18 kwi 2017

Było - Jest: Berlin (Calling - zwei)

,
East Side Gallery
Rok powrotów i retrospekcji. Tym razem Berlin. Wybraliśmy ten kierunek, bo PolskiBus rzucił pulę tanich biletów na wiosnę i głupio było nie skorzystać. Tym bardziej, że do dziś mam w pamięci moją pierwszą podróż do stolicy Niemców... majówka 2011, nocny pociąg relacji Przemyśl-Szczecin, w Krakowie wszystko zajęte, pół-sen na korytarzu, obok sąsiad pokłócony z prysznicem, po drodze jacyś ludzie wsiadający oknami, do tego na głowy zaskoczonych tym faktem dwóch Maltanek, sakramenckie spóźnienie, i w końcu Szczecin. Oesu. Tam śniadanie w dworcowym barze i przesiadka na pociąg do Angermüne, stamtąd kolejka na Berlin-Gesundbrunnen i w końcu meta. Prawie 16 godzin! I to za jedyne 100 zł. Nigdy więcej, ale za tę kasę większego wyboru nie było. PolskiBus jeszcze nie wystartował, o samolotach można było zapomnieć, a PKP dopiero przygotowywało się na Euro2012 i wciąż tkwiło w radosnych latach 70'. Tym samym nie kryję zdziwienia jak szybko udało im się pozbierać. Może nie jest idealnie, może nawet nie bardzo dobrze, ale w porównaniu z tym co się u nich działo zaledwie pół dekady temu, to naprawdę widać progres. Gdzieś z tyłu głowy mam plan wycieczki do Szczecina, więc może odważę się wypróbować to samo połączenie. Tak dla porównania. I może wyjścia z traumy.

Natomiast dziś dojazd z Krakowa do Berlina to już bajka. Trochę męcząca, bo to jednak wciąż dziewięć godzin w autobusie, ale do przeżycia, zwłaszcza jak się za dwie osoby płaci 30 zł. Dodatkowo wielkie zmiany szykują się na Balicach, bowiem wkrótce na tej trasie do Air Berlin dołączy także Ryanair, co daje nadzieję, że ci pierwsi może w końcu przestaną się wygłupiać z cenami. Pozostaje śledzić sytuację no i lecieć, bo Berlin jest tego wart. I do tego wciąż się zmienia, przebudowuje, rozbudowuje i przekształca, także pomijając główne atrakcje, za każdym razem zastaniemy nieco inne miasto. Dla przykładu obecnie jedną z większych inwestycji w ścisłym centrum jest odbudowa Zamku Królewskiego.

A, i Calling, bo to film ze świetną muzyką, a zwei, bo ein jest -> tu.

Altes Museum, maj 2011
Altes Museum, kwiecień 2017
Brak zmian. Mieszkańcy i turyści nadal korzystają z trawnika - bo mogą - a budynek Altes Museum trwa w niezmienionym kształcie. Nie zwiedzałem ani teraz ani sześć lat temu i ciut żałuję, bo są tam do obejrzenia artefakty pochodzące z Amarny, stolicy Starożytnego Egiptu za panowania jednego z najoryginalniejszych faraonów i prywatnie mojego ulubionego - Echnatona

Brama Brandenburska, maj 2011
Brama Brandenburska, kwiecień 2017
Turystów jest teraz zdecydowanie więcej i na miejscu to bardzo widać. Za czasów istnienia muru mało kto się bramą interesował, a jeszcze mniej osób mogło w ogóle do niej podejść i nawet nie było komu jej odkurzyć. Zabytek źle zniósł te zaniedbania. Po połączeniu się Niemiec brama została otwarta dla ruchu kołowego, trochę jako symbol, trochę ze względów praktycznych, lecz szybko uznano, że bramie się od tego nie polepszy i dziś zarówno brama jak i Plac Paryski, skąd zrobione są zdjęcia, są wyłączone z ruchu kołowego.

Sprewa i Molecule Man, maj 2011
Sprewa i Molecule Man, kwiecień 2017
W tle i nad samą rzeką pojawiło się kilka bloków i biurowców i są to tutaj jedyne zmiany. Rzeźba stoi jak stała. Postawił ją tu w roku 1999 amerykański artysta Jonathan Borofsky, który tłumaczy ją tak: Rzeźba przypomina o tym, że zarówno ludzie, jak i cząsteczki istnieją w świecie rządzonym przez prawdopodobieństwo, a celem wszystkich kreatywnych i naukowych tradycji jest znalezienie całości i jedności na świecie. No dobrze, przytaknijmy i przejdźmy dalej.

Trabant na murze - East Side Gallery, maj 2011
Trabant na murze - East Side Gallery, kwiecień 2017
Ania bardzo chciała zobaczyć East Side Gallery, a ja bardzo chciałem ją tam zaprowadzić. A na miejscu - to. Niestety od listopada 2015 roku większość muru jest udekorowana takim chamskim i tanim ogrodzeniem. Boli jednak nie to, że tę siatkę tam postawiono, tylko, że musiano to zrobić, bo z jakiegoś powodu wiele osób czuło potrzebę zostawienia tam czegoś po sobie, a co bardziej fanatyczni turyści nawet próbowali odłupać coś na pamiątkę. Mural Berlin z pierwszego zdjęcia jakoś to obrazuje, ale on i tak jest w niezłym stanie. East Side Gallery powstało w roku 2009 i wtedy też wszystkie oryginalne murale zostały odrestaurowane i na dzień dobry prewencyjnie pokryte antygraficiarską farbą, ale chyba nikt nie podejrzewał, że nawet to nic nie da. Trabant powyżej został niedawno umyty, ale na necie można znaleźć jego zdjęcia sprzed paru lat. Boli.

East Side Gallery, maj 2011
East Side Gallery, kwiecień 2017
Mur odgrodzony jest z obu stron, a tereny miedzy nim, a rzeką przejęli deweloperzy. Ok, po części. Nie wiem jakie są plany co do pozostałej przestrzeni i kto się do niej przyznaje, ale jak widać jeden bloczek już postawili i wolę nawet nie myśleć ile tam ludzie musieli rzucić eurów za metr kwadratowy. Trochę szkoda, bo jednak stolica Niemiec dość po macoszemu traktuje swoją rzekę, przez co mieszkańcy nie mają zbyt wielu miejsc, by móc się nią cieszyć. Zaplecze East Side Gallery wydawało się być idealnym do tego miejscem, co zresztą widać na zdjęciu sprzed sześciu lat, no ale cóż. Może w przyszłości. Na razie jednak temat pociągnięto w drugą stronę i 'za mną' powstaje teraz kolejny wieżowiec.
Swoją drogą to jakiś chory absurd, by mur trzeba było chronić ogrodzeniem...

Zoo Palast, maj 2011
Zoo Palast, kwiecień 2017
To może coś z Zachodu jeszcze. Jeśli dobrze rozszyfrowałem niemiecki to jest to jedno z pierwszych (albo nawet pierwsze?) kino w Berlinie. Pierwsze projekcje odbywały się w tym miejscu już w roku 1909, ale budynek powstał dopiero sześć lat później. I wtedy to było naprawdę coś. W kolejnych latach organizowano tutaj wszystkie najważniejsze premiery w kraju, a budynek był co chwilę rozbudowywany lub przekształcany. W pewnym momencie na dużej sali było nawet 2758 miejsc - tak przynajmniej piszą w niemieckiej Wikipedii, a jak wiadomo to bardzo rzetelne źródło informacji. W każdym razie - kosmos. Ostatnie poprawki do projektu wprowadzili już jednak alianccy piloci w roku 1943. Obecny budynek powstał w latach 50' i od samego początku do roku 1999 był miejscem wręczania Niedźwiedzi na festiwalu filmowym Berlinale. W latach 2010-2013 budynek był, jak widać, w remoncie, a Berlinale wróciło doń zaraz po jego zakończeniu - w roku 2014.
Co do biurowca w tle - zgaduję, że wkrótce pójdzie do piachu jak jego sąsiedzi z drugiej strony ulicy. Nie sprawdzałem, ale zdaje się być opuszczony i już tylko czeka na pierwsze ekipy wyburzające. Sześć lat temu na pierwszym piętrze od strony dworca Zoo znajdował się McDonald's - dziś są tam puste lokale z wielkimi plakatami, że po Bic Maci zapraszają na przeciwko.

