowę, a tylko zmodernizowano i wydłużono niektóre odcinki. Ten proces trwa zresztą do dziś i co jakiś czas w Berlinie oddaje się do użytku jakiś nowy odcinek linii tramwajowej. Tabor również się zmienia. Obecnie po centrum jeżdżą głównie nowoczesne, wygodne i całkowicie niskopodłogowe Bombardiery, ale na niektórych liniach wciąż można jeszcze spotkać stare czechosłowackie Tatry KT4. Dla nich to już jednak ostatni dzwonek, bo z tego co widziałem w necie całe ich zastępy stoją w zajezdniach i czekają na wysyłkę do innych miast. Część pewnie trafi do Szczecina, którego MPK już wcześniej robiło tam zakupy.

Koncert na Urban Spree
Tak jeżdżąc w kółko tam i z powrotem wielokrotnie przejeżdżaliśmy przez stację Warschauer Straße, więc w końcu tam wysiedliśmy. Sześć lat temu szukałem w tamtych okolicach klubu Suicide Circus, który zresztą istnieje do dziś i otwiera się o podobnie niedorzecznej godzinie. Tym razem ten barak w ogóle mnie nie interesował, ale byłem ciekawy, czy coś się zmieniło w jego najbliższej okolicy. I owszem - tak. I to bardzo na plus. Ok, nie ma też co słodzić bez sensu - okolica wciąż wygląda słabo, wszędzie są ruiny, baraki całe w graffiti, gruz, walające się śmieci i ćpuny, ale i tak jest o parę klas wyżej niż te parę lat temu, kiedy trochę strach było tamtędy przejść. Jeden z budynków zagospodarowano na galerię sztuki i księgarnię (głównie z albumami o graffiti), a na placyku powstały puby i mała gastronomia. Naprawdę świetna sprawa. Miejsce nazywa się teraz Urban Spree i właściwie przez cały weekend coś tam się dzieje; są koncerty, przyjemna atmosfera, można napić się piwka oraz coś zjeść. My przycupnęliśmy tam na dłużej dopiero wieczorem przy piwkach za 3€. Tyle, że same piwka to jednak mało. Na miejscu jest jakaś hiszpańska gar-kuchnia, ale z Anią staraliśmy się nie siedzieć w jej pobliżu i raczej poszukać sobie czegoś innego. Z innych rzeczy były jednak już tylko naleśniki. Już lepiej, ale też nie. Wyszliśmy więc poza teren imprezy i to był błąd, bowiem później wstęp był już płatny. Nie wiem ile, bo po zjedzeniu w knajpie obok już nie wróciliśmy. Było późno, a my zmęczeni dniem, więc zeszliśmy tylko na ten straszny dworzec Warschauer Straße i wróciliśmy do hostelu. Miejsce jednak super i w końcu jest się gdzie zaczepić wieczorem.

Gedenkstätte Berliner Mauer i fragment 'pasa śmierci'
Innym fajnym miejscem do spędzania czasu jest Mauerpark przy Bernauer Straße. Właściwie pojechaliśmy tam, bo w pobliżu znajduje się Berlin Wall Memorial (Gedenkstätte Berliner Mauer), który także chcieliśmy zobaczyć. Jest tam ogrodzenie imitujące mur, galeria zdjęć z tego podłego okresu, oraz miejsce poświęcone ludziom, którym ucieczkę na Zachód brutalnie przerwano. Trochę dalej znajdziemy fragment oryginalnego muru oraz wieżę z widokiem na odtworzony 'pas śmierci'. W pewnym sensie jest to wartościowa i potrzebna atrakcja turystyczna, ale mimo wszystko mi było trochę nieswojo. Po prostu. Fragmenty po dawnej granicy można zresztą znaleźć nie tylko tam. W parku Schlesischer Bunch stoi nawet wieża strażnicza.
Flohmarkt
Na naszej mapie zaznaczony mieliśmy także Flohmarkt, a że oboje z Anią lubimy w takich miejscach grzebać to poszliśmy zobaczyć. To była niedziela, do tego piękna, ciepła i słoneczna (a teraz patrzę jak za oknem prószy śnieg...), więc ludzi było w... bardzo dużo. Przejrzeliśmy więc tylko kilka fajniejszych rzeczy - jakieś meble, ciuchy, trochę biżuterii, to Ania, no i monety oczywiście, to ja, i niczego nie kupując poszliśmy rzucić okiem na ten Mauerpark. Nogi nam już odpadały, więc wspięliśmy się na górkę i usiedliśmy wśród piknikujących tam berlińczyków. Z góry też fajnie było widać co się wokół dzieje. A działo się całkiem sporo. Ludzi mnóstwo, niektórzy śpiewają, inni grają, ktoś coś tam skręca z drutów i kabelków i to sprzedaje, byli też i tacy, którzy protestowali swoje poglądy, ale większość jednak przyszła tam się odstresować, wypić piwko, dwa, lub sześć i to pod chmurką - bo mogą - a także coś zapalić, choć tego akurat już nie mogą. I nikt nie ma z tym problemu, nikomu to nie przeszkadza, nikt się też tam nie leje, nie wprowadza patologii, którą nasi światli przywódcy i stróże prawa na wysokich stanowiskach tak gorliwie przepowiadają.
Mauerpark, kiedyś 'pas śmierci'
Nie rozumieją bowiem, że karać należy nie za samo picie, a za pijaństwo. Granica między jednym, a drugim jest na tyle widoczna, że nikt nie powinien mieć problemu z rozróżnieniem tych dwóch stanów, a i tak u nas robi się dokładnie na odwrót. Dla przykładu na Plantach można zarzygać ławkę i radośnie sobie w tym potem leżeć, ale za jedno czy dwa piwka jest już mandat. Z drugiej strony w Berlinie można praktykować i jedno i drugie właściwie wszędzie i o dowolnej porze dnia, co w rezultacie też nie jest przecież najlepszym rozwiązaniem. A w Mauerpark po piwo nie trzeba nawet wstawać, bo prawdopodobnie wcześniej czy później samo do nas przyjdzie. Jak lody na plaży. My z oferty piwa wędrownego w końcu nie skorzystaliśmy, ale obojgu chodziła po głowie myśl, jak rozwiązali tam kwestię toalet, bo choć przestrzeń tam wielka, to żadnej nie widzieliśmy. Gastronomii zresztą też, więc opuściliśmy ten lokal i pojechaliśmy coś zjeść. Ostatecznie padło na krewety w hiszpańskiej restauracji zaraz przy Checkpoint Charlie. Były bardzo w porządku, akurat krewetki bardzo lubię, ale Berlin oferuje też i lepsze rzeczy.

