3 kwi 2018

Portugalia cz. 5 - Porto

,

Porto. Nasz ostatni przystanek w Portugalii. Byliśmy już trochę zmęczeni, zwłaszcza po tej całej Maderze, ale mimo to wciąż podekscytowani nowym miastem do odkrycia. Wcześniej jednak musieliśmy pokonać tamtejszą komunikację miejską i kupić bilet. Przed wyjazdem trochę się z tego tematu doktoryzowałem i doczytałem, że wystarczy, jak kupimy sobie po bilecie 24h (Andante Tour 1) na osobę. Ewentualnie taki na trzy strefy obejmujące lotnisko i centrum, ale w sumie jak jest ten 24h to nie ma co wnikać. No jednak nie. Jednak trzeba, bo tego 24h w automacie na lotnisku nie kupimy, ale za to każdy inny już tak. Chwilę tak postaliśmy, popukaliśmy w automat i w końcu z pomocą przyszedł ochroniarz, który chyba tylko od tego tam jest. Wyszło nam to i tak na plus, bo bilet Andante 24 na strefę Z4 kosztował 15 eurocentów mniej od tego Andante Tour 1, na który się nastawiliśmy (7€). Potem tylko nie wiedzieliśmy co z tymi pieniędzmi robić. Dla śmiechu dodam jeszcze, że idealnym biletem dla nas byłby taki na 48h, bo dokładnie tyle mieliśmy być w Porto, ale niestety takiego biletu ustawodawca nie przewidział. Za to 72h już tak. Yhh... No ok, może narzekam, może marudzę, ale takie z pozoru nic nie znaczące gówna najbardziej drażnią. I to tak na dzień dobry, kiedy proces adaptacji do nowego miejsca powinien być bezbolesny i jak najmniej skomplikowany. Gdyby ktoś potrzebował to -> tu jest wszystko jako-tako rozpisane. Są ceny i strefy i co i jak, jednak sobie myślę, że dałoby się to jakoś jaśniej ułożyć. Podsumowując - wystarczy kupić bilet na strefę Z4 i to nam pozwoli na swobodne przemieszczanie się po najważniejszych atrakcjach w ciągu 24 godzin od skasowania/odpikania.

Bombardier Flexity Outlook Eurotram
Natomiast sam system komunikacji miejskiej w Porto jest już bardzo ok. Są autobusy, tramwaje no i oczywiście metro. Jest ono dosyć nietypowe z dwóch względów - pierwszy to ten, że to jest bardziej szybki tramwaj, bądź też lekka kolej, niż takie prawdziwe metro, natomiast drugi, że na sporym odcinku prawie wszystkie linie jadą po tej samej trasie. Tylko jedna, żółta, wyłamuje się z tego trendu i jej trasa wiedzie z północy na południe (albo na odwrót) przez most Ludwika I (Ponte Dom Luis I) nad rzeką Douro. Na lotnisku natomiast interesuje nas znalezienie linii fioletowej, bo to nią możemy dostać się do centrum i tu sprawę ułatwia fakt, że żadna inna tam nie jeździ. Ponadto cały system jest dość młody, bo pierwszą linię otwarto dopiero w roku 2002, lecz od tamtego czasu sieć zdążyła urosnąć do prawie 70 km długości i 81 przystanków na trasie. Wiki podaje jeszcze, że to jednak nie koniec i sieć ma wciąż się rozszerzać. Przyznaję, że bardzo podoba mi się taka koncepcja na szybki transport i właśnie mniej więcej coś takiego widziałbym również w Krakowie i okolicach. Dopóki jednak dominować będzie pogląd, iż parkingi P+R oraz zwykły tramwaj, nawet po części pod ziemią, wystarczą, dopóty dla samochodu jako sposobu na szybki dojazd do miasta, wciąż nie będzie realnej alternatywy.

Brill-28, zabytkowy tramwaj w Porto
Są i tramwaje. Jak ktoś mnie tu czyta, to dobrze wie, że ja tego tak nie zostawię. Co więcej to właśnie w Porto w trasę ruszył pierwszy elektryczny tramwaj na Półwyspie Iberyjskim. Nie fajnie? Miało to miejsce w roku 1895. Przez kolejne dekady zmieniał się tabor, a sieć była nieustannie rozbudowywana i ostatecznie na rok 1958 było jej aż 81 km. Wtedy też rozpoczął się powolny, acz systematyczny, proces wycinania tramwajów z tkanki miejskiej. Na owe czasy nie było to aż tak bardzo abstrakcyjne, gdyż taki właśnie trend królował w ówczesnej Europie. W latach 50' i 60' bowiem tramwaje znikły z wielu europejskich miast, które od mniej więcej końcówki XX wieku wydają miliardy € na ich przywrócenie. W Porto natomiast, równo 100 lat po uruchomieniu tramwaju elektrycznego, została już tylko jedna regularna linia, która w roku 1996 została przemianowana na tzw. linię muzealną. Z taborem nie było lepiej, bo ostały się tylko trzy wagony, które kursowały zamiennie co mniej więcej pół godziny. Reszta została wysłana albo do muzeum albo do... Memphis. Tego Memphis w USA, z Presleyem. Z początkiem lat 90' wymyślili tam sobie, że chcą mieć tramwajową linię muzealną, a że z tramwajami w USA słabo, to padło na Porto, które akurat swoich się pozbywało.

Brill-28, zabytkowy tramwaj w Porto
No a w Porto, ta rzekomo archaiczna forma transportu, nie straciła na popularności i już kilka lat później wyremontowano część zamkniętych tras i dziś mamy trzy linie muzealne - 1, 18 i 22 - które jeżdżą przez cały rok z częstotliwością około 30 minut. Tabor jest jaki był - zabytkowy, więc dość głośny i powolny, bo są to w końcu wozy z lat 30' XX wieku. Nie ma ich dużo, lecz chyba nikt już nie myśli poważnie o tym, by usunąć je z miasta. Nie, dopóki idzie na nich zarobić, bo otóż bilety wcale nie są tanie. Przynajmniej nie jak za normalny przejazd tramwajem. Taka jednorazowa wycieczka kosztuje nas bowiem 3€ i nie łączy się z żadną kartą Andante na pozostałe środki transportu. To w sumie też tłumaczy, dlaczego miejscowi tym nie jeżdżą.
Tramwaj na trasie wzdłuż rzeki Douro
Mimo wszystko warto wskoczyć do takiego zabytkowego wagonu i podjechać sobie na przykład linią numer 1 do Passeio Alegre, czyli wzdłuż rzeki aż nad sam ocean. Potem można wrócić turystyczną linią 500 albo piechotą. To bardzo ładna trasa, więc tym bardziej warto. Ponadto po drodze znajduje się jedyna ocalała zajezdnia tramwajowa, a w niej muzeum, w którym za 8€ możemy obejrzeć to, co niegdyś poruszało się po mieście i nie zostało wysłane do USA. Ku uciesze Ani aż tak bardzo nie byłem zainteresowany tematem i nie skorzystałem, jednak dodaję to na marginesie, gdyby ktoś miał wolne 8€ i chęć zaprzyjaźnienia się z tamtejszymi cudami techniki.

