10 gru 2017

Portugalia cz. 1 - Lisbon Story

,

Nigdy wcześniej nie byłem w Portugalii. Niewiarygodne? Chyba nie aż tak bardzo biorąc pod uwagę odległość i połączenia, których dogodnych nigdy nie było. Może tylko poza portugalskim TAPem, który i tak latał tylko z Warszawy i do tego po cenach w jedną stronę, jakich nie bierze się pod uwagę kupując bilety w dwie. Potem wszedł Wizz i w końcu Ryanair i coś zaczęło się dziać w temacie, ale ja wciąż miałem inne priorytety i trochę traktowałem tę Portugalię jak wszyscy - nie myślałem o niej na poważnie. W tym roku to się zmieniło. 
Pisałem przy okazji wpisów o Malcie, czyli tu i tu, że potrzebowaliśmy z Anią takich prawdziwych wakacji, bo wszystko co na ten rok mieliśmy zaplanowane, a po części nawet już zorganizowane, nie wypaliło, a pozostałe plany mieliśmy ciągle w proszku. Któregoś dnia Ania w końcu powiedziała - Madera. Przytaknąłem i spojrzałem na azair.cz skupiając się już tylko na tym kierunku. Z pomocą przyszedł Ryanair, który od jesieni zaczął latać z Krakowa do Lizbony, więc było już na czym rzeźbić. Ja wiem, że obok są Katowice i można sobie stamtąd polecieć i do Lizbony i do Porto, a nawet do Faro chyba, ale dojazd na to lotnisko to wciąż wstyd dla regionu, więc unikam. Dalej już samo poszło i ostatecznie na naszej drodze mieliśmy mieć cztery przystanki i tym samym pięć lotów - Kraków->Lizbona->Funchal->Porto->Marsylia->Kraków. Ostatnie połączenie to kolejna nowość w siatce Ryanaira, co było jakże miłym akcentem, zwłaszcza cenowo, ale z drugiej strony trząsłem trochę portami jak O'Leary odwoływał we wrześniu loty, w tym nierzadko te, które jeszcze nie wystartowały.
Kończąc ten przydługi wstęp zapraszam do Lizbony.

Transport
Tuk-tuk na Rua da Conceição, Lizbona
Lizbońskie lotnisko znajduje się stosunkowo blisko centrum, więc lądując mamy wrażenie, że zaraz rozbijemy się o jakiś wyższy budynek. Niedawno, chyba w roku 2012, do czerwonej linii metra dobudowano odcinek łączący dworzec Oriente z lotniskiem i dzięki temu możemy szybko i wygodnie dojechać do centrum. Wcześniej jednak - trzeba kupić bilety(!). I teraz tak, bo to ważne; nim w ogóle polecimy do Lizbony, to musimy określić co w ogóle będziemy tam robić. To taka rada dla tych, którzy nie szastają eurasami na prawo i lewo, bo jest im wszystko jedno. Tych biletów trochę jest, ale skupię się na dwóch, które moim zdaniem najbardziej się przydają. A więc do wyboru mamy bilet 24-godzinny, którym możemy śmigać metrem, autobusami, tramwajami i windami do oporu i kosztuje on nas 6,15€, lub podobny bilet, do którego dokładamy kolejne 4€, dzięki czemu do powyższego dostajemy możliwość poruszania się pociągami i tym samym dojechać do Sintry i Cascais. Od razu napiszę, że do Sintry należy się wybrać, więc opcja numer dwa jest moim zdaniem najbardziej słuszna. Do tych cen, tj. 6,15€ i 10,15€, należy dodać koszt kartonika, czyli jakieś 30 czy 50 centów, co już nie jest fajne, bo już ich więcej nie zobaczymy, a kartonik zostaje nam na pamiątkę. Można się jeszcze bawić w karty z doładowaniem w automatach, jednak moim zdaniem to jest dobra opcja jak ktoś w Lizbonie zostaje na dłużej. My mieliśmy półtora dnia, więc z musu wybraliśmy opcję 1 i 2. Jeśli kogoś interesują pozostałe opcje to wszystko jest wyjaśnione -> tutaj.

Ogólnie transport w mieście, głównie dzięki rozbudowanemu metro... metru, działa bardzo dobrze. Jedynym mankamentem może jest to, że kolejka jeździ dopiero od 6:30, więc jak ma się lot o godzinie 7:00 to trzeba szukać alternatywy. Dla nas był nią kursujący co pół godziny nocny autobus 208. Nie jest może tak szybki i wygodny, ale był przygodą samą w sobie, gdyż w tamten niedzielny poranek był zaprany po dach mieszanką skonsternowanych turystów, przysypiających mieszkańców i głośnych lokalnych Sebków wracających z imprezy do swoich domów w dzielnicy Chelas. 
Carris Remodelado, czyli... odnowiony
Poza metrem i autobusami Lizbona ma oczywiście tramwaje - krótkie, stare, żółte tramwaje, które są normalnym środkiem transportu dla lizbończyków, ale podejrzewam, że w sezonie bardzo z nich nie korzystają, bo turyści im na to nie pozwalają. 
Historia lizbońskich tramwajów elektrycznych zaczyna się w roku 1901 i trwa do dziś. Oczywiście nie bez zawirowań czy prób unicestwienia systemu. W czasach świetności sieć liczyła aż 27 linii, które po roku 1959, czyli kiedy otwarto pierwszą linię metra, zaczęto redukować. Zdecydowano jednak, że tramwaj zostanie wzdłuż rzeki Tag oraz w górzystych częściach miasta - i tu taka ciekawostka; po tej górzystej części jeździ głównie turystyczna teraz linia 28 i na jej trasie znajdują się najbardziej strome podjazdy tramwajowe na świecie. Polecam się przejechać. Fajnie buja. Ale to tak na marginesie. Co do reszty sieci plany były dosyć niekonkretne - uznano, że posłuży dopóki się nie rozpadnie. Świetny plan drodzy radni, dobrze mieć u władzy kogoś, kto ma takie światłe i przyszłościowe podejście i tym samym dba o mój komfort i bezpieczeństwo. To jednak działo się w radosnych latach 70', natomiast największa rzeź przyszła stosunkowo późno, bo dopiero z początkiem lat 90' kiedy wycięto 2/3 wszystkich linii. Operacja się udała, pacjent umarł. Co prawda już mniej więcej wtedy we Francji czy Wielkiej Brytanii myślano o tym jak tramwaje przywrócić na tory, ale mimo to Portugalczycy i tak wiedzieli lepiej. 
Siemens Articulado
W roku 1995 kupili jednak całe dziesięć sztuk niskopodłogowych tramwajów od Siemensa (tzw. Articulado), które wyglądają jak makieta z kartonu, a do tego trzeszczą, są zrobione po taniości i dosyć zaniedbane. Aczkolwiek wchodzi do nich znacznie więcej ludzi, niż do tych klimatycznych, starych wagonów, więc wygrywają praktycznością. Gdyby ktoś bardzo chciał je zobaczyć i poczuć jak się tym jeździ, to można je spotkać na linii 15 do m.in. Belem. 
Krótko podsumowując - cóż, żółte tramwaje to symbol Lizbony i o tym każdy wie i to bez względu na to, czy mu się to podoba czy też nie, jednak władze Lizbony odkryły to dopiero w zeszłym roku, kiedy to burmistrz przyznał, że likwidacja i zaniedbanie systemu to był błąd i tym samym obiecał rozpocząć pracę nad jego rekonstrukcją. Ja wiem, że to takie polityczne gadanie, ale mimo wszystko liczę, że choć po trosze to się uda, zwłaszcza, że na wielu ulicach wciąż leżą tory, które tylko czekają, aż coś na nie wyjedzie.
Ok, to tyle o tramwajach. Do czasu notki o Porto nie wspomnę o nich ani słowem. Tak trochę chyba obiecuję.

Jedzenie itp.
kamienica pokryta azulejos
Sercem Lizbony jest Rossio wraz z dzielnicami Chiado i Baixa Pombalina. To stara część stolicy pełna wąskich uliczek, stromych podejść, pięknych kamienic wyłożonych azulejos, czyli kolorowymi płytkami w przeróżne wzory, ale także sklepów, turystów, restauracji, pubów i sprzedawców pieczonych kasztanów, którzy skutecznie zadymiają całe miasto. Polecam tę okolicę na wieczorny obiad, piwko czy kieliszek ginji, jeśli sytuacja wymaga czegoś mocniejszego. Ginja, czy Ginjinha bardziej, to taki wiśniowy likier, coś jak nasza nalewka, tylko oni raczej nie robią tego na spirytusie. Chociaż tę, którą piliśmy w Lizbonie posądzam o właśnie taki wzmacniacz. Nie ma jednak jednej ginji i wszystko zależy od tego gdzie się pójdzie, bo Portugalia to pod tym względem normalny kraj, gdzie można pędzić swój alkohol, a potem go sprzedawać. Bywa, że do kieliszka wrzucą nam także i wiśnie, co jest nawet ciekawe, ale koszmarnie krzywi ryj. Pani, u której się częstowaliśmy, mówiła nawet, że większość klientów woli właśnie same wiśnie od likieru. I idzie to nawet zrozumieć. Pamiętam jak jakiś czas temu byłem na wakacjach ze znajomymi w Uściu Gorlickim gdzie wieczory spędzaliśmy na niszczeniu się w kanastę oraz takimi właśnie wiśniami, które wcześniej posłużyły do robienia nalewki. Ale tu jest Polska i tu się używa spirytusu, więc już po kilku kolana miało się miękkawe.