Budapester Straße, maj 2011
Budapester Straße, kwiecień 2017
Pamiętałem, że miałem takie ujęcie, więc pstryknąłem aktualizację. Remont bardzo się temu miejscu przysłużył, chociaż miejscowa zieleń nieco ucierpiała. Swoją drogą plac, z którego zrobione są te zdjęcia, był miejscem tragicznych wydarzeń z 19. grudnia 2016 roku, kiedy najnowsza forma terroryzmu dotarła do Berlina. To trudne. I tak samo trudno mi objąć wyobraźnią i zdrowym rozsądkiem jak bardzo to wszystko było niepotrzebne i pozbawione sensu. I mam tu na myśli wszystko - od motywów, po zamach, aż po późniejsze niektóre reakcje, zwłaszcza prasy polskiej. Tutaj kropka. Dziś pod ścianą kościoła Pamięci Cesarza Wilhelma wciąż palą się znicze.

Kaiser-Wilhelm-Gedächtniskirche
Pojechaliśmy tam właśnie po to, by zobaczyć ten kościół. W roku 2011 pozostałość oryginalnej wieży była w renowacji i schowano ją pod wielkim kartonem, więc nie miałem okazji jej wtedy zobaczyć. Na ironię teraz w pudle znajdowała się nowa wieża. Kościół Pamięci Cesarza Wilhelma został wybudowany pod koniec XIX wieku i zachował swój kształt do roku 1943. Zgaduję, że jego przebudowę nadzorowali ci sami architekci, którzy czuwali nad poprawkami do projektu pobliskiego Zoo Palast. W latach 50' powstała koncepcja nowego kościoła, która zakładała zrównanie starej wieży z ziemią, lecz po wielu debatach wprowadzono poprawki i zostawiono zabytek w spokoju, a nową świątynię wraz z dzwonnicą wybudowano obok. Jedno do drugiego absolutnie nie pasuje i aż dziwne, że powstało, no ale... ej, to w końcu Berlin. Tam nic do siebie nie pasuje, a jednak jakoś to wygląda.
Inną, nazwijmy to szumnie, atrakcją w okolicy, jest KaDeWe, czyli Kaufhaus des Westens, drugie co do wielkości centrum handlowe w Europie. No szał. W roku 2011 nawet się tam chwilę poszwędałem, ale teraz nie było na to czasu. Zresztą była niedziela, a w niedzielę wszystkie sklepy w Niemczech są zamknięte. Nie jestem wielkim zwolennikiem tego typu ograniczeń, jednak sam umiałbym się do tego przyzwyczaić i myślę nawet, że wprowadzenie takiego prawa w Polsce wyszłoby wszystkim na dobre. Część społeczeństwa może nawet odkryłaby w jakim mieście mieszka. Inna sprawa, że przeciętny Niemiec jednak pracuje krócej i do tego nie musi brać nadgodzin czy drugiego etatu, by dociągnąć z godnością do pierwszego. I tym samym ma czas na zakupy w tygodniu.

Dworzec Zoo natomiast kojarzy się przede wszystkim z książką 'My, dzieci z Dworca Zoo'. Sam dworzec jest raczej obskurny i pewnie niewiele się różni od tego przedstawionego przez Christiane F., zwłaszcza jak się przejdzie pod wiaduktem i skręci w prawo. Brr. Chciałem jeszcze znaleźć miejsce po klubie Sound, bez którego istnienia pewnie nie byłoby o czym pisać, ale nie było na to czasu. Gdyby jednak ktoś szukał to jest to parter i tyły bloku przy Genthiner Straße.

Ale po kolei.

Holi-Hotel Berlin
Spaliśmy w Holi-Hotel Berlin, który wypada naprawdę nieźle zarówno pod względem komfortu, czystości jak i ceny. Dobra, może nie wygląda jakoś zabójczo nowocześnie, ale za to śniadania serwują tam genialne. To już chyba kwestia wieku, ale ostatecznie to właśnie komentarze o tamtejszym śniadaniu zadecydowały o zrobieniu w nim rezerwacji. Niestety kontakt z hotelem jest bardzo, bardzo słaby, bo nie odpowiadają ani na maile ani na wiadomości na Facebooku. Niby zostaje stary i dobry telefon, ale tę formę także lubią sobie zignorować. Ale po co w ogóle się kontaktować? Ano po to, bo godziny check-in ustawili sobie na 14:00-18:00, no a my mieliśmy być na dworcu o najwcześniej o 19:00. W praktyce nie ma z tym problemu, bo na miejscu jest restauracja czynna chyba do 21, także ktoś z obsługi zawsze jest. Niemniej potem już naprawdę recepcja pustoszeje i zabawnie może zrobić się na przykład wtedy, kiedy nasza karta magnetyczna nie będzie chciała nas wpuścić ani do budynku, ani na klatkę schodową, ani do pokoju. Trochę się tym raz spięliśmy, odprawiliśmy parę mantr i w końcu się udało. Za takie jaja to ja już wolę tradycyjne klucze. W sumie trochę moja wina, bo już wcześniej widziałem, że z tą kartą jest coś nie tego i nie zawsze działa jak należy, więc w sumie mogłem to zgłosić. No ale po co? Przecież zawsze w końcu otwiera. Poza tym obsługa na miejscu, jak już jest, to jest super.

Brama Isztar, może nie widać, ale to jest naprawdę duże
Dwa dni z hakiem to mało na Berlin. Większość przyjezdnych oblatuje wszystko co w przewodniku podkreślili jako must-see, a potem wjeżdża na wieżę telewizyjną i podziwia efekty. No i tak właśnie zrobiliśmy. Ania nie była wcześniej w Berlinie i bardzo chciała wejść do Pergamonu obejrzeć Bramę Isztar, więc to muzeum odhaczyliśmy jako pierwsze. A tam same cuda. Na przełomie XIX i XX wieku tereny dzisiejszego Iraku były eksplorowane przez wielu niemieckich archeologów, którzy w pojedyncze rzeźby czy kamienie się nie bawili, tylko ze swoich stanowisk wywozili wszystko co się dało, bez względu jak wielkie było i jak dużo ważyło. Wnioskuje po samej bramie, która jest o-gro-mna! 14 metrów wysokości, 30 szerokości, a do tego dochodzą mury do niej wiodące, które także zrekonstruowano w muzeum. W środowisku naturalnym na pewno prezentowałaby się lepiej i choć wierna rekonstrukcja stoi w Babilonie, to specjalnie nie pali mi się ją oglądać. Może kiedyś. 
Aszurbanipal na polowaniu
W innej sali mamy wiernie zrekonstruowany front świątyni z Miletu. Oryginału jest około 60%, ale i tak sprawia miłe wrażenie. Moją uwagę zwróciły jeszcze niewielkie fragmenty asyryjskich płaskorzeźb sprzed 2,5 tys lat przedstawiających polowanie na lwy. To jednak tylko taka kartka z zeszytu, bo znacznie więcej zobaczymy w londyńskim British Museum. Prywatnie to tam mój numer jeden i zachwyca mnie od pierwszej wizyty do dziś. Z fajniejszych rzeczy jest jeszcze kopia Kodeksu Hammurabiego oraz tzw. Pokój z Aleppo na pierwszym piętrze. Jest tam pokazany świat arabski, ale dość chaotycznie, więc właściwie tylko tamtędy przebiegliśmy. Muzeum warte zobaczenia, chociaż żałuję, że Ołtarz Zeusa z Pergamonu nie był dostępny dla zwiedzających. Tip ode mnie taki, że dobrze być tam wcześniej niż później. My byliśmy nieco po 11 i już zeszło nam około 20 minut w kolejce. 
U-Bahn przy U Görlitzer Bahnhof
Ale to nie nasza wina. Mieliśmy tam być zaraz po godzinie 10, ale S-Bahn z dworca Lichtenberg dojeżdżał w weekend tylko do Ostbahnhof, czyli o dwie stacje za blisko. Berlin ma komunikację doprowadzoną niemal do perfekcji i jeśli coś tam szwankuje to są to informacja i oznaczenia. Bez planu S-Bahn i U-Bahn nie ma sensu w ogóle wychodzić na miasto. Są pojedyncze mapki na stacjach i wagonach, ale to mało. Na wielu stajach nie ma też wystarczającej ilości oznaczeń odnośnie kierunku, w którym dany U- czy S-Bahn jedzie, w sensie, które stacje ma za sobą, a które przed sobą. Trzeba więc znać stację końcową, by dobrze wsiąść. Może czepiam się ideału, ale dużo jeździliśmy i wiele razy nas to irytowało. Przynajmniej nie musieliśmy się za każdym razem martwić o bilet, bowiem zaraz po przyjeździe kupiliśmy 72-godzinną CityTourCard, która rozwiązywała nam wszystkie transportowe problemy. Ok, to jest jednorazowy koszt prawie 24€, ale nie opłaca się jej nie mieć. Ponadto daje 3,5€ zniżki przy wjeździe na wieżę telewizyjną.