Ribeira, fragment
Z lotniska podjechaliśmy do stacji Trindade, by stamtąd odbić nieco na południe do stacji São Bento. Nie mieliśmy żadnego konkretnego planu zwiedzania - tyle co pochodzić, połazić, pozwiedzać, co zobaczymy to zobaczymy, co nie to nie. Wybraliśmy więc jedną z ulic, która wyglądała jak deptak i poszliśmy w dół ku rzece. I chyba wybraliśmy fatalnie, bo pierwsze wrażenie, jakie zrobiło na nas Porto niestety nie było najlepsze. Niby każdy wie, że Portugalia od wielu lat ma pewne problemy z płynnością finansową i nie na wszystko im starcza, jednak aż tylu zaniedbanych i pustych kamienic w jednym miejscu się nie spodziewaliśmy. Niektóre z nich rzeczywiście są w remoncie i być może za rok-dwa będą błyszczeć, ale pozostałe, jak nie mają zamurowanych okien, to nie mają ich wcale. Po prawdzie każde większe miasto ma podobną część, ale centrum Porto, na pierwszy rzut oka przynajmniej, zdaje się być taką właśnie częścią i jest to trochę przykry widok.

Ribeira
Lepiej jest nad rzeką gdzie znajduje się wizytówka Porto, czyli dzielnica Ribeira. Tamtejsze wąskie i kolorowe kamieniczki prezentują się już o niebo lepiej od tych widzianych wcześniej i to co mnie urzekło w nich najbardziej to to, że one wciąż są zamieszkane przez zwykłych mieszkańców. Nie są to żadne świecące i migające hotele, apartamenty czy restauracje, a najzwyklejsze mieszkania zwykłych ludzi. I tak - na dole, w restauracyjnym ogródku, ktoś je porcję krewetek za 5€ i popija je winem po 2€ za kieliszek, a 3 metry wyżej baba wiesza pranie. I to jest cudowne! Taka zwykłość, która jeszcze nie padła tam ofiarą masowej turystyki i nie dała się jej podporządkować. Z perspektywy czasu, a minęły już ponad cztery miesiące, mogę przyznać, że z całego Porto chyba właśnie to podobało mi się tam najbardziej. Dodatkowy klimat dzielnicy tworzą też wąskie i strome uliczki, które mieszkańcy nierzadko upiększają kwiatami. Jak one im tam rosną? Nie wiem.

Ponte Dom Luís I
Urokowi dzielnicy dodaje oczywiście rzeka - bez niej nie było by nazwy Ribeira, która oznacza tyle co nadbrzeże - oraz mosty. W całym Porto jest ich kilka, ale najbardziej znany to ten, o którym już wyżej wspomniałem, czyli Ponte Dom Luís I. Budowano go aż pięć lat, bo od 1881 do 1886 roku, a jego głównym projektantem był uczeń i współpracownik Gustava Eiffela, niejaki Théophile Seyrig. Panowie, ale przede wszystkim Eiffel, już wcześniej zaprojektowali dla miasta inny, otwarty w 1877, kolejowy most Maria Pia, który znajduje się kilkaset metrów dalej w górę rzeki. Mimo, że stoi on do dziś i często bywa mylony z mostem Ludwika I, to nie jest już używany. Dzielnie służył miastu i krajowi, ale w końcu przestał być wystarczająco bezpieczny i ostatni pociąg przejechał po nim w roku 1991. Wtedy też oddano do użytku nową przeprawę kolejową Ponte de São João.
Natomiast Ponte Dom Luís I wraz z Ribeirą to dziś oczko w głowie i główna wizytówka Porto. Jak chcemy kupić magnes, to znajdziemy je głównie z nim, jak pocztówkę, to także głównie z nim, jak chcemy się dostać na drugi brzeg to też głównie nim. Albo dołem, gdzie odbywa się także ruch kołowy, albo górą, gdzie od 2005 roku jeździ wspomniany szybki tramwaj. Przejście dołem specjalnie nie bawi, bo jest tam bardzo wąsko, ludzi jest dużo, a autobusy i samochody jednak jeżdżą, natomiast u góry jest szerzej, samochodów nie ma (od 2003 roku), i mamy gwarantowany przepiękny widok na Porto i leżące po drugiej stronie rzeki Vila Nova de Gaia.

Vila Nova de Gaia
Niestety słabo poznaliśmy tę drugą stronę rzeki. Owszem, byliśmy, poszwędaliśmy się po uliczkach, ale specjalnie nie zgłębialiśmy okolic. Nawet jak teraz przeglądam zdjęcia to zauważyłem, że praktycznie nie wyciągałem tam aparatu. Co... w sumie trochę dziwne jest. W każdym razie jest to okolica wielu dobrych restauracji, klubów, ale przede wszystkim starych winiarni. Tych winiarni, które z początkiem XVIII wieku tak bardzo zachwyciły Anglików, że na tamtejsze wino ci nałożyli niższe cło, niż na to rozlewane we Francji. Żadne z nas ani wina jakoś dużo nie pije, ani tym bardziej się na nim zna, więc też nie mieliśmy ochoty udawać, że jest inaczej. Co jednak nie zmienia faktu, że potem i tak poszliśmy na sangrię, a nawet kilka. Za serce chwyta jednak widok na Porto i Ribeirę i nim dzielę się u samej góry. Jest też tam kolejka linowa, która od roku 2011 łączy brzeg rzeki z położonym nieco wyżej klasztorem (Mosteiro da Serra do Pilar). Nie dosłownie, ale z górnej stacji mamy doń już tylko kawałek. Alternatywą dla kolejki wciąż jest spacer wzdłuż wąskich i stromych uliczek i chociaż bilet na kolejkę nie jest srogo drogi, bo to chyba 3€, to i tak spacer zawsze lepszy.