pastéis de nata
Lizbona ma to do siebie, że nie trzeba specjalnie długo szukać, by dobrze zjeść. Gorzej jest z porą. Jeśli jesteśmy głodni o godzinie 17 to możemy mieć problem ze znalezieniem lokalu z otwartą kuchnią. Pierwszego dnia jeszcze nie byliśmy tego świadomi, a naprawdę trochę już nam się umierało w środku. Mijaliśmy wiele zamkniętych lokali lub takich, w których było zupełnie ciemno i pusto. W końcu weszliśmy nieśmiało do jakiejś kuchni azjatyckiej i spytaliśmy nieśmiało czy otwarte. Pan rozkładający papierowe serwety spojrzał na zegarek i oznajmił, że tak, teraz już tak. Po nas weszły może dwie inne osoby, ale poza tym to nie był jeszcze czas na Portugalczyków. Zjedliśmy tam całkiem dobry ramen, jednak to nie było to czego szukaliśmy. Dopiero następnego dnia, gdzieś w okolicach Chiado i dworca Cais do Sodré, zjedliśmy najlepsze sardynki na świecie. Co więcej za talerz z czterema pokaźnymi okazami i masą dodatków daliśmy po 9€. Szukałem tego na mapach Googla, ale nie znalazłem i niestety nie mogę podać gdzie to dokładnie było, jednak z drugiej strony to żadna strata, bo jak napisałem powyżej Lizbona, jak i cała Portugalia zresztą, to miejsce, gdzie wszędzie można dobrze zjeść, zwłaszcza ryby i pozostałe owoce morza. 
Na marginesie tylko dodam, że pierwszym co zjedliśmy w Portugalii były te ich budyniowe babeczki, czyli pastéis de nata kupione w jakiejś piekarni na stacji metra. Dobre, ale więcej niż dwóch na raz bym nie zjadł.

Zwiedzanie, chociaż bardziej - gdzie doszliśmy
Torre de Belém
Nasz plan na zwiedzanie Lizbony nie był obszerny. Bardziej nastawieni byliśmy na poznawanie tego miasta po swojemu, aczkolwiek zaznaczyliśmy sobie kilka miejsc, które chcielibyśmy koniecznie odwiedzić. Jednym z takich must-see była XVI-wieczna Wieża Belem (Torre de Belém). Pojechaliśmy tam wieczorem co bym raczej odradzał każdemu - fakt, ludzi nie ma, ale nie ma też tego uroku, który bije z wielu zdjęć. Ponadto wieża jest też słabo podświetlona i po prostu ginie w mroku. Trochę szkoda, myślę, że tak starą i ważną budowlę, do tego znajdującą się na liście UNESCO, warto byłoby trochę bardziej wyeksponować. No i do tego był odpływ. Na jesieni wieżę można zwiedzać do 17:30 (bilet 6€), a my byliśmy już dawno po tej godzinie, więc tylko obeszliśmy zabytek jak mogliśmy i zrobiliśmy parę obowiązkowych fotek. Trochę szkoda, że nie udało nam się jej zwiedzić bardziej, bo to kawał fajnej i długiej historii. Zbudowana w latach 1515-1519 miała strzec lizbońskiego portu u ujścia rzeki Tag, co było istotne zwłaszcza w epoce odkrywców. Ciekawostką jest, że pierwotnie znajdowała się ona na małej wyspie leżącej kawałek od brzegu, lecz po silnym trzęsieniu ziemi z roku 1755 koryto rzeki się przesunęło, a wysepka złączyła z lądem. Wieża natomiast przetrwała kataklizm w dobrym stanie.
Pomnik Odkrywców
Nie to co Klasztor Karmelitów, którego ruiny można zwiedzać w centrum miasta, ale jego niestety nie zwiedziliśmy, więc pominę. Inną ciekawostką jest to, że w roku 1833 przez dwa miesiące w wieży Belem gościł Józef Bem, choć trochę wbrew swojej woli. Wtedy bowiem była ona więzieniem, jak zresztą przez większość swojego istnienia. Bem chciał stworzyć legiony polskie w Portugalii, ale z różnych względów bardzo mu to nie szło, więc pojechał do Lizbony się wykłócać, że jak to? i dlaczego to? i w końcu został zamknięty w wieży. I potem trzeba było negocjować, by go wypuścili. Zważywszy jednak na fakt, że Portugalia w owym czasie miała swoje wewnętrzne problemy, w które Bem zresztą ingerował, to nie dziwne, że go zamknęli.
Tuż obok stoi inna strzelista atrakcja. Kiedy przeglądałem zdjęcia Lizbony, zarówno przed wyjazdem jak i teraz, to mam wrażenie, że jest to dla wielu ciekawsze od Wieży Belem - mowa o Pomniku Odkrywców (Padrão dos Descobrimentos). To stosunkowo nowa narośl, bo wzniesiono i odkryto ją w roku 1960 na wzór oryginalnego pomnika z roku 1940 powstałego tam z okazji Targów Światowych. Ładne to, spore i wysokie, a na górę można wejść po oddaniu 3€, jednak z zewnątrz nie powala jakoś bardzo. Skoro jednak już się jest w pobliżu, to jak najbardziej warto podejść i zobaczyć, ale to tyle. Może za dnia wygląda to wszystko lepiej, nie mówiąc już o widoku z góry. Ładna natomiast jest mozaika na placu przed pomnikiem.
W pobliżu znajduje się jeszcze jedna perełka, o której nie wypada chociaż nie wspomnieć - Klasztor Hieronimitów. Zważywszy na porę ani go nie zwiedziliśmy, ani nie obejrzeliśmy z bliska, czego dosyć żałuję, bo to prawdziwe cudo, które będzie do nadrobienia następnym razem. Natomiast na marginesie tylko dodam, że to tam w grudniu 2007 podpisano traktat lizboński.

Praça do Comércio i Arco da Rua Augusta
Drugiego dnia podjechaliśmy do Alfamy - najstarszej dzielnicy Lizbony. Bezpośrednio dojechać tam można tramwajem 28, jednak my wybraliśmy metro, z którego wyszliśmy przy Praça do Comércio. Teraz to wielki i otwarty na ocean plac, ale kiedyś w tym miejscu znajdował się Pałac Ribeira będący rezydencją królów Portugalii. Nie przetrwał on jednak wspomnianego wcześniej trzęsienia ziemi i nigdy też nie został odbudowany. Czytając historię tego miejsca nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest ono raczej pechowe dla portugalskich królów, gdyż to tutaj w roku 1908 zamordowano przedostatniego króla Portugalii Karola I. My się nad tym jednak długo nie zastanawialiśmy tylko przecięliśmy plac i przeszliśmy pod Arco da Rua Augusta, łukiem triumfalnym upamiętniającym odbudowę miasta po pamiętnym trzęsieniu, kierując się od razu w stronę Alfamy, bo raz, że to był nasz cel, a dwa nie mieliśmy całego dnia - chcieliśmy jeszcze jechać do Sintry i na Cabo da Roca.

Klub Fado, Alfama, Lizbona
Kiedyś, w czasach gdy na prawie całym półwyspie iberyjskim panowali Maurowie, Alfama była najważniejszą częścią miasta, ba, Alfama była miastem, gdyż dopiero później, po przejęciu władzy przez chrześcijan w roku 1147, zaczęto się osiedlać bardziej na zachód, tam gdzie dziś jest Baixa i Chiado. Z tamtych czasów zachowały się tylko fragmenty murów, układ ulic oraz przede wszystkim górujący nad całością Zamek Św. Jerzego. Rzecz jasna to co widać dziś to już zupełnie inna bajka, do tego dość współczesna, ale pierwszą konstrukcję i fundamenty postawili Maurowie. Gdybyśmy mieli czas to podeszlibyśmy i tam, bo podobno widok stamtąd jest nieziemski, a tak skupiliśmy się tylko na szwędaniu się po absolutnie przepięknych, wąskich uliczkach tej dzielnicy i nieco bardziej doczesnej atrakcji - targu staroci, czyli Feira da Ladra
Feira da Ladra, Lizbona
Przyznaję, że bardzo lubię takie miejsca. Nie zawsze chce mi się grzebać, ale cieszy mnie oglądanie tych wszystkich gratów, które ludzie próbują sprzedać, chociaż tak naprawdę chyba nikt na to nie liczy, tylko po prostu wystawia, by było. No bo na przykład kto kupi jeden but? Albo resoraka bez kół? Chociaż może po prostu brak mi wyobraźni. Targ w tym miejscu znajduje się od ponad 130 lat, ale sam w sobie jest znacznie starszy, tylko trochę wędrował po mieście. Cieszy fakt, że pomimo tego, że Feira da Ladra jest dziś jedną z atrakcji turystycznych, to wciąż można spotkać tam te wszystkie pierdolety, a nie tylko podrabiane starocie, pamiątki i wyroby z Chin. Jasne, że jest i to, ale w niewielkim stopniu. Zdziwiło mnie natomiast to, że prawie w ogóle nie było starych monet. Ktoś tam miał jakieś, ale to tyle. Dla formalności dodam, że targ działa tylko w soboty i wtorki oraz, że warto zajrzeć.