Tramwaje przy Alexander Platz
Skoro już jestem przy transporcie... no tak, Berlin ma tramwaje. Jakżeby inaczej? Do tego ma ich całkiem sporo, a tamtejsza sieć jest pod względem długości trzecią na świecie, a i tak tylko obejmuje tereny Berlina Wschodniego. Tramwaje w Berlinie Zachodnim nie przetrwały mrocznego okresu lat 50' i 60' i zastąpiono je autobusami oraz rozbudowanym systemem metra. Po zjednoczeniu nie zdecydowano się już na odbudowę, a tylko zmodernizowano i wydłużono niektóre odcinki. Ten proces trwa zresztą do dziś i co jakiś czas w Berlinie oddaje się do użytku jakiś nowy odcinek linii tramwajowej. Tabor również się zmienia. Obecnie po centrum jeżdżą głównie nowoczesne, wygodne i całkowicie niskopodłogowe Bombardiery, ale na niektórych liniach wciąż można jeszcze spotkać stare czechosłowackie Tatry KT4. Dla nich to już jednak ostatni dzwonek, bo z tego co widziałem w necie całe ich zastępy stoją w zajezdniach i czekają na wysyłkę do innych miast. Część pewnie trafi do Szczecina, którego MPK już wcześniej robiło tam zakupy.

Koncert na Urban Spree
Tak jeżdżąc w kółko tam i z powrotem wielokrotnie przejeżdżaliśmy przez stację Warschauer Straße, więc w końcu tam wysiedliśmy. Sześć lat temu szukałem w tamtych okolicach klubu Suicide Circus, który zresztą istnieje do dziś i otwiera się o podobnie niedorzecznej godzinie. Tym razem ten barak w ogóle mnie nie interesował, ale byłem ciekawy, czy coś się zmieniło w jego najbliższej okolicy. I owszem - tak. I to bardzo na plus. Ok, nie ma też co słodzić bez sensu - okolica wciąż wygląda słabo, wszędzie są ruiny, baraki całe w graffiti, gruz, walające się śmieci i ćpuny, ale i tak jest o parę klas wyżej niż te parę lat temu, kiedy trochę strach było tamtędy przejść. Jeden z budynków zagospodarowano na galerię sztuki i księgarnię (głównie z albumami o graffiti), a na placyku powstały puby i mała gastronomia. Naprawdę świetna sprawa. Miejsce nazywa się teraz Urban Spree i właściwie przez cały weekend coś tam się dzieje; są koncerty, przyjemna atmosfera, można napić się piwka oraz coś zjeść. My przycupnęliśmy tam na dłużej dopiero wieczorem przy piwkach za 3€. Tyle, że same piwka to jednak mało. Na miejscu jest jakaś hiszpańska gar-kuchnia, ale z Anią staraliśmy się nie siedzieć w jej pobliżu i raczej poszukać sobie czegoś innego. Z innych rzeczy były jednak już tylko naleśniki. Już lepiej, ale też nie. Wyszliśmy więc poza teren imprezy i to był błąd, bowiem później wstęp był już płatny. Nie wiem ile, bo po zjedzeniu w knajpie obok już nie wróciliśmy. Było późno, a my zmęczeni dniem, więc zeszliśmy tylko na ten straszny dworzec Warschauer Straße i wróciliśmy do hostelu. Miejsce jednak super i w końcu jest się gdzie zaczepić wieczorem.

Gedenkstätte Berliner Mauer i fragment 'pasa śmierci'
Innym fajnym miejscem do spędzania czasu jest Mauerpark przy Bernauer Straße. Właściwie pojechaliśmy tam, bo w pobliżu znajduje się Berlin Wall Memorial (Gedenkstätte Berliner Mauer), który także chcieliśmy zobaczyć. Jest tam ogrodzenie imitujące mur, galeria zdjęć z tego podłego okresu, oraz miejsce poświęcone ludziom, którym ucieczkę na Zachód brutalnie przerwano. Trochę dalej znajdziemy fragment oryginalnego muru oraz wieżę z widokiem na odtworzony 'pas śmierci'. W pewnym sensie jest to wartościowa i potrzebna atrakcja turystyczna, ale mimo wszystko mi było trochę nieswojo. Po prostu. Fragmenty po dawnej granicy można zresztą znaleźć nie tylko tam. W parku Schlesischer Bunch stoi nawet wieża strażnicza.
Flohmarkt
Na naszej mapie zaznaczony mieliśmy także Flohmarkt, a że oboje z Anią lubimy w takich miejscach grzebać to poszliśmy zobaczyć. To była niedziela, do tego piękna, ciepła i słoneczna (a teraz patrzę jak za oknem prószy śnieg...), więc ludzi było w... bardzo dużo. Przejrzeliśmy więc tylko kilka fajniejszych rzeczy - jakieś meble, ciuchy, trochę biżuterii, to Ania, no i monety oczywiście, to ja, i niczego nie kupując poszliśmy rzucić okiem na ten Mauerpark. Nogi nam już odpadały, więc wspięliśmy się na górkę i usiedliśmy wśród piknikujących tam berlińczyków. Z góry też fajnie było widać co się wokół dzieje. A działo się całkiem sporo. Ludzi mnóstwo, niektórzy śpiewają, inni grają, ktoś coś tam skręca z drutów i kabelków i to sprzedaje, byli też i tacy, którzy protestowali swoje poglądy, ale większość jednak przyszła tam się odstresować, wypić piwko, dwa, lub sześć i to pod chmurką - bo mogą - a także coś zapalić, choć tego akurat już nie mogą. I nikt nie ma z tym problemu, nikomu to nie przeszkadza, nikt się też tam nie leje, nie wprowadza patologii, którą nasi światli przywódcy i stróże prawa na wysokich stanowiskach tak gorliwie przepowiadają.
Mauerpark, kiedyś 'pas śmierci'
Nie rozumieją bowiem, że karać należy nie za samo picie, a za pijaństwo. Granica między jednym, a drugim jest na tyle widoczna, że nikt nie powinien mieć problemu z rozróżnieniem tych dwóch stanów, a i tak u nas robi się dokładnie na odwrót. Dla przykładu na Plantach można zarzygać ławkę i radośnie sobie w tym potem leżeć, ale za jedno czy dwa piwka jest już mandat. Z drugiej strony w Berlinie można praktykować i jedno i drugie właściwie wszędzie i o dowolnej porze dnia, co w rezultacie też nie jest przecież najlepszym rozwiązaniem. A w Mauerpark po piwo nie trzeba nawet wstawać, bo prawdopodobnie wcześniej czy później samo do nas przyjdzie. Jak lody na plaży. My z oferty piwa wędrownego w końcu nie skorzystaliśmy, ale obojgu chodziła po głowie myśl, jak rozwiązali tam kwestię toalet, bo choć przestrzeń tam wielka, to żadnej nie widzieliśmy. Gastronomii zresztą też, więc opuściliśmy ten lokal i pojechaliśmy coś zjeść. Ostatecznie padło na krewety w hiszpańskiej restauracji zaraz przy Checkpoint Charlie. Były bardzo w porządku, akurat krewetki bardzo lubię, ale Berlin oferuje też i lepsze rzeczy.