Igreja Paroquial de Santo Ildefonso
Zauważyłem, że w zeszłym roku Portugalia cieszyła się dużą popularnością zarówno wśród moich znajomych, jak i blogerów, których mniej lub bardziej śledzę. Co prawda nie wszyscy mieli okazję zobaczyć Porto, ale ci co byli, to się rozpływali. I cóż, ja się chyba wyłamię. Sory. Porto jest fajne - prawda, warto zwiedzić - nie inaczej, ale nie wszedłem tam na nic takiego, co by spowodowało u mnie ugięcie się kolan. Jedno muszę przyznać - Porto jest szalenie fotogenicznym miastem. Poza tym są tam pewne smaczki, które pozwalają szerzej się uśmiechnąć. Pierwszym z nich są przede wszystkim kościoły, a konkretnie ich ściany pokryte azulejos. Choćbym nie wiem jak się dąsał, to nie jest możliwym, bym przeszedł koło czegoś takiego bez choćby spojrzenia. Jest to coś unikatowego na skalę światową i świetnie, że Portugalczycy też o tym wiedzą.
mural w Porto
Druga rzecz to kamienice; zostawmy już te ruiny czy Ribeirę, ale warte osobnego wątku są wszystkie te zadbane, z których każda z osobna to dzieło sztuki. Chciałoby się do każdej wejść i spojrzeć na drewniane stopnie i poręcze, ale przeważnie nie jest to możliwe. Chyba, że jest to księgarnia Lello, którą możemy zwiedzić za jedyne 4€ na twarz. Nie byliśmy w środku, bo raz, że jednak drogo, dwa, że zbyt wiele ludzi uważało inaczej, no i trzy, Harry Potter nie jest nam bliski. Tuż obok znajduje się jednak kamienica, w której jest sklep z różnymi pierdołami i może nie jest tak wypiękniona jak wspomniana księgarnia, ale też pozwala nieco zwiedzić wnętrze. Jest -> tu. Trzecim smaczkiem są te detale, które tu i ówdzie się zachowały. Na przykład pisuar w publicznej toalecie w Ogrodach Passeio Alegre. No dobra, może i śmieszne, ale zdjęcie mam, bo to jednak sztuka, by nawet publiczna toaleta była trochę niecodzienna i się podobała. I takich smaczków, większych bądź mniejszych, Porto ma mnóstwo, tylko trzeba ich poszukać, wejść w odpowiednią dziurę, skręcić w odpowiednim momencie, ale na to jednak trzeba mieć czas. My mieliśmy tylko dwie doby, co mimo wszystko nie jest wcale dużo. Tym bardziej, że piątek wypadał nam akurat w 'czarny piątek'.

Widok z hotelu Miradouro - wygraliśmy złą stronę
Na koniec wspomnę jeszcze o naszym hotelu. Wybierając nam nocleg chciałem, by było ciekawie, blisko centrum no i w miarę tanio. Porto jest jeszcze tym miastem, gdzie nie ma problemu z w miarę porządnym i stosunkowo tanim noclegiem ze śniadaniem, lecz tylko jeden hotel tak naprawdę przykuł moją uwagę - Hotel Miradouro. Hotel mieści się na kilku ostatnich piętrach wysokiego bloku z lat 70', lecz ma osobne wejście. Lata swojej świetności ma już dawno za sobą, jednak ich duch wciąż się tam unosi. W środku mamy boazerie, skórzane obicia, kolorowe płytki, obsługę w garniturach, a za recepcją salon z palarnią, czytelnią i telewizorem. Przy windach natomiast jest nawet pomieszczenie z telefonem! Wszystko wygląda jak żywcem wyjęte z lat 70' - czasów swojej świetności, kiedy to taki hotel to była najwyższa klasa. W pokojach panuje podobny klimat, chociaż tam już bardziej widać ząb czasu. Głównie na tapetach. Mnie jednak najbardziej urzekł - uwaga trudne, galicyjskie słowo - nakastlik, który był niegdyś radiem. Był, bo kabel został dawno temu wyrwany. Niestety. Nie zabrakło też stylowego, drewnianego stojaka na garnitur.
uroki Porto
Nie wygraliśmy tylko widoku. Dostaliśmy pokój z oknem na północ i widok mieliśmy na jakieś silosy, które chyba są nawet zabytkiem, no ale jednak liczyłem na coś innego. Na ostatnim piętrze natomiast znajduje się restauracja i tam też podawano śniadanie - naprawdę spore i pyszne. No i ten widok... Podobno tamtejsza restauracja nadal trzyma bardzo wysoki poziom, lecz niestety nie było nam dane tego sprawdzić. Żałuję, bo trochę się jedzenia po Porto naszukaliśmy. Wiem, że w sieciówkach Accora, czy też i innych, jest wygodniej, przyjemniej i w pewnym sensie pewniej, ale takiego klimatu jak Miradouro Hotel nie ma nigdzie indziej. Czasem warto zajrzeć do takiego przybytku, bo wkrótce już ich nie będzie. Zresztą ten hotel trochę odzwierciedla całe Porto - czas tam się zatrzymał i w sumie nam się to podoba, ale jednocześnie nie do końca jesteśmy przekonani, czy to na pewno dobrze, czy może jednak źle.

Galeria do wpisu znajduje się -> tu
Read more →

18 mar 2018

Portugalia cz. 4 - Madera: północ wyspy i interior

,

Porto Moniz byliśmy popołudniu, gdzieś po 16 może. Po drodze zrobiliśmy sobie kilka postojów na obowiązkowe fotki, w tym jeden dłuższy w miejscu zwanym Miradouro da Santa. Jeśli bierzemy się za Porto Moniz od południa, to koniecznie należy się tam zatrzymać i spojrzeć na znajdujące się w dole miasteczko i ocean, gdyż te idealnie się ze sobą komponują. Ok, może są ładniejsze widoki, ale i tak warto zrobić sobie tam taki mały postój, choćby z tego względu, że nas i miasteczko dzieli jeszcze kilka wesołych i stromych serpentyn.

Porto Moniz
Stary dom w Porto Moniz
Porto Moniz jest malutkie - nie wiem ile może mieć powierzchni, ale będzie to tyle co średniej wielkości krakowskie osiedle. Liczba mieszkańców też będzie podobna i jest to nieco ponad półtora tysiąca, ale i nawet tylu ludzi tam nie widać. Nie w listopadzie, kiedy ze znalezieniem pokoju w hotelu nie ma problemu, a restauracje zieją pustkami. Co ma swoje oczywiste plusy, ale i minusy. Swoją drogą Porto Moniz zaczęło rozrastać się dopiero w ostatnich latach - zbudowano bulwar, kilka hoteli oraz supermarket. Wnioskuję to po zdjęciu satelitarnym Googla, które jest w opór nieaktualne. Bo to zresztą taki zabawny ewenement - zdjęcie satelitarne Madery jest starsze od StreetView, które też już ma tam ponad osiem lat. Robiąc plan na całą wyspę oraz poszczególne rezerwacje trochę się wahałem gdzie nas ulokować na dłuższą część wycieczki, ale w końcu wybrałem właśnie to miejsce na naszą bazę wypadową; cenowo było naprawdę bardzo przyzwoicie, komfort był odpowiedni i liczba atrakcji wokół również. Także super.