Ale wracając jeszcze na chwilę do Alfamy - myślę, że będąc w Lizbonie należy o tę część miasta zahaczyć. W przeciwieństwie do Baixy tam życie płynie innym rytmem - jest spokojnie, cicho, panuje jakaś taka równowaga i przyjemna atmosfera. Ludzie się nie spieszą, nawet turyści, którzy oczywiście też tam są, chodzą wolniej i jakby bardziej się rozglądali wokół. A jak widzą, że robisz zdjęcie to się usuną, a nie zatrzymają przed obiektywem udając, że cię nie widzą. Ponadto znajduje się tam niemy świadek założenia państwa portugalskiego, czyli Katedra Najświętszej Maryi Panny (lub po prostu Sé de Lisboa) zbudowana w roku 1150 jako dowód zwycięstwa nad Maurami i przejęcie tych terenów przez chrześcijan. Postawiono ją oczywiście na stojącym w tym miejscu meczecie, bo jakżeby inaczej. Nie wchodziliśmy do środka, jednak z zewnątrz świątynia prezentuje się absolutnie przepięknie. Ją też uszkodziło trzęsienie, jednak udało się dokonać rekonstrukcji, co po trosze wciąż jest widoczne i moim zdaniem dodaje jej więcej uroku. 
Czas nas może nie naglił, ale chcieliśmy skoczyć do Sintry i na koniec Europy, więc wróciliśmy na dworzec Rossio, skąd odjeżdżał nasz pociąg na zachód, ale o tym w następnej notce. Tu już jest przecież cała tona tekstu.

Dworzec Oriente
Kończąc temat Lizbony chcę wspomnieć jeszcze o jednym miejscu - dworcu Oriente. W roku 1998 Lizbona była gospodarzem wystawy Expo, więc by się do tego dobrze przygotować całkowicie zmieniła charakter swojej północno-wschodniej dzielnicy Oriente. Powstał nie tylko dworzec, ale także między innymi pawilony, oceanarium, wieża gondolowa, nowa linia metra, a nawet most Vasco da Gamy, który do dziś jest najdłuższą tego typu przeprawą w Europie. Uf... tyle dobrego z tego Expo. Całość oczywiście jest używana i można się nią cieszyć do woli, jednak moją uwagę zwrócił właśnie dworzec. Nie, że pociągi, autobusy i takie tam, ale dlatego, bo jego projektantem był hiszpański architekt Santiago Calatrava
Dworzec Oriente
Wspominałem tu o nim parokrotnie i nawet dostał tu swój osobny tag, więc może więcej nie będę się tu nad nim rozpływać, jednak napiszę tylko, że kiedy jechaliśmy z lotniska to po prostu musieliśmy zrobić tam przystanek i obejrzeć to jego dziecko dokładniej. To znaczy ja musiałem. Żaden ze mnie architekt, nie znam się na tym, nie umiem też żonglować nazwiskami co bardziej znanych architektów, jednak do tego konkretnego i jego konstrukcji mam słabość. Myślę, że to od momentu zobaczenia Puente de la Mujer w Buenos Aires, który według mnie jest po prostu idealny. Także nie ważne czy się znacie czy nie, myślę, że dworzec Oriente (ale też i okolice, na które my już czasu nie mieliśmy) jest warty zobaczenia. Podobnie jak cała Lizbona, na której spokojne zwiedzanie warto przeznaczyć minimum trzy dni, a taki listopad nadaje się do tego idealnie.

I na sam koniec już. Bo ja tu sobie tylko tak blożę i piszę co widziałem, czego nie widziałem, co mi się podobało, no i marudzę jak na urodzonego pod tą szerokością geograficzną przystało, więc nie ma tu wszystkiego, a to co jest może być opisane niedokładnie. Zatem - jeśli kogoś bardzo interesuje Lizbona i chce sobie o niej poczytać przed wyjazdem to polecam stronę sekrety-lizbony.pl. Tam jest wszystko, a nawet więcej, a ja przyznaję się, że zerkałem tam popełniając powyższe i teraz mam nadzieję, że dziewczyny nie będą miały mi tego za złe, jak jakimś cudem tu trafią. Drugim świetnym źródłem wiedzy jest portal infolizbona.pl i stamtąd też trochę pożyczyłem. Winny.

Szersza galeria do notki znajduje się -> tu
Read more →

31 paź 2017

Maltańskie opuncje cz. 2

,

W niedzielę wstaliśmy bardzo wcześnie. Musieliśmy, jeśli chcieliśmy zobaczyć targ rybny w miejscowości o niewymawialnej nazwie - w Marsaxlokk. W linii prostej mieliśmy dość blisko i doszlibyśmy tam w godzinę, jednak drogi były kręte, a po drodze stało lotnisko, więc wybraliśmy autobus. Ten, na który czekaliśmy nie przyjechał, więc pojechaliśmy innym, ale tylko do miejscowości Birżebbuġa. Z Maltą już tak jest, że właściwie gdziekolwiek by się nie znalazło, to tam jest coś ciekawego do zobaczenia - przynajmniej z historycznego punktu widzenia. Najważniejszą atrakcją Birżebbuġi jest kolejna z megalitycznych świątyń o nazwie Borġ in-Nadur licząca sobie 4500 lat, co według maltańskiej skali oznacza, że jest ona tam jedną z nowszych konstrukcji tego typu. Drugą atrakcją okolicy jest jaskinia Għar Dalam - tam znowuż odkryto kości hipopotama, słoni oraz ślady człowieka sprzed prawie 7500 lat. Tak, Malta jest stara. Niestety żadnego z tych unikatowych świadków historii nie zwiedziliśmy, ale wciąż mam je oznaczone na swojej mapie, więc przy następnej okazji, a taka będzie na pewno, zajrzymy i tam.
Fort San Lucian
Tym razem grafik na dzień mieliśmy napięty, a wcześniejsze jaja z komunikacją zbiorową nie poprawiły naszej sytuacji czasowej. No i wciąż byliśmy bez śniadania, także właściwie od razu obraliśmy kurs na Marszaszlok - jakoś tak to się czyta. Szliśmy już piechotą i to dość na około, bo skrót na mapie Googla okazał się być drogą do czyjegoś domu, z której nas stanowczo, acz kulturalnie zawrócono. Nie ma jednak tego złego, gdyż dzięki temu obejrzeliśmy sobie jedną z Wież Wignacourta, o których napomknąłem w części pierwszej. Był to Fort San Lucian. Oryginalna wieża pochodzi z początku XVII wieku, ale sam fort jest już o wiele młodszy, bo powstał z końcem wieku XVIII. Niestety, jak wiele innych tego typu budowli na Malcie, i ta jest w kondycji takiej sobie i nie można jej zwiedzać. Jeszcze niedawno co sobotę wpuszczano pojedyncze grupki ciekawskich, ale dziś brama stoi już zamknięta. Szkoda, bo to kawał ważnej historii Malty.

targ rybny w Marsaxlokk
Doszliśmy do Marsaxlokk i od razu weszliśmy na targ rybny. Sam w sobie jest on raczej średnią atrakcją turystyczną, chyba, że ktoś lubi zwiedzać bazary, aczkolwiek ryby oczywiście też są i są jego najciekawszą częścią, chociaż sprzedawcy nie lubią kiedy fotografuje się ich towar. Co jakby nie patrzeć ma swoje logiczne uzasadnienie. Niestety większość wybrzeża gdzie znajduje się targ, zajmują stoiska z pamiątkami z Chin, ciuchami i różnymi innymi gównami, które grają, świecą i piszczą budząc w człowieku chęć popełnienia masowego mordu. Jeśli ktoś liczy na choćby minimalny akcent pchliego targu to też niestety się rozczaruje - handlarzy starociami niestety tam nie ma, a przynajmniej ja żadnego nie dojrzałem. Eh, a liczyłem na jakieś maltańskie monety.
Marsaxlokk
Ryby rybami, fajnie sobie popatrzeć na świeże owoce morza, zwłaszcza jak jest się z miejsca, gdzie świeże równa się mrożone, ale żarty się skończyły i już naprawdę potrzebowaliśmy zjeść śniadanie, a Ania dodatkowo wypić kawę. Ale to nie tak, że bez tego ani rusz, jednak jak głosi napis w jednej z krakowskich knajp śniadaniowych lepiej pić kawę niż nie. Przeszliśmy dwa razy wzdłuż nadbrzeżnej uliczki i w końcu wybraliśmy jeden z lokali ze stolikami na zewnątrz. Ja wiem, że nie jest to może arcyciekawe, jednak podaję to trochę w ramach ciekawostki, gdyż Marsaxlokk bardzo nas w tym temacie zaskoczyło; bo raz, że knajpek jest tam naprawdę sporo, to dwa w naszej dostaliśmy najlepsze śniadanie na Malcie - frittatę oraz jajecznicę z kawałkami śledzia. Brzmi gorzej niż smakowało, serio. Miejsce nazywa się Terrone i jest -> tu.