No dobra, to co mieliśmy na liście udało się odhaczyć, więc został nam tylko wjazd na wieżę telewizyjną. Już tak mam jak Obeliks - lubię punkty widokowe. Bilet standard to 14€, z CityTourCard 10,5€. Przyjemna nowina, mniej przyjemna to ta, że na swoją kolej trzeba czekać półtorej godziny. Za dużo, by siąść i poczekać, za mało, by coś konkretniejszego zrobić. Po szybkiej kalkulacji wyszło nam, że najlepiej zrobimy, jak podjedziemy sobie do Dworca Zoo zobaczyć te ruiny kościoła Wilhelma, sam dworzec, KaDeWe i coś tam jeszcze i wrócimy akurat na czas. S-Bahn w tamtą stronę nie kursował, więc zostawał U-Bahn, ale to już wycieczka na 21 minut w jedną stronę, a nie 12... O czizas, jak sobie o tym teraz pomyślę, to chciałbym mieć takie zmartwienia w Krakowie.
Widok na Szprewę i Wyspę Muzeów
Wieża natomiast super. Udało nam się z tym półtoragodzinnym czekaniem, bo wyjechaliśmy akurat na zachód słońca. Mieliśmy więc śliczny widok na ciągnący się aż po horyzont oświetlony zachodzącym słońcem Berlin. I to robi wrażenie. Przyznaję - to kawał miasta, w który można się wpatrywać bez końca. Cóż, mimo wszystko jest jednym z największych w Europie. I nawet bez kompasu widać, gdzie jest wschód, a gdzie zachód. Będąc w kuli zapoznajemy się też z historią budowy, archiwalnymi zdjęciami i filmami, ale mamy także restaurację i bar. Bar jest na poziomie dostępnym dla motłochu, ale do restauracji, która jest trochę wyżej, trzeba mieć już nieco droższy bilet. Skoro trafiliśmy tam o tak pięknej porze dnia to musieliśmy uczcić zarówno to i jak i całą wycieczkę małym piwkiem. I to był wieczór idealny.

Królik, który nie chciał pozować
Kolejny dzień był już dniem powrotu, ale autobus odjeżdżał dopiero w południe, więc zaraz po śniadaniu - świetnym jak zawsze - pojechaliśmy do centrum zrobić ostatni spacer po Berlinie. Z kolejki wysiedliśmy na Alexander Platz i wolnym krokiem poszliśmy w stronę Bramy Brandenburskiej. Tam raz jeszcze przyjrzeliśmy się pomnikowi Pomordowanych Żydów Europy oraz blokom wybudowanym na bunkrze Hitlera, które są zaraz obok. Jest nawet informacja, że to właśnie tam, ale mają ją usunąć, bo wciąż przyciąga wypaczony umysłowo element, a tego w ostatnim czasie jest jakby więcej. Ostatnim miłym akcentem, takim typowo berlińskim, był królik, którego Ania zauważyła na jednym z trawników w pobliżu Placu Poczdamskiego. Prawdopodobnie był to potomek dzikich królików żyjących w 'króliczym raju', czyli w strefie śmierci pomiędzy murami, gdzie przez większość czasu nikt ich nie niepokoił. Po upadku muru podjęto się masowej eksterminacji populacji dzikiego królika, ale jak widać trochę z nich jeszcze przetrwało. Polski dokument o tym fenomenie, nominowany do Oskara zresztą, można znaleźć w necie. Niecała godzina z życia, a warto. Nie tylko ze względu na króliki, ale przede wszystkim na sam Berlin.

Galeria do notki jak zwykle na Photobucket -> tu. Już chyba serio ostatni raz... Powoli tracę do nich cierpliwość.
Read more →

5 kwi 2017

Było - jest: Rzym

,
Rzymskie Fiaciki 500
Uwielbiam to miasto. Pomimo wszystkich jego wad i wkurzających rozwiązań, wciąż do niego wracam. Nawet nie po to, by zwiedzać, lecz po prostu by łazić bez celu i pchać się w różne tamtejsze dziury, które niejedną epokę już widziały. Bo Włochy i Włosi to jedno, ale Rzym i Rzymianie to coś zupełnie innego. I tym razem do Wiecznego Miasta poleciałem ze swoją Anią. Do tego mamy to szczęście, że mieszkają tam nasi znajomi, także zawsze... no, powiedzmy, że prawie zawsze, możemy się u nich zaczepić na krótką chwilę. Zresztą to ci sami, których kiedyś już odwiedziłem jak mieszkali jeszcze w Padwie. Przeprowadzili się. I dobrze.

Panteon w kwietniu 2008
Panteon w marcu 2017
Budowla stoi tu już prawie dwa tysiąclecia, więc brak zmian jakoś bardzo nie zaskakuje. Może tylko turystów było nieco więcej, co zresztą widać. Ciekawe czy im też Panteon myli się z Parteonem. Ja chyba nigdy nie przestanę się mylić. W kadrze widoczny jest także radiowóz Carabinieri, którzy zresztą od zawsze byli stałym elementem krajobrazu. Teraz są nim nie tylko oni, ale do tego jeszcze dojdę.

Zamek św. Anioła, Most św. Anioła i rzeka Tyber w kwietniu 2008
Zamek św. Anioła, Most św. Anioła i rzeka Tyber w marcu 2017
Różnicę to tu widać w ostrości zdjęcia. No cóż. Trochę ucywilizowano drogę dla rowerów wzdłuż rzeki, poza tym zmian brak. Ten widok jest jednym z moich ulubionych w Rzymie, natomiast sam Castel Sant'Angelo nie jest jakoś super ciekawy. Można wejść, ale zachwytów nie będzie. Moim zdaniem jego największą zaletą jest położenie, a co za tym idzie fantastyczny widok z dachu na rzekę i Watykan. Mauzoleum Hadriana, bo i z taką nazwą można się spotkać, powstało mniej więcej w tym samym czasie to Panteon, tj. w I połowie II wieku, a obie te budowle zawdzięczamy wywołanemu wyżej cesarzowi Hadrianowi. Nie tylko był pierwszym cesarzem Rzymu z brodą, ale sporo po sobie zostawił. Wspominałem już o nim przy okazji pobytu w Newcastle, bo nawet tam się zaznaczył.

Koloseum, grudzień 2007
Koloseum, marzec 2017
Tu różnicę widać od razu. Teraz nie padało. W roku 2011 ogłoszono, że Koloseum czeka remont. Pieniądze na ten cel wyłożyła osoba prywatna, właściciel firmy Tod's, co było powodem opóźnienia całej imprezy o ponad dwa lata. No bo jak tak od kogoś brać? Nie godzi się! W roku 2014, kiedy wizytowałem rzymskich znajomych ostatni raz, spora część amfiteatru była zakryta rusztowaniami, ale gdzieniegdzie już było widać efekty. Oficjalnie remont zakończył się w roku 2016, jednak na małym fragmencie wewnątrz wciąż widać toczące się prace. Z zewnątrz Koloseum jest już wyczyszczone i prezentuje się o wiele lepiej niż te dziesięć lat temu. Przede wszystkim cofnięto i obniżono wewnętrzne ogrodzenie, które teraz nie rzuca się już tak w oczy, ale niestety w zamian postawiono zewnętrzne. No, ale to już inna historia. 
Gdyby ktoś nie wiedział: Koloseum jest jednym z trzech najlepiej zachowanych rzymskich amfiteatrów. Pozostałe dwa znajdują się w Puli oraz w Al-Dżamm. Pulę mam już za sobą, ale Tunezję wciąż na horyzoncie. Za to Ania ma już teraz komplet.

Piazza del Popolo w kwietniu 2008
Piazza del Popolo w marcu 2017
To mój ulubiony plac w Rzymie. Mieści się trochę na północ od całej reszty atrakcji, ale wciąż w odległości spacerowej od na przykład Schodów Hiszpańskich. Znajdujący się w środku egipski obelisk został wzniesiony w starożytnym Heliopolis za panowania Ramzesa II, czyli gdzieś w XIII wieku przed naszą erą. W 10 roku p.n.e., czyli już po podbiciu Egiptu przez Rzymian, trafił on do Rzymu gdzie stanął w Circus Maximus. I pewnie stałby tam do dziś, gdyby nie urzędujący w XVI wieku papież Sykstus V, który zadecydował o przeniesieniu pamiątki na Piazza del Popolo. Gdzieś w pobliżu - może przy Via del Babuino lub pobliskiej via Margutta - znajduje się typowo włoska, rodzinna restauracja pełna miejscowych. Zdarzyło mi się tam trafić w roku 2007, ale już pół roku później nie udało mi się jej znaleźć. Tym razem nawet nie szukaliśmy, ale wierzę, że wciąż tam jest.

Kopuła Bazyliki Świętego Piotra, kwiecień 2008
Kopuła Bazyliki Świętego Piotra, marzec 2017
W końcu widać jakieś zmiany! Po lewej powstał nowy bloczek. Ale to tyle z nowości. W tym kierunku Rzym raczej się nie zmienia.