Basen wulkaniczny w Porto Moniz
Taką główną atrakcją są baseny wulkaniczne. Są dwa: jeden jest płatny (jakieś 1,5€ na twarz), ogrodzony, ugładzony betonem i ma ratownika oraz jest otwarty do 18, a drugi natomiast jest bardziej dziki, bezpłatny i otwarty dla wszystkich o każdej porze dnia i nocy. Te baseny są poniekąd naturalne, bo tworzą je skały wulkaniczne, a właściwie po prostu zastygła w tym miejscu lawa, która dziś rysuje w tym miejscu krajobraz niemalże księżycowy. Niby byliśmy tam trzy dni, ale jednak ani razu nie udało nam się zejść do wody - ani jednej, ani drugiej - bo albo nas nie było cały dzień, albo po prostu było na zimno. Bo właśnie, to, że te baseny są wulkaniczne, to wcale nie oznacza, że są podgrzewane. Otóż nie są. Koło tego drugiego znajdziemy jeszcze lunetę, której wizjer skierowany jest na pobliskie wzgórze i znajdujący się tam niewielki domek. Wygląda on trochę jak bunkier, ale według opisu jest to stary punkt obserwacyjny skąd wyglądano wielorybów. Jakby przecież nie było, Porto Moniz to nic innego jak port, którego początki tutaj datuje się na połowę XIX wieku. Późno, bo choć lokalizacja dobra, to z dojazdem zawsze był problem.

Antigo Traçado da ER101
Tunel na trasie
Jako taką drogę doprowadzono tam dopiero po II Wojnie Światowej. Przez długi czas uchodziła ona za jedną z najpiękniejszych, gdyż wykuto ją bezpośrednio w skale, więc bywało i tak, że przejeżdżało się bezpośrednio pod lecącym z góry wodospadem. Oczywiście ona dalej istnieje, jednak przez większość roku (jeśli nie w ogóle) jest nieużywana, gdyż dziś Madera podziurawiona jest wygodniejszymi i znacznie bezpieczniejszymi tunelami (za których budowę Portugalia chyba już nigdy się nie wypłaci, ale to temat na osobną notkę). Jej najpiękniejszy ponoć fragment jest na jej końcu, czyli tuż przed miejscowością São Vicente. Samochód można zostawić na mini parkingu pod wodospadem, a na szlak ruszyć już piechotą. My nie byliśmy, żałujemy. Jednak nie ma tego złego - jeśli miniemy São Vicente i będziemy kierować się dalej na wschód, do Ponta Delgada, to w końcu dojedziemy do takiej właśnie drogi i NIE BĘDZIE już możliwości jej ominięcia. Co oczywiście jest fascynujące samo w sobie, prawdopodobnie bardziej w sezonie, kiedy turystów i samochodów na drogach jest znacznie więcej niż w listopadzie. Jest tam na przykład takie miejsce, gdzie trzeba się mijać ze złożonymi lusterkami. Po drodze jest oczywiście tunel, którego zdjęcie wrzucam powyżej - i wiem jak bardzo jest fatalne i jest mi wstyd. 

Seixtal i São Vicente
Seixtal należy do gminy Porto Moniz i wspominam o nim tylko dlatego, bo zatrzymaliśmy się tam, gdyż na mapie zobaczyłem, że jest tam poczta. No i rzeczywiście była. W sensie budynek był, a w środku sklep, a przed sklepem, jak to przed każdym wioskowym sklepem na świecie, siedziało trzech rumianych panów, którzy w ogóle nie przypominali listonoszy. Wizyta na poczcie nie była jednak żadnym priorytetem, więc skoro już tam byliśmy to zrobiliśmy sobie spacer po wiosce - ładnie, jednak największą atrakcją jest tam piaszczysta plaża, co jest o tyle istotne, bo tych na Maderze zbyt wielu nie ma.

São Vicente
Lepiej jest w São Vicente. Tam, poza miasteczkiem samym w sobie, warto zobaczyć powulkaniczne jaskinie, tzw. jaskinie pierwotne, czyli Grutas de São Vicente. Żadne z nas grotołazy, ale skoro już tam byliśmy to weszliśmy. Bilet kosztuje 8€ i obejmuje wycieczkę z przewodnikiem. Inaczej się nie da. Wycieczka składa się z dwóch etapów - pierwszy to dwa filmy, w tym jeden w 3D, które mniej więcej nakreślają historię wyspy i to w jaki sposób powstała, natomiast drugi to wycieczka pod ziemię. Najpierw się wchodzi do windy, która niby zabiera nas w podróż do wnętrza ziemi, ale tak naprawdę nie do końca jestem pewien czy w ogóle ruszyła, czy też po prostu pomigała światełkami i trochę nami potrzęsła. Następnie zwiedzamy jądro ziemi, które zrobili z luster i to akurat robi bardzo fajny efekt. Dodatkowo pani wciąż mówi nam o ciekawostkach związanych z Ziemią i jej budową, jak temperatura wewnątrz czy grubość tej czy innej pokrywy. Spoko.
Grutas de São Vicente
Potem w końcu schodzi się do jaskini właściwej i tam jest już prawdziwe wow. W tym sensie, że jest to jaskinia zupełnie inna o tych, które znamy z kontynentu. Tam korytarzy nie wypłukała woda, czy inna erozja, a płynąca lawa. Nie wiem jak z robieniem zdjęć, ale raczej wolno i nikt nie powinien krzyczeć, jednak światła jest tyle, ze swojego klamota nawet nie wyciągałem i tylko zanotowałem kilka ujęć telefonem. Trochę wstyd to pokazywać, jednak wklejam obok coś tak by było i nakreślało skalę fajności miejsca. Daję słowo, że na miejscu wszystko to wygląda o niebo lepiej i nikomu nie powinno być szkoda tych 8€. Filmy może są trochę suche, jednak wycieczka po jaskini jest już świetna.

Santana lewady i wschód wyspy
Tradycyjne domy w Santanie
W drodze z São Vicente do Santany czeka nas ten fragment drogi, o którym pisałem wyżej, a tuż za nim dwie małe wysepki, przy których warto się zatrzymać - Ilhéu Preto oraz Ilhéu Vermelho. Zwłaszcza ta druga jest ciekawa, gdyż wygląda jak ogromny delfin. Ale to przy okazji i jak ma się czas, bowiem dłuższy postój czeka nas w Santanie. Znajduje się tam park tematyczny, gdzie można poznać historię Madery i jej mieszkańców, ale jest on płatny 6€ od osoby. Poza tym w centrum znajduje się 'wioska', taki skansen bardziej, z tradycyjnymi, trójkątnymi, maderskimi domkami. Jest ich aż pięć. Do tego to wszystko jest repliką dla turystów, jednak, jak Internet donosi, w okolicy można znaleźć kilka takich domów, które faktycznie jeszcze się ostały. Z kulturoznawczego punktu widzenia na pewno warto się tam zatrzymać i spojrzeć, ale dużo czasu nam tam nie zejdzie, chociaż miasto stara się promować jak bardzo tylko może. Niedawno oddano do użytku nawet całkiem spory, kryty parking, i co istotniejsze, bezpłatny.