Il-Ħofra ż-Żgħira
Pisałem wcześniej, że mieliśmy napięty grafik - tak, to prawda, a teraz dodam, że w naszym grafiku dość ważnym elementem była plaża, pływanie, opalanie się i nicnierobienie. Problem z tym był tu taki, że oboje jesteśmy w tym temacie wybredni i raczej nie lubimy ludzi. Poszliśmy więc w stronę wody i pobliskich zatoczek. Popularnym miejscem jest St. Peter's Pool - na zdjęciach wygląda to obłędnie, ale my jednak woleliśmy coś innego. Spojrzałem na mapę i rozrysowane tam ścieżki i w końcu skierowaliśmy się nad zatokę Il-Ħofra ż-Żgħira, czyli w swobodnym tłumaczeniu do małej dziury.  Od razu napiszę - to był najpiękniejszy kawałek Malty jaki widzieliśmy i gdzie spędziliśmy dłuższą chwilę. Miejsce to jest absolutnie cudowne i niepowtarzalne, a brak jakichkolwiek ludzi wokół tylko winduje je w rankingach. Nawet jeśli ktoś zapomniał stroju na zmianę to specjalnie nie musi się tym przejmować, chyba, że obawia się lornetek i niezdrowego zainteresowania ludzi spędzających czas na zacumowanych w pobliżu jachtach. By tam dojść trzeba kierować się na Fort Tas-Silġ, a następnie pójść za strzałkami, które wskazują nam zejście do plaży. Mimo to znalezienie dobrej drogi wciąż nie jest takie oczywiste, jednak jak już je znajdziemy i je następnie bezpiecznie pokonamy, to mamy całą plażę tylko dla siebie. Czytałem, że ludzie schodzą tam w japonkach, jednak ja odradzam. W każdym razie schodzi się gorzej niż potem wchodzi. Kiedy wrócimy na Maltę, to na pewno raz jeszcze tam pójdziemy, więc jak napiszę, że lecimy na Maltę, to proszę nam się tam wtedy nie plątać.

Jerma Palace Hotel w Marsalskala - to co zostało
Woda była ciepła, słońce prażyło, plaża była nasza - mogliśmy tam spędzić cały dzień, ale po krótkiej debacie zadecydowaliśmy, że wskakujemy w majty i jedziemy dalej. Trochę niechętnie wspięliśmy się z powrotem ku ścieżce i poszliśmy wzdłuż klifu. Na mapie jest tam szlak, który kończy się na drodze kawałek dalej - w rzeczywistości  kończył się w czyimś domku na polu. Na szczęście wokół nie było żywej duszy, więc przeszliśmy przez ściernisko i wyszliśmy na drogę. Wciąż byliśmy na najpiękniejszym końcu świata, ale już na jakiejś główniejszej drodze. Jeszcze nie asfaltowej, ale jednak drodze. Wracać do Marsaxlokk już nie było sensu, a jakikolwiek transport mogliśmy znaleźć dopiero w miejscowości Marsaskala i tam też poszliśmy. Marsaskala natomiast to tradycyjna wioska rybacka, która z biegiem czasu zamieniła się w niewielki kurort przyciągający tysiące turystów rocznie. Są tam oczywiście zabytkowe wieże oraz forty, ale idąc od strony klifów największą uwagę przykuwa stojący nad samym morzem gigantyczny i opuszczony kompleks hotelowy. W czasach świetności zwał się Jerma Palace Hotel i miał cztery gwiazdki. To właśnie jego otwarcie w roku 1982 przekształciło małą rybacką wioskę we wczasowy kurort. Hotel został zamknięty w roku 2007 i od tamtego czasu stoi sobie i niszczeje będąc schronieniem dla lokalnych squattersów i ćpunów. Lokalne władze mają jednak dość tej stagnacji i planują rozbiórkę straszydła, także jak ktoś czuje zew eksplorowania tychże ruin, to być może musi to zrobić teraz, bo wkrótce nie będzie gdzie się włamywać.

plaża w pobliżu miasta Mellieħa
Nie zwiedziliśmy miasteczka, bo prawie od razu załapaliśmy się na autobus do Valetty. Stamtąd bowiem chcieliśmy pojechać na daleki zachód wyspy, do Meliehy. Co prawda następnego dnia mieliśmy tamtędy jechać na prom do Gozo, jednak nie starczyłoby nam czasu na wysiadkę i zwiedzanie okolic. No a teraz go mieliśmy. Tamtejsza plaża jest jedną z większych i tym samym jedną z najbardziej obleganych, więc ją olaliśmy na rzecz poszukania czegoś po drugiej stronie wyspy w pobliżu Popeye Village. Można tam podjechać autobusem albo przejść piechotą, co nie zajmie nam więcej niż kwadrans, gdyż jest to najwęższe miejsce na całej wyspie Malta. Wioska powstała w roku 1980 jako plan filmowy do filmu Popeye z Robinem Williamsem w roli głównej - link podaję do IMDB, bo administracja Filmwebu będąc tym roku na wakacjach w ciepłych krajach chyba nie założyła czapek, bo uznała, że zablokowanie części strony dla tych, co używają ad-blocka to super pomysł. Wiadomo, że od lat Internetem rządzą reklamodawcy, ale dziś jesteśmy już świadkami przejmowania przez nich kontroli nad poszczególnymi portalami i stronami. Przygotujmy się więc na kolejne blokady, bo chuj tam z treścią, ważna jest reklama i to, by do każdego dotarła, a jak się komuś nie podoba, to niech znajdzie sobie inny Internet. Aah! Zdenerwowałem się... to tak na marginesie.
Popeye Village
Wracając jednak do filmu to nie odniósł on większego sukcesu, co nie jest wcale takie dziwne, bo jego oglądanie to męka. Spróbowano odtworzyć na ekranie kreskówkę z prawdziwymi aktorami, co wyszło naprawdę źle. Robin Williams i Shelley Duvall dają z siebie wszystko, ale nawet tym nie idzie tej farsy uratować. Ciekawostką jednak jest, że wcielenie się w Popeya było debiutem Williamsa na wielkim ekranie i to od razu w roli pierwszoplanowej, także szacun. Jak wspomniałem na potrzeby filmu wybudowano całą wioskę, która się ostała i dziś jest parkiem rozrywki z wygodnym zejściem do błękitnej i przejrzystej wody. Czytaliśmy, że to miejsce jest bardziej dla dzieci niż dla dorosłych, jednak po chwili obserwacji miasteczka z góry uznałem, że bym się tam odnalazł. Ania również. Bilety są jednak dość drogie, bo w sezonie Maltańczycy chcą od nas od 14,5€ do 16€, ale po sezonie już tylko 10,5€. Popeye z 1980 roku to jednak nie jedyny film, który został zrealizowany na Malcie - wręcz przeciwnie - filmowcy kochają Maltę i jej plenery. Kręcono tutaj między innymi 'Hrabiego Monte Christo', 'Gladiatora' z Russelem Crowe, 'Grę o Tron' i 'Aleksandra'. Co by nie mówić te filmy wyszły już o niebo lepiej od historii o kreskówkowym marynarzu po wylewie. Nie wiem jak 'Gra o Tron', bo nie rozumiem fenomenu.

Klify w pobliżu Popeye Village
Będąc na miejscu próbowaliśmy znaleźć jakieś przyjemne i odludne miejsce do plażowania z wygodnym zejściem do wody, jednak tym razem się nie udało. W jednym miejscu chyba dało się zejść, bo kogoś nad wodą widzieliśmy, ale postanowiliśmy nie dołączać. Teraz widzę, że trochę dalej było takie coś jak Ras Il Wahx gdzie można plażować i pływać, co by zresztą wyjaśniało zagadkę tylu samochodów, które widzieliśmy zaparkowane pośrodku niczego, jednakże gdybyśmy tam wtedy zeszli, to potem mielibyśmy problem z powrotem do domu. Zresztą na miejscu mieliśmy wbijający w ziemię widok z klifów i to musiało nam wystarczyć. Plaża i odpoczynek wciąż były priorytetem, więc skierowaliśmy się ku Złotej Zatoce, bo tam miało być jedno i drugie. Na początku szliśmy wzdłuż klifu, po kamieniach i kępach trawy, ale kiedy stało się to męczące odbiliśmy na drogę. Niestety w pobliżu nie było żadnego przystanku, więc pozostało nam jakoś dowlec się do cywilizacji pieszo.

Golden Bay
Słońce już było nisko, więc z opalania nici, ale do wody jeszcze udało się wejść. Ulokowaliśmy się trochę na uboczu przy jakimś falochronie, a kiedy słońce znikło za horyzontem udaliśmy się do pobliskiej restauracji coś zjeść - wybraliśmy talerz owoców morza smażonych na głębokim oleju; pycha. Tego właśnie szukaliśmy. Golden Bay to jednak zwykły, modelowy wręcz, kurort z wielkimi hotelami, leżakami, parasolami i fancy restauracjami z jeszcze bardziej fancy drinkami, czyli coś, czego w naszym wieku jeszcze się unika, przynajmniej na dłuższą metę. Chociaż przyznaję, że ja już się zbliżam do momentu, kiedy zacznie mi to wystarczać. Niemniej wciąż dłużej niż dwóch dni bym tam nie wytrzymał. Zaletą kurortu jest jednak to, że łatwo doń dojechać - na miejscu jest pętla autobusowa kilku linii i nawet w niedzielę wieczór wygodnie stamtąd dostać się do Valetty. Gorzej jak ktoś czeka na autobus kilka przystanków dalej - nasz był pełen, więc zatrzymał się dopiero w Mosta, bo akurat ktoś tam wysiadał.