Vittoriano, kwiecień 2008
Vittoriano, marzec 2017
Symbol Rzymu i Włoch - Ołtarz Ojczyzny, pomnik Wiktora Emanuela II albo Vittoriano. Takie nazwy podaje mi Wikipedia. W oryginale też ładnie, bo Monumento nazionale a Vittorio Emanuele II lub Altare della Patria. Tutaj widzimy całość od tyłu i z dość dużej odległości. I ja właśnie o tej odległości chciałem napisać. Zarówno to zdjęcie jak i widok na kopułę bazyliki watykańskiej zostało zrobione z mniej więcej tego samego miejsca, tj. Giardino degli Aranci - ogrodu pełnego pomarańczy. I rzeczywiście jest ich tam sporo, nawet w marcu. Zresztą te rzymskie pomarańcze owocują właśnie w zimie. Co ciekawe w ogóle ich nie zbierają, a te, które możemy kupić w sklepie są zazwyczaj z Hiszpanii. Ponoć tak taniej.

Kopuła bazyliki widziana przez dziurkę w drzwiach
Ale nie ciągnąłem tam Ani dla pomarańczy. Park ten jest świetnym punktem widokowym na meandrujący poniżej Tyber oraz cały Rzym i jak widać warto się doń pofatygować. Poza tym, jak nie przede wszystkim, obok znajduje się Piazza Dei Cavalieri Di Malta, plac Kawalerów Maltańskich, przy którym ci mają swój zakon. Wejście do ich ogrodów blokują spore i masywnie wyglądające drzwi, które zaraz przy klamce mają dodatkową dziurkę - Il Buco Della Serratura - i kiedy przez nią spojrzymy ukaże nam się widok na otoczoną zielenią kopułę bazyliki Św. Piotra w Watykanie. Symetryczna perfekcja. Drzwi te bardzo łatwo znaleźć, bo przeważnie stoi tam niemała kolejka widoczna już z wejścia do ogrodu z pomarańczami. My mieliśmy szczęście, gdyż jedynymi zwiedzającymi była wycieczka niemieckich emerytów, więc szybko się dopchaliśmy. Natomiast w roku 2008 okolica była zupełnie pusta, a sama atrakcja, choć znana, mało popularna.

Fontana di Trevi, marzec 2017
"Kiedy tylko ukazała się moim oczom od razu wiedziałem, że jest to najśliczniejsza i najwspanialsza rzecz do zobaczenia w Rzymie (i nie ważne, że leje, że grudzień, że ludzi w chuj, choć leje i grudzień przecież). Przez chwilę nawet żałowałem, że nie jest rok 1960 i nie ma tam Anity Ekberg". Tak napisałem ponad dziewięć lat temu i zeznania te podtrzymuję. Później widziałem jeszcze wiele innych fontann, i tych w Rzymie i tych gdzie indziej, jednak wciąż obstaję przy swoim - fontannę di Trevi nie tylko trzeba, ale wręcz należy zobaczyć, bo jest to ideał pod każdym względem. Ludzi co prawda na oko tyle samo, zwłaszcza popołudniu i wieczorem, a z pogodą bywa różnie, jednak co by się nie działo, to będąc w Rzymie nie wolno opuścić tego miejsca. Anity Ekberg już na pewno tam już nie zobaczymy, Audrey Hepburn również nie zajrzy do pobliskiego zakładu fryzjerskiego, ale nawet i bez tych gwiazdek to miejsce błyszczy.

Łowienie monet z fontanny di Trevi
Jak wiadomo do fontanny należy wrzucić pieniążka. Luca, mieszkaniec miasta, mówił, że dziennie turyści wrzucają tam nawet do 500€. Internet jednak podpowiedział, że może być tego nawet sześć razy więcej. Jeśli tak, to dawałoby to ponad milion eurasów rocznie. Sporo. Obecnie pieniądze zabiera tamtejszy Caritas, który przeznacza je na żywność dla najbiedniejszych i na prowadzenie jakiegoś taniego supermarketu. Rok temu media donosiły, że rzymski magistrat planuje zakończyć połowy Caritasu i rozpocząć swoje, ale tematu nie pociągnięto i dziś chyba dalej całą kasę przejmuje kościół. No ale, zastanawiało może kogoś jak wyciągają te pieniądze z fontanny di Trevi? Bo tak szczerze mówiąc to mnie nigdy, ale chcąc nie chcąc byłem tego świadkiem to opowiem. 
Łowienie monet z fontanny di Trevi
Gdzieś przeczytałem, że monety wyławiane są trzy razy w tygodniu; w poniedziałek, środę i piątek między godziną ósmą, a dziewiątą rano. I to by się nawet zgadzało, bo my akurat oglądaliśmy to w piątek jakoś po dziewiątej. Do zebrania tamtejszej fortuny potrzeba kilku chłopa i paru szczotek, za których pomocą panowie usypują z monet wielką kreskę, którą następnie wciąga odpowiednio duży pompo-odkurzacz. Podczas całej operacji co najmniej jeden operator szczotki może poczuć się jak wspomniana sławna Szwedka i pląsać sobie po całej fontannie. Nie wydaje mi się jednak, by mogło to trwać tylko godzinę, ale nie sprawdzałem, bo ile w końcu można patrzeć na facetów brodzących w fontannie? I już nawet nie ważne jak piękna by ona nie była. Zresztą na czas połowów i tak jest wyłączona.

Ania była w Rzymie pierwszy raz, więc chcieliśmy zobaczyć wszystko co jest na liście must see, czyli Forum Romanum, Schody Hiszpańskie, Piazza Navona, Campo de' Fiori  i co tylko jeszcze się uda. Mnie jeszcze interesowały rzymskie tramwaje, bo pomimo tego, że byłem tam wcześniej trzykrotnie i nawet tramwajem podróżowałem, to w swoim archiwum nie znalazłem ani jednego zdjęcia z tym środkiem transportu. Dla formalności - zaległości nadrobiłem i to parokrotnie. Ale drążyć tematu nie będę. Uff.

Campo de' Fiori
Przez Campo de' Fiori tylko przeszliśmy, gdyż było już po wszystkiemu i z kwiatów zostało tylko jedno stoisko, natomiast na reszcie placu walały się już tylko śmieci i jacyś francuscy gimnazjaliści. Znacznie lepiej przyjęliśmy Piazza Navona i tamtejszą fontannę czterech rzek. Zresztą chyba pierwszy raz dane mi było ją zobaczyć. Wcześniej musiała być w remoncie. Forum Romanum to klasa sama w sobie, ale na dłuższą metę trochę męczy. Plus taki, że wchodzimy tam mając bilet z Koloseum. Rozczarowujące były tylko Schody Hiszpańskie, bowiem w marcu są zupełnie pozbawione zdobiących je kwiatów. Ja wiem, że to zabytek sam w sobie, tyle historii, takie piękne i w ogóle, ale bez tych kwiatów tracą swój efekt wow, przez co stają się po prostu zwykłymi schodami. Mimo wszystko spędziliśmy tam chwilę siedząc wśród tłumu, bo to wciąż przyjemna okolica. Po chwili poszliśmy jednak dalej. I tak doszliśmy do Largo di Torre Argentina, miejsca kolejnych antycznych ruin, gdzie według wielu został zamordowany sam Juliusz Cezar, które dziś służy jako schronienie dla bezdomnych kotów. Tych nikt nie zamierza mordować, a wręcz przeciwnie - koty są karmione, szczepione i sterylizowane. 

Via Giulia
Kwestie jedzenia rozwiązywaliśmy na miejscu. Miałem pewne typy, ale w końcu wchodziliśmy tam, gdzie czuliśmy, że można dobrze zjeść. Chciałem poszukać tej knajpki w pobliżu Piazza del Popolo, ale byliśmy tam rano, więc nie za bardzo miało to sens. I tak naprawdę na mieście dobrze zjedliśmy tylko w wieczór zaraz po przylocie. Znajomi wzięli nas do znajomej knajpki w swojej dzielnicy - Quadraro. Miejsce nazywa się La Pizzetteria, ma adres Via Vestricio Spurinna 53, i podaje pizzę idealną. Co więcej nawet we wtorek wieczór trzeba rezerwować stolik. Inna sprawa, że tych nie ma tam zbyt wielu. Szału oczywiście nie ma, o złotych sztućcach czy dopasowanych do piwa kuflach można zapomnieć. Zarówno kubki jak i talerze są plastikowe, a serwety z papieru, chyba nawet pakunkowego, ale co z tego, kiedy za 3 idealne włoskie placki i 2 duże piwa płaci się 30€? Tyle, że to jedyna atrakcja w okolicy. W centrum jest już trudniej. Pierwszego dnia jedliśmy dość blisko Panteonu i nawet nieźle wybraliśmy, bo nasze gnocchi były naprawdę dobre, ale dzień później poszło nam już gorzej, bo wylądowaliśmy na nie mniej turystycznym Trastevere, gdzie choć pizza była w porządku, to makaron był tak al dente, że prawie chrupał. Nawet ichniejsze wino ich nie wybroniło. Chociaż i tak najlepszy był tam kelner, który zamiast podać nam rachunek poszedł sobie do domu. Dzień uratował nam Luca, który w domu zrobił sepię (po naszemu to chyba mątwa zwyczajna) w sosie pomidorowym z makaronem. Coś genialnego.