Na szlaku do 25 Fontes
Od początku wiedzieliśmy, że w interiorze nie zwiedzimy wszystkiego. Niestety, ale w listopadzie dzień na Maderze nie jest jakoś spektakularnie dłuższy od tego w Polsce. Na pewno jest przyjemniejszy, cieplejszy i słoneczniejszy, jednak ciemno robi się niewiele później niż nad Wisłą. Tym samym odpadła nam wycieczka na najwyższy szczyt Madery, czyli Pico Ruivo, ale też na wiele lewad, które sobie pozaznaczałem na mapie. Pogoda też nie pomagała, ale mimo wszystko jakąś wypadało nam zobaczyć i padło na tę najbardziej znaną - 25 Fontes. Wcześniej czytałem w Internecie o tym szlaku przeróżne opinie od zachwytów, po 'nuda, nie ma sensu wyciągać aparatu', jednak wybór i tak padł na tę, gdyż była nam najbardziej po drodze.
Lewada
Ale co to w ogóle są lewady? No więc lewady to po prostu system nawadniający. Życie na kawałku górzystego, zalesionego kamienia było, i w sumie nadal jest, dosyć trudne i frustrujące, bo chociaż wody nie brakuje, to nie zawsze płynie sobie ona tam, gdzie człowiek by chciał. No to człowiek zrobił tak, by woda płynęła tam gdzie sobie tego chce. Takich kanałów zbudowano około 2500 km (!), a szlaki turystyczne wiodą wzdłuż 1500 km. Jest więc gdzie chodzić i nawet jakbyśmy tam siedzieli tydzień, to wszystkiego byśmy nie zobaczyli.
Szlak do 25 wodospadów ma początek w miejscu zwanym Rabacal i choć jest to szlak bardzo popularny i mega turystyczny, to żadnym transportem publicznym tam nie dojedziemy. Zostaje samochód lub ewentualnie autostop. Zatem przy okazji przypomnę to, o czym pisałem w pierwszej części (czyli -> tu) - jeśli chce się zwiedzać Maderę to lepiej zainwestować i wypożyczyć samochód. Aż tak bardzo drogo nas to nie wyjdzie, a zobaczymy znacznie więcej. Chyba, że ktoś lubi się włóczyć i nie ma przy tym ograniczeń czasowych, to wtedy można i nawet zazdroszczę.
25 Fontes
Na miejscu byliśmy dość wcześnie rano, więc udało nam się uniknąć większych tłumów oraz przyzwoicie zaparkować, ale i tak sami na miejscu nie byliśmy. Sam szlak natomiast jest dosyć prosty do pokonania, do tego urokliwy i bardzo fotogeniczny. Niestety pierwsza jego część jest asfaltowa, którą musimy dzielić się z busikami, które za 3€ (lub 5€ w obie strony) wożą co leniwszych turystów, ale dalej jest już tylko las i lewada. I cała masa wróblowatych ptaszków, które są już tak oswojone, że jedzą nam z ręki. Dodatkowo i trochę na marginesie dodam, że część szlaku wiedzie przez chroniony przez UNESCO las laurowy. Taka ciekawostka. No i na samym końcu czeka na nas jeziorko, do którego spływa woda z dwudziestu pięciu wodospadów. Nie liczyłem, ale rzeczywiście może ich tyle być.

kolory półwyspu św. Wawrzyńca
Na wschodzie wyspy zwiedziliśmy dwa miejsca, o których nieśmiało wspomnę. Pierwsza z nich to szlak na półwysep św. Wawrzyńca (Vereda da Ponta de São Lourenço), który też jest najbardziej wysuniętym na wschód punktem wyspy. Szlak kończy się miejscem zwanym Ponta do Furado, co według Google translatora oznacza Znudzoną Wskazówkę... Czuję jednak, to raczej nie o to chodzi. Według tablicy informacyjnej wycieczka tam i z powrotem powinna zająć nam dwie i pół godziny i mniej więcej tyle właśnie wychodzi, chyba, że w drodze powrotnej zacznie padać deszcz, to wtedy jesteśmy u celu piętnaście minut wcześniej. True story.
Ponta do Furado
Półwysep natomiast jest przepiękny, a zwiedzanie i chodzenie po nim to mokry sen każdego geologa. Miałem kiedyś krótki epizod geograficzny na UJocie i wtedy też zainteresowałem się geologią i to nawet nie tylko z powodu atrakcyjnej pani doktor. I chociaż to było dawno temu, a dziś mało co pamiętam, to fascynacja skałami pozostała, a tam idzie się absolutnie nimi zachwycić. Na jednej ogromnej skale widać jak na dłoni tysiące lat historii, którą napisały ruchy tektoniczne oraz spływająca lawa... cudowne to jest, a do tego wszystko tonie w feerii kolorów. Cała Madera zachwyca, ale to miejsce jest moim numerem jeden. No i ładnie widać stamtąd lotnisko. Samochodem dojedziemy tam bez problemu, wystarczy kierować się na Machico, a potem na Canical i stamtąd już jest prosta droga na półwysep. Dojechać więc prosto, ale nieco gorzej jest już z parkowaniem i to nawet w listopadzie, mimo, że miejsc parkingowych jest naprawdę sporo. Z tego co widziałem dojeżdżają tam też autobusy z Funchal (SAM, linia 113). Tip ode mnie - warto mieć dobrą kurtkę, bo wieje jak szlag.

Machico
Drugą atrakcją jest wspomniana miejscowość Machico. To urocze i spokojne miasteczko, leżące kilka kilometrów na północ od lotniska, może pochwalić się najdłuższą historią na całej wyspie. W tym miejscu bowiem, dnia 1. lipca 1419 roku, przybił do brzegu pierwszy statek z portugalskimi 'odkrywcami'. W sensie wcześniej wiedziano już, że tam jest jakaś wyspa, ale nie interesowano się nią zbytnio, jednak przyjmuje się, że wtedy właśnie ją odkryto. Na pokładzie statku znajdował się m.in. João Gonçalves Zarco, który uznawany jest za odkrywcę i kolonizatora Madery. Nim jednak ktokolwiek mógł się tam sprowadzić, to nowy ląd trzeba było porządnie wykarczować i wypalić, co zajęło Portugalczykom ładne parę lat, bo natura nie tak łatwo chciała się człowiekowi poddać. W końcu jednak uległa i teraz mu się odpłaca co jakiś czas. Warto w sumie też zaznaczyć, że od odkrycia Madery tak na dobre zaczęła się epoka portugalskich odkryć geograficznych. Co prawda legenda głosi, że zniósł ich tam sztorm, no ale nawet jeśli... masa odkryć, nie tylko geograficznych, została popełniona właśnie przez przypadek. Mimo wszystko szkoda, że nie byli to Hiszpanie, bo ten portugalski jest koszmarnie nieprzyswajalny.