Uliczka w Valetcie
Trochę kilometrów tego dnia zrobiliśmy, ale nie byliśmy na tyle zmęczeni, by nie pójść czegoś się napić. Wieczorna Valetta jest pusta i dość przyjemna w zwiedzaniu. Tym razem zrobiła na mnie pozytywne wrażenie, chociaż zamknięte już sklepy, a nawet kawiarnie, sprawiały przygnębiające wrażenie. Ok, była niedziela, ale nie było jeszcze bardzo późno. Może koło 21:00, a miasto - stolica przecież - wyglądało jakby właśnie kładło się spać. Z niektórych ogródków restauracyjnych słychać było gwar, a po ulicach przechadzali się pojedynczy turyści, chyba tak sam zdziwieni pustkami jak my, ale poza tym miasto było puste. Taaa, Malta to zdecydowanie nie są Włochy czy Hiszpania, które po 21 zaczynają żyć. Zrobiliśmy więc tylko rundkę po uliczkach i wróciliśmy na autobus do Safi. Kolejnego dnia także musieliśmy wstać wcześnie i to nawet wcześniej niż dziś. Eh, może kiedyś pojedziemy na taki urlop, na którym odpoczniemy. Może.

Comino i Gozo
Gdzieś w okolicach Marsalform
Pisałem wielokrotnie, że Malta jest mała. Pisałem też, że transport jest dostosowany do potrzeb lokalsów, więc czas przejazdu, nawet na niewielkich odległościach, bardzo się wydłuża. Właśnie dlatego w poniedziałek musieliśmy wstać jeszcze przed 7:00. Jednak na skutek korków i różnych opóźnień, w tym także jednego zepsutego autobusu, z którego kierowca sobie po prostu wyszedł, w Ċirkewwa, skąd odpływają promy na Gozo, byliśmy dopiero o 10:00. Tam jeszcze dobrze nie wysiedliśmy, a już zostaliśmy obdarowani ulotkami z różnymi opcjami wycieczek. Nas właściwie interesowało tylko Gozo, ale skoro pojawiła się opcja na Comino, wysepkę leżącą pomiędzy Maltą, a Gozo, to skorzystaliśmy. Cenowo wychodziło to bardzo dobrze, bo transport z Malty na Comino oraz z Comino na Gozo kosztował 10€ na twarz. Łódki pływają raz na godzinę i rzadziej, co nie jest może super dogodne, ale w końcu to łódki, nie metro. 
Błękitna Laguna, Comino
Comino jest skaliste, kamieniste i suche. Spaceruje się tam średnio, ale też nie jest tak, że nie ma co robić. My chcieliśmy zobaczyć tylko laguny - Cristal Lagoon i Blue Lagoon, które rzeczywiście są piękne - przejrzyste i błękitne. W tej drugiej można bez przeszkód pływać, gdyż skonstruowano tu mini plaże z leżakami do wypożyczenia. Interior wyspy też jest ciekawy - jednak jak pisałem my byliśmy nastawieni na Gozo, więc o Comino specjalnie nie czytaliśmy, a szkoda gdyż... tam jest opuszczony szpital! Comino przez wieki służyło za miejsce zesłań i izolacji choleryków, stąd i szpital. Patrząc na mapę widzę, że byliśmy stosunkowo blisko i teraz żałuję, że nie podeszliśmy, ale można wierzyć lub nie, koszmarnie nie chciało nam się już łazić. Może jeszcze i to się nadrobi, bo myślę, że warto, a my potraktowaliśmy tę wysepkę trochę po macoszemu.

Schowany cypel w Malsalform
Na Gozo chwilę nam zeszło na ustaleniu co robimy i gdzie jedziemy. Chcieliśmy pozwiedzać, zwłaszcza świątynie, ale zgodziliśmy się, że zwiedzanie dobrze będzie połączyć z odpoczynkiem, wodą i słońcem, więc pojechaliśmy do leżącego na północy wyspy miasteczka Marsalform. Bezpośrednio dojeżdża tam autobus linii 312 - zaznaczam to specjalnie, bo to bardzo wygodna linia, która chyba jako jedyna omija stolicę wyspy Rabat. Po wyjściu z autobusu, nie tracąc już więcej czasu, poszliśmy wzdłuż brzegu szukając odpowiedniego miejsca na rozłożenie się. Udało nam się znaleźć jedno prawie idealne, bo osłonięte od wszystkich falochronem z jednej strony i klifami z drugiej. Niewielki cypel tylko dla nas. Co prawda miejsce to nie było aż tak ustronne i niedostępne jak wspomniana wcześniej zatoka na wschodzie Malty, ale i tak było cudownie. Udało się nawet na chwilę zamoczyć, chociaż pływanie w tym konkretnym miejscu nie było wskazane. Za duże fale i sporo skał. Mimo tego spędziliśmy tam znaczną część dnia - Ania się opalała i czytała o książkę o Gujanach, a ja walczyłem z falami przy brzegu. Perfekcyjne popołudnie. W końcu jednak zgłodnieliśmy, a że Marsalform to także kurort, to było w czym wybierać. My usiedliśmy w jednej z pierwszych restauracji, którą zauważyliśmy. Zwała się Pebbles i serwowała absolutnie najlepsze krewetki na świecie oraz chyba jeszcze lepsze ravioli z farszem z łososia. No geniusz. Tyle, że tam też trzeba wyraźnie mówić; zamówiłem colę i kawę, a dostaliśmy dwie cole i żadnej kawy. Albo to może mój angielski jest jakiś krzywy...

Saliny przy baterii Qolla l-Bajda, Malsalform
Najciekawszą atrakcją okolic Marsalform są saliny. Są to wydrążone w skale prostokąty, coś jak baseny, gdzie zbiera się woda morska, która po odparowaniu zostawia na dnie sól. Tę następnie się zbiera i sprzedaje w na przykład sklepach z pamiątkami albo dodaje do zupy. Proces ten trwa zazwyczaj od maja do września, więc my już byliśmy jak było po wszystkim i dlatego też nie zwiedzaliśmy całości. Saliny bowiem ciągną się przez jakieś 3 kilometry na zachód od Marsalform i trochę nie chciało nam się już tam iść. Zobaczyliśmy więc tylko te przy byłej baterii artyleryjskiej Qolla l-Bajda. Budynek jest dość charakterystyczny i swoim położeniem na cyplu wybija się w krajobrazie.
Bateria Qolla l-Bajda, Malsalform
Postał w roku 1716 i od tego momentu aż do końca lat 70' XX wieku służył celom militarnym - z przerwami oczywiście. W roku 1978, z inicjatywy prywatnego inwestora, powstała tam dyskoteka i klub nocny pod oryginalną nazwą Wieża. Jakiś czas to hulało i cieszyło okolicę, jednak w roku 2003 umowa na dzierżawę terenu wygasła i pierdolnięcie zniknęło z Marsalform. Po tym fakcie nieruchomością zainteresowała się pewna organizacja non-profit, która chciała przejąć dawną baterię i ją odremontować, jednak na drodze ku temu stanął niegdysiejszy dzierżawca. Dziś stary fort jest kością niezgody między rządem, a prywatną firmą i tym samym, zarówno on jak i teren wokół, w tym także saliny, które tworzą tam fenomenalny krajobraz jak nie z tego świata, wciąż stoi smutny, brudny i zaniedbany. Jest możliwość zaglądnięcia do środka przez wybitą w ścianie dziurę i Ania chyba nawet próbowała dostać się do wewnątrz, lecz walające się tam stosy śmieci skutecznie ją zniechęciły.

Zachód Słońca nad Morzem Śródziemnym
Wróciliśmy do miasteczka i wsiedliśmy w autobus powrotny do portu. Ten wlókł się niemiłosiernie i tylko cudem udało nam się zdążyć na prom odpływający o 18:00. Następny był dopiero o 18:45, a to już było za późno dla nas. Ponadto płynąc tym wcześniejszym mogliśmy obserwować absolutnie najpiękniejszy zachód słońca nad Morzem Śródziemnym. Do Ċirkewwa przycumowaliśmy dokładnie w chwili, gdy słońce schowało się za horyzont. Następnie czekała nas już tylko długa podróż do Valetty, gdzie chcieliśmy zrobić szybki skok do sklepu po wodę, wino i jakieś ciastka, i w końcu wrócić do naszego zamku w Safi.
Pusta, zamknięta Valetta
Plan z założenia był bardzo prosty, ale jak się okazało dosyć trudny do wykonania. Tym razem autobusy jeździły jak trzeba, ale gorzej nam poszło z zakupami, bo w Valettcie NIE MA sklepu, który byłby otwarty po godzinie 19:30. W restauracji przy głównym deptaku spytałem nawet jednego gościa czy jest tu jakieś miejsce gdzie można kupić wodę, to powiedział, że o tej porze już nie. Super. Nie byłoby problemu, gdyby tamtejszą kranówkę dało się pić, ale niestety maltańska woda jest nie do przyjęcia na surowo. Jest to bowiem mieszanka wody słodkiej i odsolonej wody morskiej i to stąd ten koszmarny smak, który na szczęście trochę znika po przegotowaniu. Wodę w końcu kupiliśmy w sklepie z pamiątkami, a wino i coś do jedzenia w jednej z niewielu jeszcze otwartych budek na dworcu - dlatego też pisałem wcześniej, że dworzec w Valetcie jest małym centrum tamtejszego świata. Po godzinie 20 jest jak oaza, która napoi spragnionych, bo miasto obok poszło już spać. Sobie kupiłem jeszcze lokalne piwo Cisk. Internet daje mu niskie noty i ja idę się z nimi zgodzić. Da się wypić, ale szału nie ma, jednak na bezrybiu i rak ryba. Lepszy jest ich narodowy skarb, czyli Kinnie. Taki napój z gorzkich pomarańczy i mieszanki ziół. Dobre.