W temacie około gastronomicznym pojawia się jeszcze jedna irytująca rzecz. Rzym odwiedza coś koło ośmiu milionów ludzi rocznie. Niektórzy są na jeden dzień, inni są z pielgrzymką, jeszcze inni zostają na tydzień i łażą po muzeach. To jednak nie ma znaczenia. Nieważne po co się do Rzymu przyjechało, bo i tak wcześniej czy później pójdzie się w końcu coś zjeść i coś wypić, by potem móc znów ruszyć w drogę czy gdzie tam. A potem bywają takie sytuacje, że się żałuje, że nie zostało się w restauracji chwilę dłużej, bo to rozwiązałoby problem pęczniejącego teraz pęcherza. Bo w Rzymie praktycznie nie ma publicznych toalet. Jeśli jesteśmy przy Koloseum to nawet mamy szczęście, bo jeśli idziemy zwiedzać, to w środku znajdziemy także toalety. Trochę straszne, ale są. Jeśli jednak nie wybieramy się do Koloseum, to cywilizowane sikanie gwarantuje pobliska stacja metra Colosseo, z tym, że... toalety są ZA bramkami. Więc jak nie mamy biletu, to musimy sobie takowy kupić (1,5€), a potem wydać dodatkowe pół euro na toaletę. Brilliant. Publiczne toalety gdzieś są, ale jest ich mało. Jedna na pewno jest w parku przy Castel Sant'Angelo, ale czynna tylko do godziny 18. Słyszeliśmy, że w centrum wystarczy pytać w restauracjach i będzie dobrze, bo miasto im za to płaci. Źle! Prawda jest tu taka, że restauratorzy nie mają absolutnie żadnego obowiązku udostępniać nam swoich toalet jeśli u nich nie jemy. Mają nawet na to sądowy papier. Sami spotkaliśmy się z 'only for customers' lub ze zwykłym 'no', ale też i 'sure' i 'no problem'. Zależy jak się trafi, więc trzeba próbować. Zresztą czasem nie ma się wyboru. Dobrze też znaleźć jakiegoś McDonald'sa czy inny fast-food, tylko... no heloł, to Włochy, tego tam nie ma za wiele. To trochę niebywałe, że starożytni Rzymianie ogarnęli temat kanalizacji, a współczesnych przerasta problem publicznych toalet.

Wojskowa blokada na Via dei Fori Imperiali
Na moich zdjęciach nie widać zmian. Ale to tak specjalnie. Rzym jednak się zmienił, co nie tylko widać, ale i czuć. W latach 2007, 2008, ale i w 2014 w oczy rzucali się jedynie jeżdżący sobie nonszalancko pomiędzy turystami w swoich Alfach Carabinieri, którzy spod przyciemnianych najmodniejszych okularów puszczali oczka do co ładniejszych turystek. Dziś dalej jeżdżą, ale nie widzi się już tej ich swobody. Poza tym są obecnie jedną z wielu służb na mieście i już nie robią na nikim wrażenia, bo większą uwagę przykuwają stojące przy każdej atrakcji turystycznej pancerne wozy wojskowe i pilnujący wszystkiego żołnierze z długą bronią. Ania zwróciła nawet uwagę, że oni nie stoją sobie ot tak, machając bronią, nudząc się, czy lampiąc się w telefony. Nie, oni cały czas pozostają czujni. I ten widok sprawia, że naprawdę czuć zmiany. Ulica łącząca Piazza Venezia z Koloseum - Via dei Fori Imperiali - od roku 2013 jest zamknięta dla ruchu kołowego i poruszać się po niej mogą tylko autobusy komunikacji miejskiej oraz rowery. Nie wiem jak z taksówkami, ale chyba też nie przejadą. Rzymskie Wakacje musiano by więc teraz kręcić gdzie indziej. Ale i tak mimo wszystko zarówno przy Koloseum, jak i nieco dalej w stronę Forum Romanum, stały wojskowe blokady uliczne. Akurat te dni poprzedzały sześćdziesiąte urodziny Traktatów Rzymskich, więc tym bardziej wszystko w mieście stało na głowie i każda służba była w stanie najwyższej gotowości, ale ci żołnierze i tak stoją tam na co dzień. Tam oraz na każdej stacji metra. Z jednej strony naszły mnie dobre myśli, bo ta obecność wojska to dowód na to, że w Rzymie i w ogóle we Włoszech wiedzą o zagrożeniach z jakimi musi dziś mierzyć się Europa i tego nie bagatelizują, ale z drugiej, że to wojsko to jednak nie tylko prewencja, ale autentyczna obawa i świadomość, że taki zamach jak w Paryżu, Berlinie czy Londynie może się tu wydarzyć w każdej chwili. I ta myśl, że włoskie służby na pewno mają na celowniku konkretne osoby, które mogłyby się tego dopuścić, nie daje mi spokoju do dziś. Uspokaja tylko fakt, że Włosi są akurat przećwiczeni z zamachów, bo już to przechodzili w okresie lat ołowiu i to wielokrotnie.

Tramwaj SOCIMI przy Piazza Vittorio Emanuele II
Trochę gorzko i smutno zrobiło się na koniec. Nic nie poradzę, takie czasy. Dam więc zdjęcie starego tramwaju obok. Mimo wszystko nie można dać się zwariować i z tego powodu odpuścić sobie wycieczkę do Rzymu. Marysia, żona Luci i koleżanka, u której byliśmy, mówi, że Rzym ma opinię podobną do Indii - jak się było raz to albo chce się ciągle wracać albo już nigdy więcej. I coś w tym jest. Z jednej strony mamy stare i bogate w historię miasto, które samo w sobie jest niemalże jak państwo w państwie (pomijając już fakt, że rzeczywiście zawiera w sobie odrębne państwo) z własną kulturą, ogromem zabytków i mnóstwem innych ciekawych miejsc, a z drugiej strony mamy irytująco przeludnioną, gorącą, głośną i niestety dosyć brudną metropolię, gdzie nawet nie ma gdzie usiąść, bo nigdzie poza parkami nie ma ławek. No i do tego dochodzi ten brak toalet i olewający nas kelnerzy. To wszystko jest irytujące, ale ja jestem zdecydowanie bliżej tych powrotów, bo choć tak bardzo wkurzają mnie i te tłumy, i te śmieci, i ten hałas, to po prostu uwielbiam to miasto. To już taka trudna miłość.

Galeria do notki jak zwykle na topornym photobucket -> tu
Read more →

29 mar 2017

Lwów

,
Opera Lwowska
Saab340a linii SprintAir w Radomiu
Temat radomskiego lotniska mamy już omówiony. Po odczekaniu swojego wsiadłem do wiekowego Saaba 340a należącego do linii SprintAir. Tego dnia do Lwowa poleciało jedenaście osób: ośmioro pasażerów, piloci i nieco znudzona stewardessa, która po starcie wręczyła wszystkim po Princessie i wodzie do picia. Samolot może i był już nieco stary, rocznik 1989 w końcu, ale w stanie nadającym się do pokazania. Tak, w środku również. Bo tak naprawdę to nie wiek stanowi o stanie samolotu. W końcu Air Force One jest niewiele młodszy. Wspomnienia z lotu ze SprintAir będę miał całkiem dobre - wszystko miło, szybko, sprawnie i o czasie. Perfekt. Po jakichś trzech kwadransach od startu oglądałem już Lwów z lotu ptaka. Lwowskie lotnisko dostało nowy terminal z okazji Euro2012. Tyle dobrego. Jest wielki, zupełnie nijaki i jak na na razie dosyć pustawy. Mimo wszystko może pochwalić się kilkoma prestiżowymi kierunkami jak Monachium, Wiedeń czy Stambuł i ponad 730 tysiącami obsłużonymi pasażerami w roku 2016. Ale to się pewnie wkrótce zmieni, gdyż już za moment, choć dość nieśmiało, do Lwowa wraca WizzAir, natomiast na jesieni uderzy Ryanair i to z aż siedmioma kierunkami (w tym Kraków i Wrocław) i dopiero wtedy zacznie się coś dziać. Trochę szkoda, że stary terminal - typowo sowiecka architektura - odszedł w cień. Ukraina próbuje otwierać się na zachodniego turystę i między innymi takim terminalem mogłaby się pochwalić. Dla większości zachodnich turystów to by było w końcu coś nowego. Gdyby ktoś chciał go obejrzeć to musi wyjść z nowego terminalu i kierować się na lewo.