Forte de Nossa Senhora do Amparo de Machico
Tyle z historii wyspy. Miasteczko natomiast jest naprawdę przyjemne do zwiedzania. Przy brzegu, wśród przyjemnych dla oka, niewielkich i kolorowych kamieniczek oraz rozłożystych platanów, stoi stary fort obronny - Forte de Nossa Senhora do Amparo de Machico. Zbudowano go tam w roku 1706, by móc bronić się przed atakami piratów, korsarzy i każdego innego rodzaju morskiego elementu. Dziś już nie ma takiej potrzeby i teraz mieści się tam biuro turystyczne, ale chyba też można go zwiedzać.
W Machico zjedliśmy też obiad - Ania miała krewetki (przepyszne), a ja kilka rodzajów mięs. Myślałem, że to będzie ten ich szaszłyk, ale dostałem po prostu kilka kotletów. Smaczne, to tak i jak najbardziej, ale ciężkie jak tona węgla. Przy okazji taka wskazówka - gdyby ktoś na miejscu szukał toalety, to za dworcem autobusowym jest supermarket i tam taką można znaleźć. Darmowa.

Kawiarniany piesek
Po tym wszystkim zjechaliśmy do Funchal, oddaliśmy samochód i poszliśmy na ostatni spacer po Maderze. Poczułem wtedy, że będę tęsknił, bo czułem, że choć tak dużo zobaczyliśmy, i to naprawdę dużo, to jednak wiele miejsc odpuściliśmy. Jak na przykład wspomniany szczyt Pico Ruivo, czy Ribeiro Frio znane ze swojego pstrąga, pięknego szlaku wzdłuż lewady oraz fantastycznych widoków. Przejeżdżaliśmy tamtędy i chcieliśmy się zatrzymać, ale zupełnie nie było gdzie - łańcuszek samochodów wił się wzdłuż drogi dobry kilometr, może więcej, więc odpuściliśmy. Wynagrodziliśmy to sobie dobrą kawą i średnim ciastkiem w pobliskiej kawiarni zwącej się Vista pro Pico -> tu. Najfajniejszy był jednak tamtejszy nieco skołtuniony piesek, który po dostaniu od Ani kawałka ciastka został naszym dozgonnym przyjacielem. Zatem nie ma tego złego.

wzburzony ocean w Porto Moniz
Tutaj kończy się nasza przygoda z Maderą, więc wypada mi to wszystko jakoś podsumować. Na Maderze naprawdę czuć wiosnę - raz jest ładne słońce i można chodzić w samej koszulce (chociaż spodnie też lepiej mieć), a dwadzieścia minut jazdy później jedziemy we mgle, a po wyjściu z samochodu nawet kurtka to za mało. Niemniej to naprawdę urocza wyspa, idealna na na przykład miesiąc miodowy albo po prostu zwykły urlop jak ten nasz. Wszystko jednak zależy od pogody - jeśli źle trafimy, to żadna siła nie pozwoli nam się w w niej zakochać. Brzmi banalnie, ale lepiej to wiedzieć z góry. Miasta można zwiedzać w deszczu i zawsze jakoś to będzie, ale Madera nie ma ich zbyt wielu, natomiast te wszystkie piękne szlaki w czasie deszczu bywają nie tylko beznadziejne do chodzenia, ale nierzadko i zamknięte. I wtedy kaplica. Warto więc to wziąć przy planowaniu. Ale jeśli trafimy... wszystko zależy od nas co zrobimy i gdzie pojedziemy. Gdziekolwiek jednak byśmy się nie znaleźli, to powinno być dobrze. Bardzo dobrze.

Z Madery polecieliśmy do Porto i to miasto będzie w kolejnej notce o Portugalii.

Galeria do całej Madery znajduje się -> tu.
Read more →

11 lut 2018

Portugalia cz. 3 - Madera: Funchal i południe

,

Kiedy szuka się informacji o Maderze, to prawie zawsze w końcu trafi się na ranking najniebezpieczniejszych lotnisk na świecie. To dlatego, gdyż otóż to maderskie właśnie za jedno z takich uchodzi. Stanowi o tym głównie jego położenie, gdyż z którejkolwiek strony byśmy nie podchodzili do lądowania, to zawsze będziemy celować w ocean, natomiast z pozostałych stron mamy albo znów ocean, albo wzgórze. Takie radosne położenie oznacza częste zmiany wiatrów oraz zamglenia i stąd ta zła fama, aczkolwiek ostatni tragiczny wypadek zdarzył się tam ponad 40 lat temu - w grudniu roku 1977. Po tym zdarzeniu pas był wielokrotnie wydłużany, a lotnisko modernizowane. Ostatnia taka przebudowa miała miejsce na przełomie wieków, kiedy na 180 ogromnych, betonowych filarach dobudowano prawie kilometr pasa. Dziś jego długość wynosi prawie 2800 metrów i to na razie musi wystarczyć. 
lotnisko Madeira
Do Funchal jest stamtąd około 13 kilometrów. By się tam dostać to do wyboru mamy albo autobusy miejskie albo tzw. aerobus. By dotrzeć do MPK, to po wyjściu trzeba kierować się cały czas na wprost, ku parkingowi. Jeśli nie zbłądzimy to znajdziemy tam schody, którymi można dojść do przystanku autobusowego. Ja jednak nie doczytałem jak to jeździ i gdzie i jak często, więc czekaliśmy na aerobusa. Taka przyjemność kosztuje 5€ w jedną stronę lub 8€ w dwie. Wybierając ten środek transportu warto wiedzieć dokąd dokładnie chciałoby się dojechać, gdyż kierowca skrupulatnie to notuje i informuje nas na jakim przystanku powinniśmy wysiąść. My wiedzieliśmy, że chcemy wysiąść przy Mercado, czyli w samym centrum Funchal.

Cristiano Ronaldo
Miałem w sumie nie wspominać, no ale nie da się... tak, jest, oczywiście, że jest. I nie trzeba nawet szukać, bo znajdziemy to dzieło zaraz przy wyjściu z lotniska. Na początku próbowałem zachować powagę, że no rzeźba jak rzeźba, nie wyszła autorowi, chociaż ten twierdzi inaczej, ale przecież masę dziw już się widziało, więc jedna spartolona robota więcej nie powinna robić aż takiej różnicy, ale kiedy patrzę na zdjęcie tego nieszczęsnego popiersia Ronaldo, to nie mogę przestać się śmiać. To naprawdę wciąga - patrzysz i się śmiejesz i nie wiesz dlaczego. Żal tylko Ronaldo, bo musiał to przyjąć na klatę, co pewnie przy tylu reporterach i świadkach łatwo mu nie przyszło, tym bardziej, że na rodzimej wyspie traktowany jest nawet nie tyle jak król, ale bardziej jak bóg. Ma swoje muzeum, wielki posąg w centrum, no i teraz lotnisko nazwane swoim imieniem. I to wszystko będąc ledwo po trzydziestce. Nie jestem fanem, piłką nożną też interesuję się co Mundial/Euro, jednak... cóż, zapracował sobie na to.