Kolejny dzień był dniem powrotu. Największym plusem mieszkania w Safi było lotnisko tuż za płotem, więc bez zbędnego stresu doszliśmy tam w około 20 minut. Wiadomo, w drugą stronę jest już łatwiej. Jedyne co nam już zostało to oczekiwać naszego Ryanaira do Bergamo. Ale o tym to może już kiedy indziej. Hm.. tak, w sumie tak, coś może skrobnę, bo to ciekawe i bardzo niedoceniane miasto.

Gdybym miał krótko podsumować Maltę to chyba bym nie umiał. Bo ja nie umiem krótko. Aczkolwiek postaram się wypunktować plusy i minusy, więc może na początek plusy.
- Brak mrozu, śniegu i jakichkolwiek oznak, czy śladów zimy, z którymi my musimy walczyć przez siedem miesięcy w roku. Absolutny numer jeden, a nawet całe podium.
- Długa i interesująca historia wysp, którą odkrywamy na każdym kroku i gdziekolwiek byśmy się nie znaleźli.
brak barier językowych - Malta ma dwa języki urzędowe; maltański i angielski.
- Zapierające dech w piersiach krajobrazy i widoki. Nie dziwne, że Malta to jeden z ważniejszych plenerów dla Hollywood.
- Ustronne miejsca, gdzie można się odstresować i nie musieć słuchać krzyków gówniaków.
Spokój - abstrahując już od powyższego - wszędzie gdzie byliśmy, z małymi wyjątkami, odczuwaliśmy płynący zewsząd spokój. Miłe uczucie.
- Niewielkie odległości, także z pewną dozą zaparcia wszędzie można dojść piechotą.
- Bezpieczeństwo. Malta to zdecydowanie bezpieczny kraj.
- Ceny - ok, to może być trochę sporne. Niemniej w ostatecznym rozrachunku nie powinniśmy się spłukać. Aczkolwiek z cenami w restauracjach nierzadko niestety poszaleli.

Minusy
- Transport zbiorowy. Może tak - nie jest on znowuż taki beznadziejny jak go rysują, ale do poprawy jest naprawdę sporo. Z punktu widzenia turysty jest całkiem spoko, bo jeździło się gorszym, ale gdybym miał się tam codziennie poruszać autobusami i to na większe odległości, to kupiłbym samochód. Kumam, że Valetta to stolica i tam jest hub dla wszystkich autobusów, ale naprawdę zrobienie dwóch-trzech linii ze wschodu na zachód, które omijałyby Valettę nie rozwali systemu, a i wielu mieszkańcom będzie na rękę.
- Walające się po ulicach śmieci. Malta, jak wiele południowych krajów, jest po prostu brudna.
- Smak wody z kranu... to był szok.
- Godziny otwarcia sklepów i lokali - rozumiem powody, dla których sklepy są wcześnie zamykane i szanuję czas miejscowych, ale czemu służy zamykanie restauracji na godzinę, a bywa, że i mniej np. między 18:00, a 18:40? 
- Zaniedbane zabytki, a mowa tu głównie o tych wszystkich wieżach i fortach, z których sporej części nie można nawet zwiedzić. Boli.
- Bezdomne koty. Na południu wyspy one, wraz z tym, co po sobie pozostawiają, są naprawdę wszędzie. Może jest lepiej niż na Cyprze, ale i tak nawet minimalna kontrola populacji bezdomnych kotów byłaby tam wskazana. Na przykład coś na kształt tej w Rzymie, gdzie bezdomne koty są wyłapywane, leczone, sterylizowane i wypuszczane na wolność na ściśle kontrolowane tereny. Kocham koty i żałuję, że żadnego mieć nie mogę i tym bardziej boli mnie, kiedy widzę w jakim stanie są niektóre maltańskie koty uliczne.
- Drogi i ruch lewostronny. Z początku chcieliśmy na Malcie wynająć samochód, jednak żadne z nas nie czuje się dobrze po tej nienapoleońskiej stronie jezdni i daliśmy spokój. Stan dróg to już osobna kwestia. Odkryjesz, jak usiądziesz na tyle autobusu.
Niewielka ilość plaż i wygodnych zejść do wody. Taaakie to trochę naciągane, bo dla chcącego nic trudnego. Dla przeciętnego turysty może to być jednak minus, niemniej jednak właśnie takie warunki przez wieki chroniły ten kraj przed najeźdźcami i również i dziś czynią go bezpiecznym.
- Nie ma tramwajów. Ale były! Do roku 1929.

Poza tym Malta jest jednak trochę dzika - chcąc nie chcąc. Kraj wielkości Krakowa i leżący na paru kamykach rzuconych między Europę, a Afrykę, musi być trochę dziki i to w wielu aspektach. Trudno to jednoznacznie określić i nie jest to ani na plus ani też na minus. To po prostu fakt.

Tyle okiem turysty. Dla wielu jest to raj, jednak mieszkańcy pewnie dodali by tu coś od siebie i do plusów i do minusów. W gruncie rzeczy Malta to kraj jak każdy inny, który musi się mierzyć ze swoimi problemami i próbuje, z różnym skutkiem, wyciągnąć ze swojego potencjału tyle ile się da. Z różnym skutkiem. A że jest to mały kraj, to i środki ma na to ograniczone. W politykę się nie mieszam, bo to patologia jak wszędzie, czego dowodem niech będzie gwałtowna śmierć kobiety, która w Internecie krytykowała i obnażała ciemne interesy maltańskich polityków. Miało to miejsce, gdy my grzaliśmy się na Gozo. Mimo wszystko bardzo mocno chcę tam wrócić - wiem, że piszę to przy każdej okazji, że tak, że już planuję, że no na bank polecę tak szybko jak się da, ale jeśli chodzi o Maltę to jestem tego naprawdę pewien. To fantastyczny kraj, w którego krajobrazach i spokoju z nich płynących można się zakochać. Ponadto nie widziałem wielu miejsc oraz nie udało mi się spotkać z kolegą. Gdyby ktoś się z jakiegoś powodu wahał, czy lecieć na Maltę to ja mówię - leć. Leć, najlepiej jesienią albo wiosną i to co najmniej na tydzień lub nawet dziesięć dni. Zapomnij o kurtce, bluzie czy wysokich butach, a pamiętaj o stroju kąpielowym, wygodnych sandałach, olejku do opalania i koniecznie czapce. Inaczej będziesz mieć posrane pomysły jak administratorzy Filmwebu.

Galeria do obu wpisów znajduje się -> tu.
Read more →

24 paź 2017

Maltańskie opuncje cz. 1

,

W końcu jesień! Tak bardzo czekałem, odliczałem dni, rwałem kartki z kalendarza i tęskniłem, a już najintensywniej od września, z którym przyszła jesienna szarość, zimność, depresja i świadomość, że temperatury wyższe od 20 stopni oraz większe pokłady słońca pojawią się tu najwcześniej w maju. Zgoda, brzmi to trochę kretyńsko i bez sensu, ale tylko pozornie - otóż jesień to pora moich wyjazdów, będących rozpaczliwą próbą oszukania samego siebie i ucieczką od zbliżającej się ciemnej, zimnej i azbestowej beznadziei znanej szerzej jako zima. Tym razem wybór padł na Maltę - bo jak szukać ciepła to tylko tam. Dla przykładu: od dwóch lat mieszka tam mój dobry znajomy z dzieciństwa i dziś gość nie pamięta jak wygląda kaloryfer.