Marszrutka do centrum
Natomiast do centrum można dostać się na parę sposobów. Pierwszy to taxi - jak ktoś się spieszy to można brać. Ceny na polskie złote są wciąż dobre. Ponoć tamtejsza mafia taksówkowa życzy sobie 100 Hrywien (15-16zł), ale można utargować zniżkę. Ale wiadomo - z taksiarzami na lotnisku zawsze trzeba uważać. Druga opcja to marszrutka linii 48 w cenie 4 Hrywien, i tym cudem dojedziemy do samego centrum pod operę. No i trzecia to trolejbus też za jakieś grosze. Gdzieś na jakimś blogu znalazłem info, że by do niego dojść trzeba znaleźć ten stary terminal, ale to już nieaktualne. Dziś sieć trolejbusowa dociągnięta jest pod samo wyjście z nowego terminalu. Ja wybrałem marszrutkę, gdyż potrzebowałem dostać się na Prospekt Swobody, gdzie miałem zarezerwowany hotel. Bilet kupuje się u kierowcy, a w zasadzie po prostu rzuca się cztery papierki na pulpit, bo żadnego biletu nie ma. Ja rzuciłem całe 5UAH, którym kierowca zainteresował się dopiero po dwóch przystankach. Także nie ma co się stresować. Zresztą byłem już na Ukrainie, co więcej wtedy także leciałem, więc mniej więcej wiedziałem czego można się spodziewać na lotnisku. Tym samym przypomniał mi się Bukareszt. Na tamtejszym lotnisku także skorzystałem z regularnego transportu miejskiego, a że nie miałem żadnych niskich nominałów lokalnych pieniędzy kierowca  w zamian wziął 1€. I też było dobrze. Natomiast lwowskie marszrutki trochę skaczą, trochę skrzypią, ale zawsze dowiozą nas do celu. Chociaż czasem patrząc na ich wygląd można mieć co do tego pewne obawy. Ich minusem jest brak jakichkolwiek rzetelnych rozkładów jazdy czy choćby map z trasami. Jak ktoś wie gdzie dany busik jedzie to może śmiało wskakiwać, jeśli nie to pozostają albo tramwaje albo wspomniane już trolejbusy. Nie ma tego złego - wycieczka tramwajem jest dwa razy tańsza i przygodą samą w sobie.
Lwowski tramwaj
Większość taboru stanowią dość leciwe i obite Tatry KT4, a torowiska są w stanie agonalnym, jednak wszystko hula jak należy. Za pulpitami tych tramwajów często siedzą panie po 60, które może i nijak kojarzą się z zawodem motorniczego, ale kiedy przyjdzie co do czego to takiej nie przegadasz. Taka scenka - jadę sobie tramwajem numer 7, przez okno oglądam lwowski, lutowy i przyjemnie słoneczny poniedziałek kiedy nagle lecę do przodu, bo hamulec, dzwonek i jeb... taksówka. Tak znikąd, no jak to taksówka. Wstaję z siedzenia i idę do drzwi, bo pewnie wysiadka. Ale nie. Wysiadła tylko pani, wydarła się na pana, pan wydarł się na panią, zaraz pojawiła się policja, policjant wysłuchał obojga po czym wydarł się na pana, a tramwaj odjechał. Przerwa w podróży trwała może trzy minuty. Strat w tramwaju żadnych, a taxi do remontu. Zresztą nie takie cuda robią z tymi wagonami. Dzień później oglądałem pod dworcem scenę jak motorniczy wycofał po łuku z taką prędkością, jaką po Krakowie tramwaje nie jeżdżą do przodu. Ale dość o tramwajach. Może tylko dodam, że po Lwowie jeździ również kilka nowoczesnych i niskopodłogowych wagonów rodzimej marki Ełektron. Na razie jest ich dosłownie kilka, chyba nawet mniej niż dziesięć, ale w przyszłości pewnie będą zastępować te stare Tatry. Tyle, że takiego już szkoda obić.

We Lwowie można przebierać w tanich hotelach i prawie zawsze dobrze trafimy. Mój też nie był najgorszy Nazywał się Plazma i był przy samym Prospekcie Swobody. Rezerwował go kolega Piotr, który miał ze mną jechać, ale akurat musiał kuć ściany w nowo nabytym mieszkaniu. Po zameldowaniu się i zostawieniu betów wyszedłem na miasto. Po sąsiedzku miałem ulicę Krzywa Lipa, a tam całą gamę knajp do wyboru. Wszedłem do Fun Bar Banka - to miejsce wyróżnia się tym, że podają wszystko w słoikach. Barszcz w słoiku, zapiekanka z ziemniakami, boczkiem i cebulą w słoiku, piwo? nie inaczej - w słoiku. Może fajne i oryginalnie, ale trochę niewygodne. Tylko drinki, a mają ich z tysiąc, pijemy z kieliszków. Ciekawe miejsce, a ceny jeszcze lepsze.
Wieczorem chodziłem po centrum - zszedłem cały Prospekt Swobody od Opery po pomnik Mickiewicza, poszedłem na Rynek i dalej w stronę ulicy Virmeńskiej (Вірменська). Zatoczyłem koło i wróciłem do hotelu. Miałem wciąż całe 24 godziny na zwiedzanie.

Lwów to coś więcej niż tylko cmentarze, jednak pomyślałem, że będąc tam pierwszy raz głupio będzie je pominąć. Leży tam kawał naszej historii w końcu. Chciałem zobaczyć dwa; Łyczakowski i Janowski. Oba znajdują się na trasie tramwaju nr 7 tyle, że przy dwóch różnych pętlach. A'propos - Google pokazuje, że na Łyczakowski bez problemu dojedziemy tramwajem i nawet wysiądziemy zaraz przy wejściu. Otóż nie - w tamtym miejscu już od jakiegoś czasu trwa remont torowiska, więc wysiąść trzeba na przystanku Shevchenkivskyi Hay (Шевченківський Гай), a następnie kierować się na południe do wejścia. Trochę mi to zburzyło plany, bo z pętli, która znajduje się za cmentarzem, chciałem dojechać do centrum co zaoszczędziłoby mi masę czasu, no ale ta od paru lat jest w remoncie. Cóż.
Orlęta Lwowskie
Cmentarz Janowski jest hmm... no jest. W niektórych miejscach jest nawet ładny, ale jednak bardzo zaniedbany. Podobnie jak na Łyczakowskim i tutaj są groby żołnierzy poległych w latach 1918-1920, ale prezentują się znacznie biedniej. Zrobiłem kółko, wszedłem w błoto i wróciłem łapać tramwaj na drugą pętlę i cmentarz. O cmentarz Łyczakowski już dbają, no ale nie dziwne skoro wstęp jest tutaj płatny (20UAH). Dam sobie spokój i nie będę opisywał kto tu jest pochowany i jak piękne są niektóre nagrobki, ale zaznaczę tylko, że żałowałbym odpuszczając sobie tę wycieczkę. Jest piękny. Oczywiste wrażenie robi część z Orlętami Lwowskimi. Już nawet nie ze względu na położenie czy plan, ale z powodu tych wszystkich nazwisk i dat przy nich wyrytych. 17 lat, 18 lat, 21 lat. Młode chłopaki. Teraz mam prawie 34, dość komfortowe życie i możliwość podróżowania po całym świecie, a będąc w ich wieku moim największym zmartwieniem były oceny z fizyki w dzienniku. Pozostaje tylko westchnąć.