No dobra, to co mieliśmy na liście udało się odhaczyć, więc został nam tylko wjazd na wieżę telewizyjną. Już tak mam jak Obeliks - lubię punkty widokowe. Bilet standard to 14€, z CityTourCard 10,5€. Przyjemna nowina, mniej przyjemna to ta, że na swoją kolej trzeba czekać półtorej godziny. Za dużo, by siąść i poczekać, za mało, by coś konkretniejszego zrobić. Po szybkiej kalkulacji wyszło nam, że najlepiej zrobimy, jak podjedziemy sobie do Dworca Zoo zobaczyć te ruiny kościoła Wilhelma, sam dworzec, KaDeWe i coś tam jeszcze i wrócimy akurat na czas. S-Bahn w tamtą stronę nie kursował, więc zostawał U-Bahn, ale to już wycieczka na 21 minut w jedną stronę, a nie 12... O czizas, jak sobie o tym teraz pomyślę, to chciałbym mieć takie zmartwienia w Krakowie.
Widok na Szprewę i Wyspę Muzeów
Wieża natomiast super. Udało nam się z tym półtoragodzinnym czekaniem, bo wyjechaliśmy akurat na zachód słońca. Mieliśmy więc śliczny widok na ciągnący się aż po horyzont oświetlony zachodzącym słońcem Berlin. I to robi wrażenie. Przyznaję - to kawał miasta, w który można się wpatrywać bez końca. Cóż, mimo wszystko jest jednym z największych w Europie. I nawet bez kompasu widać, gdzie jest wschód, a gdzie zachód. Będąc w kuli zapoznajemy się też z historią budowy, archiwalnymi zdjęciami i filmami, ale mamy także restaurację i bar. Bar jest na poziomie dostępnym dla motłochu, ale do restauracji, która jest trochę wyżej, trzeba mieć już nieco droższy bilet. Skoro trafiliśmy tam o tak pięknej porze dnia to musieliśmy uczcić zarówno to i jak i całą wycieczkę małym piwkiem. I to był wieczór idealny.

Królik, który nie chciał pozować
Kolejny dzień był już dniem powrotu, ale autobus odjeżdżał dopiero w południe, więc zaraz po śniadaniu - świetnym jak zawsze - pojechaliśmy do centrum zrobić ostatni spacer po Berlinie. Z kolejki wysiedliśmy na Alexander Platz i wolnym krokiem poszliśmy w stronę Bramy Brandenburskiej. Tam raz jeszcze przyjrzeliśmy się pomnikowi Pomordowanych Żydów Europy oraz blokom wybudowanym na bunkrze Hitlera, które są zaraz obok. Jest nawet informacja, że to właśnie tam, ale mają ją usunąć, bo wciąż przyciąga wypaczony umysłowo element, a tego w ostatnim czasie jest jakby więcej. Ostatnim miłym akcentem, takim typowo berlińskim, był królik, którego Ania zauważyła na jednym z trawników w pobliżu Placu Poczdamskiego. Prawdopodobnie był to potomek dzikich królików żyjących w 'króliczym raju', czyli w strefie śmierci pomiędzy murami, gdzie przez większość czasu nikt ich nie niepokoił. Po upadku muru podjęto się masowej eksterminacji populacji dzikiego królika, ale jak widać trochę z nich jeszcze przetrwało. Polski dokument o tym fenomenie, nominowany do Oskara zresztą, można znaleźć w necie. Niecała godzina z życia, a warto. Nie tylko ze względu na króliki, ale przede wszystkim na sam Berlin.

Galeria do notki znajduje się -> tu
Read more →