Na Maltę poleciałem z Anią, a transport zapewnił nam WizzAir, ale niestety z Katowic (czemuż nie latacie z Krakowa? No czemuż??). Wszystko poszło jak trzeba, czyli bez problemu i punktualnie, więc nie ma co drążyć tematu. Maltę powitaliśmy wczesnym popołudniem, a tam ciepło, sucho, słonecznie, słowem najlepiej w świecie. Bagaże mieliśmy już na plecach, więc nie traciliśmy więcej czasu i poszliśmy w stronę wioski Safi, gdzie był nasz... hm, coś jakby pensjonat. Kwatera, o, może tak. Był to duży, dosyć stary i na wskroś maltański dom przypominający trochę zamek, tylko taki bez wieży z księżniczką. Nawet nasz pokój wyglądał jak komnata. Może i był trochę ciemny, ale za to klimatyczny i całkiem spory. Co innego łazienka, gdzie ktoś o wzroście powyżej 1,80 m miałby problem. Ale nie my... bo nikczemny wzrost ma czasem swoje plusy. Gdyby kogoś interesowało takie rozwiązanie, to przybytek nazywa się M'Anglu gdzie w październiku właściciel bierze 30€ za noc w komnacie. Bardzo spoko gość swoją drogą. Na imię mu Ryan, a towarzystwa dotrzymują mu średniej wielkości pies, który próbuje być w każdym miejscu na raz, ale najlepiej by była to kuchnia, karłowaty, ale za to puszysty kot, który na początku nas ignoruje, ale jak już się z nami bliżej zapozna, a zwłaszcza z naszą ręką na swoim grzbiecie, to będziemy mieli w nim dozgonnego przyjaciela, oraz królik, który jedyne co robi to siedzi w klatce, chociaż tę ma otwartą. 

Poranny 73 do Valetty
Malta jest mała i dosyć dobrze skomunikowana, więc tak naprawdę nie ma większego znaczenia, gdzie wybierze się nocleg. My patrzyliśmy jeszcze na ceny i pod tym względem południe wyspy wyglądało najlepiej. Północ, czyli przede wszystkim Valetta i Sliema, zawalona jest dosyć drogimi hostelami oraz jeszcze droższymi hotelami. Prawda, że tam byłoby najwygodniej, gdyż stamtąd wszędzie jest bliżej i mniej czasu traci się na dojazdach, ale na dłuższą metę można to poświęcić. Valetty nie idzie ominąć, bo Malta już tak jest urządzona, że rzeczywiście wszędzie można łatwo dojechać, ale najczęściej i tak trzeba przesiąść się na stołecznym dworcu. I właśnie - by było nam łatwiej maltański PKS oferuje kilka biletów wieloprzejadowych. Najbardziej popularnym jest ten za 21€, który jest ważny przez tydzień i pozwala jeździć ile się chce i gdzie się chce. Jeśli ktoś chce zwiedzić Maltę kompleksowo to bez tego biletu nie ma sensu się ruszać. No, ok, można, ale to się nie opłaca, zwłaszcza w sezonie letnim, kiedy pojedynczy przejazd autobusem kosztuje 2€. "Zimą", tj. od 15 października do połowy czerwca, za przejazd płacimy już 1,5€.
Autobus z Valetty, Safi, Malta
Drugą ciekawą opcją jest bilet za 15€ i mamy w nim 12 przejazdów. On znowuż działa w ten sposób, że może na nim jechać więcej niż jedna osoba, bo liczą się właśnie odklikane przy wejściu przejazdy, a nie pasażerowie. Co do autobusów jeszcze - są, i to się liczy, ale bywa z nimi różnie, na przykład punktualność nie jest ich mocną stroną, a czasem mogą w ogóle nie przyjechać. Wiąże się to ze specyfiką maltańskich miast i ich wąskich ulic, gdzie autobusy czasem utykają w korkach. To idzie zrozumieć, ale mniej fajnie jest, kiedy stoimy gdzieś na wypizdowie, jest już ciemno i chcielibyśmy wrócić do cywilizacji, a zbliżający się ku nam autobus, na który dziko machamy, nawet nie zwalnia, bo już jest przepełniony. Wcale nie takie trudne do doświadczenia, zwłaszcza gdy w najbliższej okolicy jest jakaś plaża. Inną kwestią jest to, że trasy autobusów, co jest akurat słuszne, skonstruowane są pod mieszkańców. Także fakt, że jedna miejscowość leży stosunkowo blisko drugiej nie oznacza, że szybko tam dojedziemy. Dla przykładu - z Mdiny do Sliemy jechaliśmy około 50 minut, z Safi do Valetty jakieś 35, z Valetty do Meliehy prawie godzinę, natomiast wyprawa na prom na Gozo, czyli do miejscowości Ċirkewwa, to już jazda na grubo ponad godzinę.

Blue Grotto z góry
Późnym popołudniem poszliśmy pozwiedzać, a że jedyną osiągalną atrakcją w naszej okolicy była Błękitna Grota, czyli Blue Grotto (lub Taħt il-Ħnejja) to poszliśmy właśnie tam. Wieczorem i przy zachodzącym słońcu prezentuje się ona najpiękniej, chociaż i tak widzieliśmy ją tylko z góry. Można jeszcze było wynająć łódkę i wpłynąć tam z przewodnikiem (chyba 8€ na twarz, ale nie pamiętam), ale w końcu się nie zdecydowaliśmy. Woleliśmy bowiem pozwiedzać okolice, poobserwować wspomniany zachód słońca oraz okolicznych wędkarzy próbujących swojego szczęścia w Morzu Śródziemnym. Zaraz obok stoi też jedna z pięciu siedemnastowiecznych wież LascarisaWieża Sciuta. Fortyfikacje obronne Malty to temat rzeka - jest pięć Wież Lascarisa, tyle samo Wież Wignacourt, trzynaście Wież de Redina i jeszcze kilka pojedynczych. Część jest obserwacyjna, część obronna, a część o jeszcze innym przeznaczeniu, ale wszystkie są nieodłącznym i jakże ciekawym elementem maltańskiego krajobrazu. Nie będę tego zgłębiać, bo jak widać trochę tych wież jednak tam mają, a o ich historii i przeznaczeniu można by napisać niemały esej. I pewnie parę osób już to zrobiło, więc ja nie muszę.

Ħaġar Qim
Zresztą w pobliżu znajdują się zupełnie inne atrakcje, które wymagają kilku słów. Dotarliśmy do nich następnego dnia rano - są to megalityczne świątynie Ħaġar QimMnajdra liczące sobie nawet pięć i pół tysiąca lat (!). Tym samym są starsze od piramid w Gizie i to o lat tysiąc. Dla mnie pozostaje to poza wyobraźnią - mind blown. Wstęp na to stanowisko archeologiczne kosztuje 10€ i zawiera w sobie obie świątynie oraz muzeum. Stanowiska są obecnie schowane pod wielkimi namiotami, które chronią je przed działaniem warunków atmosferycznych i choć w zupełności rozumiem potrzebę takiej ochrony, to jednak trochę psuje ona odbiór całości. Z drugiej jednak strony daje też cień, co w lecie też nie jest tam takim byle czym. Po stanowiskach można się dość swobodnie kręcić, wejść do środka, a nawet pomacać, chociaż co cenniejsze obiekty są już od nas odgrodzone, niemniej fajnie jest to urządzone. Muzeum jest takie na wpół interaktywne, ale nie zagłębialiśmy się w nie jakoś bardzo, bo musieliśmy zdążyć na autobus. Niestety, to była sobota, więc jedyny publiczny środek transportu jeździł tam raz na godzinę.

Klify w Dingli
Autobusem dojechaliśmy do Dingli. Gdzieś tam w pobliżu mieści się rezydencja prezydenta Malty, tzw. Pałac Verdala, ale główną atrakcją, przynajmniej dla nas, były klify. W ogóle cała Malta to taki wielki, wystający z wody kamień, który tylko w kilku miejscach ma łagodne zejście do wody, ale poza tym od strony wody witają nas klify i skały, które przez wieki chroniły Maltę przed napaścią ze strony różnego podejrzanego elementu. Dziś nadal pełnią swoją funkcję oraz zapewniają piękny widok na błękitne, bezkresne morze. No, może nie takie bezkresne, o gdzieś tam powinna być Tunezja, ale my jej nie dojrzeliśmy. Zarówno ja jak i Ania jesteśmy z Małopolski, więc bliżej mamy do gór niż do jakiegokolwiek morza, więc długo się wpatrywaliśmy w ten niekończący się błękit.
przystanek autobusowy gdzieś między Dingli, a Rabatem
Z myślą o takich jak my Maltańczycy ustawili tam ławki, także można się wpatrywać i nawet tym bardzo nie zmęczyć. Jednak musieliśmy się odkleić i wrócić na szlak, a ten wiódł przez wioskę Dingli do Mdiny. Szliśmy piechotą, jak w wielu przypadkach zresztą i w związku z tym mała refleksja - na Malcie, jak w wielu południowych krajach, pieszy poza terenem zabudowanym jest raczej dziwną i rzadko spotykaną postacią. Chociaż odległości są niewielkie, a po drodze znajdują się przystanki autobusowe, to chodników właściwie nie ma. Są pobocza, ale dość wąskie, więc trzeba patrzyć co się robi i gdzie się idzie, by nie zostać zdmuchniętym przez na przykład jakąś wielką betoniarę. Plusem niech tu będzie to, że szybkich i wściekłych nie ma tam zbyt wielu i większość kierowców jeździ raczej przepisowo.