Jedna z maskotek w zaułku
Ja wiem, przynudzam w tym temacie, ale...naprawdę najlepszą formą zwiedzania Lwowa jest tramwaj. Bilet kupujemy u prowadzącego i kosztuje nas 2 Hrywny - 30 groszy, tyle co nic, a zwiedzimy w ten sposób kawał miasta. Dojedziemy na przykład do Placu Stary Rynek (пл. Старий Ринок). Jest co prawda mniej okazały od Rynku właściwego, ale również uroczy. No, może nie trawnik, bo po bezpańskich psach nie ma kto zbierać kup. Stamtąd warto odejść w stronę ulicy Kniazia Lwa (Князя Лева) - może nie jest najpiękniej, ale jak ma się szczęście to można wejść na któreś podwórko. Mnie się udało na jedno pełne suszącego się prania. Ale to żaden wyczyn był i nie musiałem się nawet starać - było otwarte i ogólnodostępne. Inne podwórko, już zupełnie odkryte, pełne jest zabawek i maskotek. Na starych szafkach i kredensach ktoś ułożył dziesiątki różnej wielkości pluszowych misiów, zajączków i innych zwierzaków. Jego nazwa to ponoć Podwórze Porzuconych Zabawek. Rozumiem przez to, że można tam zostawić swojego najmniej lubianego misia.

Widok z wieży ratuszowej
Popołudniu szlajałem się po Starym Mieście. Warto rzucić okiem na katedrę Ormiańską oraz kościół Bożego Ciała i klasztor Dominikanów w jednym. Jak ktoś lubi oglądać budynki sakralne to naprawdę warto. Jeśli ktoś jednak woli bardziej przyziemne atrakcje to w pobliżu katedry, między ulicami Lesi Ukrainky, a Nyzkyi Zamok znajduje się pchli targ, który tak naprawdę jest obecnie placem z pamiątkami. Na szczęście tych z Chin jest tam stosunkowo niewiele, prawie w ogóle nawet, za to królują różne chusty, obrusy i różne ręcznie robione zabawki. No i koszulki z antyputinowskimi napisami. Jest też trochę numizmatyków i bukinistów, ale niewielu. Tych ostatnich można znaleźć raczej za kościołem Bożego Ciała gdzie siedzą do mniej więcej godziny 18. Czasem lubię pogrzebać w takich miejscach, ale z moją znajomością cyrylicy mógłbym co najwyżej przeczytać ulotkę. Bardziej interesują mnie monety, ale akurat sowieckich Kopiejek mam w domu mnóstwo. Akurat mieli głównie to. Późnym popołudniem wróciłem na Rynek, by wdrapać się na wieżę ratuszową. Gdzieś bowiem przeczytałem, że najlepsze widoki są tylko przed zachodem słońca. Zgadzam się - jeśli ktoś może poczekać do późnego popołudnia to polecam wycieczkę na wieżę właśnie wtedy. Lwów w kolorach zachodzącego słońca prezentuje się najpiękniej. Ale zresztą nie tylko z góry. Bilet to jakieś 20 czy 25UAH (3-3,7zł), więc warto się pofatygować, chociaż wchodzenia jest całkiem sporo.

archikatedralny sobór św. Jura
Autobus Leo Express odjeżdżał dopiero o 23:40 i do tego czasu musiałem sobie jakoś zorganizować czas. Myślałem, że do dworca podjadę tramwajem, ale te kończą swoje kursy około 22:30 - przynajmniej według tego co na rozkładzie, bo widziałem jeszcze pojedyncze sztuki jadące pod dworzec już po godzinie 23. Mimo wszystko nie skorzystałem i poszedłem piechotą - nie jest daleko, a po drodze jest do zobaczenia jeszcze archikatedralny sobór św. Jura (Архикатедральний собор Святого Юра) z XVIII wieku. W roku 1998 razem ze Starym Miastem, Wysokim Zamkiem i Podzamczem został wpisany na listę UNESCO. Chciałem go zwiedzić w środku, ale akurat trwało nabożeństwo, więc wyszedłem jak tylko zaczęły się czołobitne pokłony. Z zewnątrz natomiast świątynia prezentuje się przepięknie, zwłaszcza wieczorem, kiedy całość jest podświetlona. I taka ciekawostka - jeszcze niedawno plac przed głównym wejściem był po części jezdnią, a po części parkingiem, a dziś stoi tam wielki posąg Andrzeja Szeptyckiego, znanego we Lwowie jako metropolita Andrej (Митрополит Андрей). Każda taka zmiana jest dobra.

Lwowski dworzec kolejowy
Stamtąd do dworca miałem już tylko kawałek. Minąłem kościół św. Olgi i św. Elżbiety i byłem już prawie na placu dworcowym. Prowadzi do niego ulica Chernivetska, która po wybudowaniu na pewno była piękną i reprezentacyjną aleją, którą pewnie byłaby i dziś, gdyby tylko od czasu do czasu ktoś się nią zajął. Na przykład wyremontował chodniki, torowisko tramwajowe wzdłuż, no i nieco ogarnął zieleń. Ale ok, nie czepiam się. W końcu czego można spodziewać się w lutym? Do placu przylega regionalny dworzec autobusowy - zatrzymują się tam autobusy dalekobieżne, marszrutki i mniejsze autobusy do pobliskich miejscowości jak Mościska, Truskawiec czy Sambor.
Marszrutki na dworcu autobusowym
I tu już nie ma czepiania się - tam jest po prostu tragicznie, a ja jestem pełen podziwu dla kierowców tych wielkich autobusów rejsowych, którzy muszą tamtędy lawirować oraz starać się nie rozwalić zupełnie na tamtejszych dziurach i wybojach. Część chyba jednak miała dosyć, bo zabiera pasażerów z dworca/parkingu po przeciwległej stronie placu, natomiast Leo Express zatrzymuje się jeszcze w innym miejscu, bo zaraz przy wejściu na dworzec kolejowy. Także można się trochę pogubić. Akurat autobusy Leo są dość charakterystyczne i łatwo je zauważyć, ale jeśli ktoś jedzie z jakimś Mirkiem to lepiej, by rozglądał się na lewo i prawo, bo nigdy do końca nie wiadomo gdzie ten się zatrzyma.
W odróżnieniu od tego pierdolnika dworzec kolejowy jest naprawdę piękny, a jak go podświetlą to już w ogóle. Zbudowano go w pierwszych latach XX wieku, a otwarto niemal równo 113 lat temu, 26. marca 1904 roku.

Leo Express z Lwowa do Wiednia przed lwowskim dworcem
I powrót. Leo był punktualnie i zabrał mnie w długą i żmudną podróż do Krakowa. Byłaby krótsza i bardziej znośna, gdyby nie trzygodzinne kiblowanie na granicy. Najpierw stoimy nie wiadomo po co i za czym. Potem paszporty raz, paszporty dwa, wszyscy out, sprawdzanie bagażu, paszporty trzy, 'tylko jeden dzień we Lwowie? Ja nigdy nie byłem, podobno fajne i tanie hotele mają'. Taaaak! No mają, ale puść pan nas już. Rozumiem, taka praca, nie zazdroszczę i trochę podziwiam, zwłaszcza obecnie, ale trzy godziny? Plus z tego taki, że to środek nocy, więc i tak nic lepszego do roboty nie miałem.

Krótko; jaki jest Lwów? Świetny. Tak po prostu. Naprawdę dziwię się sobie, że tak późno zdecydowałem się odwiedzić to miasto. Pomijając już nawet wątki historyczne Lwów wręcz należy zobaczyć. Opcja minimum to jeden dzień i zobaczone, ale myślę, że optymalne będą dwa, a nawet trzy pełne dni. Lwów muzeami stoi, więc i na to trzeba dodatkowego czasu. Co więcej wycieczka na Ukrainę nie spustoszy nam teraz portfela. Duży na to wpływ ma niestabilna sytuacja polityczna i gospodarcza tego kraju. Dla przykładu - sześć lat temu kupowałem Hrywny po 50 groszy za sztukę, a dziś po zaledwie 15 groszy. Dla nas dobrze, wydatki nie bolą, ale dla Ukraińców już nieco gorzej. Nie dziwne więc, że obecnie w praktycznie każdym krakowskim tramwaju i niejednej restauracji usłyszymy język ukraiński (bądź rosyjski). Mnie to specjalnie nie przeszkadza. Właściwie wręcz przeciwnie.

Galeria do notki znajduje się -> tu
Read more →