Mercado dos Lavradores
Z autobusu wysiedliśmy tak jak chcieliśmy - w pobliżu Mercado, Mercado dos Lavradores właściwiebo tak to się nazywa oficjalnie. Życie toczy się tam od wczesnych godzin rannych i wtedy też na stoły wjeżdżają absolutnie wszystkie owoce morza i ryby, w tym przede wszystkim espada, czyli pałasz czarny, którego będąc na Maderze nie tyle trzeba, co należy zjeść. No, chyba, że ktoś jest wege, wtedy nie. Tyle, że szkoda trochę. Poza tym w hali sprzedaje się wszystkie pozostałe płody rolne od nasion, przez przyprawy, do warzyw i owoców. Z tych ostatnich to do wyboru mamy wszystko to, czego nie ma u nas, głównie kilka rodzajów marakui. Internet mówi, że na samej Maderze jest ich nawet 28, ale mi zaprezentowano ledwie 4. Wybrałem cytrynową i... fajne nawet, smakuje jak cytryna, wygląda jak piłka tenisowa. Lepiej jednak komponuje się z poncha, maderskim drinkiem z rumu i soku właśnie z marakui. Może być na słodko albo na kwaśno, zależy jaką marakuję sobie tam dodamy. Ania się w nim zakochała. Ja zresztą też dałem się kupić. Inną ciekawostką jest banana-ananas. To się tak nazywa... naprawdę, roślina to Monstera deliciosa, ale owoc to banana-ananas. Wygląda trochę jak szyszka, a smakuje jak słodki banan. Niestety fatalnie się to obiera. Jest jeszcze cherimoya, taka niewielka piłka z wypustkami. Nie ma przekonującego smaku, za to dużo pestek. Podsumowując halę targową - fajnie jest się tam pokręcić, jednak trzeba pytać o ceny - bywa drogo.

Fortaleza de São Tiago
Po zostawieniu rzeczy w hotelu, swoją drogą bardzo przyjemnym i przytulnym, poszliśmy się rozejrzeć. Wszędzie było nam blisko, bo hotel mieliśmy bardzo blisko oceanu, natomiast najbliższą atrakcją był fort São Tiago z początków XVII wieku. Ciekawe w nim jest to, że pełnił swoją militarną rolę aż do roku 1992 kiedy został przekształcony w Muzeum Sztuki Współczesnej. W centrum natomiast obejrzeliśmy sobie katedrę, czyli Sé Catedral de Nossa Senhora da Assunção, oraz pobliski deptak pełen kawiarń i restauracji. Tam też, tak na na dzień dobry, daliśmy się orżnąć na 3€, które kelner miał nam wydać, ale najwidoczniej uznał, że to napiwek i już nie wrócił. Ah... czemu nie jestem chamem ze sztachetą w ręku?

Józef Piłsudski w Funchal
Dodatkową ciekawostką w centrum Funchal są polskie akcenty. Jednym z nich jest sporawy pomnik Jana Pawła II, który spogląda na wchodzących i wychodzących z katedry, natomiast drugim jest popiersie marszałka Józefa Piłsudskiego, które znajdziemy jakieś 50 metrów dalej idąc ku oceanowi. Ma on też w Funchal rondo nazwane swoim imieniem, natomiast na domu, w którym pomieszkiwał do dziś wisi tablica pamiątkowa. Super, no ale moment... Na Maderze? Co?
To było tak. Na przełomie roku 1930 i 1931 Piłsudski spędził na wyspie swój najdłuższy urlop w życiu, który w papierach i rzeczywistości był wyjazdem ku poprawie zdrowotności. Mało przy okazji politykował, a czas spędzał głównie na wypoczywaniu na tarasie, piciu herbaty, układaniu pasjansa i rozwalaniu przeciwników w szachy. Co by nie było, w kraju właśnie rozprawił się z opozycją, a to zmęczyłoby przecież prawie każdego sześćdziesięciokilkulatka. Heh, prawie. Zresztą wcześniej wodzu także przecież nie próżnował. No i wszystko ułożyłoby się w logiczną całość, gdyby nie to, że marszałek zabrał na wycieczkę swoją osobistą lekarkę, młodszą o trzydzieści lat Eugenię Lewicką. Niestety ta nie dotrzymała mu towarzystwa do końca urlopu i wróciła do kraju wcześniej, gdzie czekała ją rozmowa z ówczesną żoną naszego wąsatego polityka. Tego o czym panie dyskutowały nie dowiemy się już nigdy, ale wciąż ciekawym pozostaje fakt, że kilka miesięcy później młoda lekarka została znaleziona martwa. Natomiast urlop Piłsudskiego trwał tylko trzy miesiące, czyli znacznie krócej, niż życzyłaby sobie tego opozycja. Rzecz jasna rzekomy romans także został wykryty i odpowiednio skomentowany. Zatem... cóż, śmieszkowanie z wizyt polskich polityków na Maderze, zwłaszcza w towarzystwie młodszych blondynek, to nie taka nowa sprawa.

Kościół Nossa Senhora do Monte
Trudno ocenić, czy wyjazd Piłsudskiemu bardziej pomógł czy zaszkodził, bo w końcu zmarł zaledwie cztery lata później, są jednak dowody na to, że pobyt na Maderze nie każdemu wyszedł na zdrowie. Niecałą dekadę wcześniej, na omawianej wyspie, swojego żywota dokonał bowiem ostatni cesarz Austro-Węgier Karol I Habsburg. On też tam został wysłany na rehabilitację, ale nie do końca zdrowotną. Wręcz przeciwnie - przebywanie w wilgotnym i nieprzyjaznym dla pozbawionego władzy i bogactw młodego cesarza klimacie, okazało się być zabójcze i na zapalenie płuc biedak był zszedł. Pochowano go w kościele Nossa Senhora do Monte, gdzie upamiętniono go także i pomnikiem. I tu koło się zamyka; dzięki Piłsudskiemu Polska nie była już w (częściowym) władaniu Karola I, ale mimo wszystko Jan Paweł II i tak tego drugiego beatyfikował. Wiki zresztą podaje, że to właśnie po nim 'nasz' papież nosił imię.

Ale zejdźmy już z tej historii.

Widok na Funchal
Do kościoła, w którym pochowany jest Karol I, można dojechać kolejką linową lub dojść piechotą. Są też autobusy, ale przyznaję, że nie mam pojęcia jakie. My wybraliśmy tę drugą opcję i raczej bym ją odradzał. Widoki są oczywiście przepiękne, ale trasa idzie po części wzdłuż wąskiej, krętej i dość ruchliwej drogi, więc istnieje szansa, że na którymś zakręcie zostaniemy zawinięci przez autobus. A te wolno nie jeżdżą. Później patrząc na tę drogę z kolejki linowej, a dzień później dodatkowo jadąc nią samochodem, nie chciało nam się wierzyć, że zdecydowaliśmy się na spacery po tej drodze. Chodnika, czy choćby pobocza, oczywiście tam nie ma. Niemniej warto odwiedzić tę część miasta, czyli Monte, choćby dla samego kościółka, ale też dla chyba głównej atrakcji Funchal, czyli dla dwukilometrowego zjazdu w wiklinowym koszu. W listopadzie owa atrakcja najprawdopodobniej już nie działa, bo nie widzieliśmy nikogo na takich sankach, ale same sanki już tak. Żadnych carreiros, czyli kierowców owych sanek, także niestety nie przyuważyliśmy. Akcji więc nie widzieliśmy, ale postudiowaliśmy cennik - i tak; jedna osoba pojedzie za 25€, dwie za 30€, a trzy za 45€. Niestety, ale w temacie atrakcji Madera nie jest super tania. Dla przykładu wjazd kolejką linową to 11€, w dwie strony 16€... cóż, wydaliśmy te 11€, bo naprawdę bardzo nie chciało nam się już stamtąd schodzić.