Rabat, Malta
Doszliśmy do Rabatu - pierwszego miejsca, gdzie zobaczyliśmy więcej niż dziesięciu turystów na raz. Przez to wiekowe miasto jednak tylko przeszliśmy, bo naszym celem była Mdina, jednak kilka uliczek spenetrowaliśmy. Nierzadko tworzą je rzędy pięknych, niedużych i raczej wąskich kamienic, z których każdą zdobi kolorowy wykusz. Mniej więcej jak na zdjęciu obok, chociaż to nie jest jeszcze najlepszy przykład. Gdybym lepiej umiał w zdjęcia, to bym pokazał. Mdina natomiast to pierwsza stolica Malty i jedno z jej najstarszych miast, jeśli nie najstarsze. Główną atrakcją jest zabytkowe, otoczone średniowiecznymi murami Stare Miasto składające się z niewielkiego acz uroczego labiryntu wąskich i przyjemnie chłodnych uliczek. Na zdjęciach miasto wygląda na spore, ale naprawdę jest niewielkie. Mdina nazywana jest też miastem ciszy i co krok można napotkać tabliczki z prośbą o jej zachowanie. Ponadto ruch kołowy jest tam ograniczony do niezbędnego minimum i wjazd mają tam tylko pojazdy dostawcze, służby ratunkowe, karawany pogrzebowe oraz samochody mieszkańców. Według wiki jest tam ich około trzystu (This is Mdina!), z których jeden porusza się starą Skodą, którą parkuje w jednej z tych uroczych, wąskich uliczek. Swoją drogą Malta mocno stoi Skodą i to raczej tą starszą niż nowszą. Taki powrót do przeszłości.
Mdina, Malta
W Mdinie jedliśmy też nasz pierwszy maltański posiłek. Bułek z serkiem z Lidla dzień wcześniej przecież nie liczę. Usiedliśmy na niewielkim, trochę schowanym skwerku, gdzie znajdowały się dwie knajpy - w jednej było mało miejsca, ale za to udało się w drugiej. Zresztą jak tylko tam weszliśmy to już nie mogliśmy się wycofać, bo kobieta przy wejściu z miejsca nas usadziła. Ania wzięła bułkę z tuńczykiem, a ja z kurczakiem, lecz tylko mnie trafiła się tradycyjna maltańska ftira, która okazała się być najzwyklejszą kanapką, tyle, że z kurczakiem. Ania wygrała jeszcze mniej, bo dostała bułkę jakiej w Krakowie nie podałby żaden szanujący się lokal. Średnio zadowoleni poszliśmy zwiedzać dalej, a w końcu na przystanek, bo to był już czas na dalszą podróż na północ.

'plaża' w Sliemie - Fond Għadir Beach
W sobotę wieczór mieliśmy się spotkać ze wspomnianym kolegą, który Maltę okupuje już od dwóch lat. Ten się jednak rozchorował i spotkanie przełożył na poniedziałek. Uprzedzając fakty; z poniedziałkowego spotkania niestety też nic nie wyszło. Żałuję, ale żyję nadzieją, że jeszcze będzie okazja. Tymczasem, wiedząc już, że z wieczornego spotkania nici i tym samym nie musimy się jakoś bardzo spinać, na spokojnie wysiedliśmy z autobusu w Sliemie. Sliema natomiast to, wraz z leżącym obok St. Julian's, centrum biznesowo-rozrywkowe Malty. To tam są restauracje, kawiarnie, kasyna, centra handlowe, najwyższy budynek kraju, duże mariny i deptak przyciągający ogromną liczbę turystów rocznie. Jakoś super atrakcyjnie to nie brzmi, ale mnie akurat Sliema przypadła do gustu, zwłaszcza... hm, plaża, w sensie miejsce do plażowania, bo trudno to uczciwie nazwać plażą. Chociaż oficjalna nazwa to Fond Għadir Beach. Mimo wszystko chętnie byśmy tam zalegli, jednak nie mieliśmy betów, by skorzystać, także od razu poszliśmy w stronę Valetty. Chwilę się wahaliśmy, czy nie wziąć jednak promu, bo tak bardzo już nie chciało mi się iść, ale z drugiej strony widoki na marinę i panorama Valetty jakoś to koiły, więc olaliśmy prom i poszliśmy wzdłuż brzegu.

Valetta wita nas Bramą Armatnią (malt. Bieb il-Bombi), placem St. Publius oraz wielką fontanną Trytona, która akurat była w konkretnym remoncie. Jednak tak naprawdę to jeszcze nie jest Valetta, a Floriana, aczkolwiek kiedy za każdym razem tam wjeżdżaliśmy, to wiedzieliśmy, że jesteśmy już w Valetcie. Dworzec autobusowy natomiast, będący trochę takim małym centrum świata, jest już w granicach Valetty, a tuż za nim znajdziemy główną bramę prowadzącą do tego stołecznego miasta.
Valetta
Cóż, Valetta jest... ładna, taka w porządku. W sumie nie wiem czy można napisać coś więcej. Zwiedzaliśmy ją tuż przed zachodem słońca, czyli gdzieś w pół do siódmej wieczór, ale jakoś oboje nie potrafiliśmy się bardzo stolicą zachwycić, chociaż to była ta godzina - tj. złota godzina i do zdjęć i zwiedzania. Poszliśmy pod Fort Elmo, czyli na sam koniec miasta, bo podobno warto, pięknie i wow, a tam... no tam były raczej śmieci, pustki i zupełny brak wow. Obeszliśmy co się dało, pogłaskaliśmy kilka kotów i wróciliśmy do centrum coś zjeść. Sprawdziłem na Google Maps co jest wokół godnego i w końcu wybraliśmy jakąś włoską knajpę świecącą pustkami. Mało zachęcające, ale już koniecznie musieliśmy gdzieś usiąść. Myślałem, że Malta to taki typowo południowy kraj, gdzie życie toczy się głównie wieczorem i to wtedy restauracje są zaprane po dach, ale jak widać nie do końca. Do tego wieczorami menu często bywa już wybrakowane. Ja zamówiłem lasagne, Ania jakiś makaron oraz sporą bruschettę. Po chwili dostaliśmy świeżo wyjętą z pieca bułę oraz lasagne, spoko. To jeszcze makaron. Czekamy, czekamy, czekamy dalej, w końcu pytam kelnerki, czy to się robi, czy może zostało zapomniane. Pani nie wiedziała i poszła spytać. Wróciła z miną zbitego psa i oznajmiła, że zapomniane... przepraszając zaoferowała jednak darmowy deser. Kuszące, ale wkrótce odjeżdżał nasz autobus, więc podziękowaliśmy i zostawiliśmy równe zero napiwku. Lasagna była jednak bardzo dobra, bruschetta też, więc nie skreślam tego miejsca aż tak zupełnie i nawet mogę polecić (-> tutaj), zwłaszcza, że ponoć ich pizza jest obłędna i jedyna w świecie, jednak dla pewności lepiej dwa razy powtórzyć czego się chce. Zauważone na Malcie nie raz zresztą.

Birgu Fest - festiwal świeczek
Zależało nam, by zdążyć na autobus, bo chcieliśmy się dostać do miejscowości Birgu. Tego dnia, czyli 14. października, odbywał się tam bowiem Birgu Fest zwany też festiwalem świeczek. Popularnością dorównuje naszym Wiankom, więc mniej więcej tyle samo ludzi na niego przybywa - tyle, że Birgu jest malutkie. Festiwal trwa zwyczajowo trzy dni, podczas których odbywają się koncerty, pokazy artystyczne, a swoje stoiska rozstawiają restauratorzy, więc jest się czym zająć pomiędzy tym wszystkim. Organizacja jest naprawdę dobra, chociaż dojazd, czy to samochodem czy transportem publicznym, to rzeźnia, masakra i rozpacz wielka. Zwłaszcza w ten jeden wieczór, w który do miasta, jak ćmy do światła, zlatują się niemalże wszyscy z obu wysp. A tej nocy w Birgu jedynym światłem jest blask świeczek ustawionych w oknach, na balkonach, pomiedzy budynkami i w ogóle wszędzie. 
Birgu Fest - festiwal świeczek
I wygląda to naprawdę obłędnie - ok, jasne, te ogromne masy ludzi trochę wkurwiają, ale nie na tyle, by odebrać przyjemność z uczestniczenia w tej pięknej imprezie. Nawet kiedy jakiś gówniak nadepnie nam na stopę i się zaśmieje. Cóż, taki urok imprez masowych. Zbyt wielu zdjęć nie mam, bo ci ludzie wszędzie, bo ciemno, bo aparat już wiekowy, bo obiektyw ciemny... wszystko to prawda, ale po prostu tam było za pięknie na łapanie idealnych kadrów. Chętnie spędzilibyśmy tam cały wieczór, a nawet i pół nocy, ale byliśmy autentycznie wykończeni dniem, więc zwinęliśmy się przed godz. 22. Musieliśmy jeszcze dojechać do Valetty, no a stamtąd do Safi. Z tą pierwszą podróżą nie było łatwo, bo nie do końca wiedzieliśmy gdzie w tym chaosie jest przystanek autobusowy, ale w końcu się udało. Maltański przewoźnik podjął próby sprostania wymaganiom i podstawił linie specjalne za 3€ za przejazd, ale mam wrażenie, że to wciąż było o wiele za mało. Inna sprawa, że pewnie i tak nie mieliby gdzie tych autobusów wcisnąć, bo pół Malty przyjechało do Birgu samochodami. Nagroda miesiąca dla nich.

Dużo tego tekstu już... tutaj więc skończę, a reszta będzie w części drugiej. Już wkrótce. Pogoda za oknem taka, że nic innego nie zostaje, jak po prostu pisać.

Galeria do wpisu jest -> tu.
Read more →