Carreiros do Monte
Wydatek rekompensowały nam jednak przepiękne widoki na ocean, zwłaszcza przy zachodzie słońca. Widoki na ląd również są zachwycające, lecz poniekąd także i smutne, gdyż ukazują wiele blizn, jakie różne kataklizmy pozostawiły po sobie w tej części wyspy. Największy z nich przyszedł niemal równo 8 lat temu, 20. lutego 2010 roku, kiedy podczas powodzi i związanych z nią lawin błotnych zginęło ponad 40 osób, a kilka wciąż uznaje się za zaginione. Ogromna część Funchal została zalana błotem, wiele domów zniszczonych, a koryto rzeki płynącej wzdłuż Alei 31. stycznia nieco się przesunęło. Plus z tego taki, że przy okazji odkryto pozostałości starego fortu. Przed powodzią w tym miejscu znajdował się plac z fontanną, co jeszcze widać na StreetView. Na szczęście dziś rzeka jest spokojna i płynie sobie leniwie kanałem, dzięki czemu jest bezpiecznym domem dla kaczek, które zresztą w mieście robią niemałą furorę.
Pozostałe blizny to skutki pożarów z sierpnia 2016 roku, kiedy ucierpiała znaczna część południowej części wyspy. Do dziś część roślinności jeszcze się nie podniosła, przy drogach stoją spalone kikuty drzew, natomiast to tu, to tam widać skorupy wypalonych domów.

Można się spotkać z opiniami, że Madera to idealne miejsce do zamieszkania - zawsze jest ciepło, nigdy nie ma śniegu, pluchy i pizgawicy, ale i upały to także rzadkość, są za to i góry i ocean. Nic tylko się przeprowadzać - co zresztą robi masa Niemców, którzy powoli tę wyspę wykupują. Mają nawet swoją wioskę. Ale to na marginesie. Ostatnie lata pokazały jednak, że życie w niemal idealnym klimacie ma także swoją cenę.

Wynajem samochodu
Puntorri
Na Funchal nie braliśmy samochodu. W centrum jest wąsko i nie bardzo jest gdzie parkować, szkoda też psuć krajobrazu samochodem, no i poza tym i tak byśmy go nie używali za dużo. Przed wyjazdem parę tygodni zabrało mi wybranie tej odpowiedniej i jedynej słusznej wypożyczalni, gdzie samochód będzie najlepszy, a cena najniższa. Wyszło jak wyszło w sensie całkiem nieźle, ale prawda jest taka, że niezależnie gdzie samochód wypożyczymy to i tak zapłacimy podobnie. Jak zaoszczędzimy na wynajmie, to nas skasują za ubezpieczenie. I na odwrót. Różnice oczywiście będą, ale nie będzie to 20€, a max kilka. My za 4 dni zapłaciliśmy około 100€ + paliwo w Keddy (Europcar), ale też nie wygraliśmy na loterii, bo dostaliśmy trzyletnie Punto. Dawało radę, ale jednak liczyłem na coś nowszego i... sam nie wiem, fajniejszego. Przy okazji czytania o wynajmie samochodu na Maderze szukałem też info, czy w ogóle warto. Bo przecież jest transport publiczny i w ogóle wszędzie da się nim dojechać, może nie jakoś mega rozbudowany, ale jest i nawet nie tak zaporowy cenowo, no ale...
autobus w Funchal
I tak szperając bo blogach przeczytałem gdzieś, że na Maderze można się spokojnie obyć bez samochodu, bo parafrazując 'jeździliśmy autobusami, sporo stopem i raz wypożyczyliśmy samochód'. Także ten. Ja proponuję się nie wygłupiać, nie kombinować i zainwestować w wypożyczalnię, zwłaszcza, jak czasu ma się mało, a chciałby się zobaczyć dużo. Może nasza wycieczka nie wyjdzie taniej, ale za to na pewno lepiej, bo do wielu miejsc jednak autobusami nie dojedziemy. Nie mówiąc już o elastyczności i oszczędności czasu jakie samochód nam daje. Jest jednak haczyk - jeśli na co dzień jeździsz tylko po mieście, ew. z miasta do miasta, to jednak może odpuść, bo Madera jest trudna i podstępna. Zwłaszcza w interiorze. Ja prawo jazdy mam, ale jestem sierota i nawet nie próbowałem tam jeździć, ale za to moja Ania nabyła wioskowo-górskie doświadczenie w Passeratti i wielkim Defenderze, także żadne zakręty czy wzniesienia jej już nie wzruszają. Nawet w trzyletnim Punto 1.4. Aczkolwiek następnym razem może szarpniemy się na jakąś lepszą klasę, bo choć Punto wszędzie dało radę, to bywało, że trzeba było je trochę przydusić.

W skrócie jak to wygląda;
* trzeba poczytać o ubezpieczeniach - na Maderze łatwo o ryskę, że o spadających kamieniach nie wspomnę, sugeruję więc wziąć pełen pakiet,
* klasa A w zupełności wystarczy, ale coś z napędem 4x4 będzie po prostu przyjemniejsze w jeździe,
* jak nie umiesz w kręte, strome i wąskie drogi, to weź autobus. Serio.

Mniej więcej tyle. Więcej w temacie wiedzieć nie trzeba. A, to może jeszcze parkowanie. Na Maderze parkować wolno tylko w miejscach do tego wyznaczonych. Koło większych atrakcji bywa z tym różnie, ale na ogół wystarczy nie być chujem i trzymać się zasad;
* miejsca dla autobusów są dla autobusów. Jak nie ma ruchu, a my 'tylko na chwilkę' to nie powinno być źle, ale może być też tak, że kierowcy zadzwonią po policję, a ci ponoć są tam szybcy,
* na chodnikach parkować nie wolno, ale tych też nie ma wiele, co o tyle upraszcza sprawę,
* miejsca zaznaczone białą farbą - można parkować bezpłatnie i cieszyć się okolicą,
* miejsca zaznaczone żółtą farbą - podobnie, tyle, że one są prywatne i należą do np. sklepów albo restauracji. Jeśli się nie jest klientem to akcja może rozwinąć się jak pkt. 1,
* miejsca zaznaczone niebieską farbą - parking płatny. Fajnie o tym wiedzieć przed mandatem niż po, chociaż myślałem, że pan nam zasadzi jakieś 20€, a nie tylko 4,40€. Bo otóż parkingi płatne są na Maderze bajecznie tanie, więc na szczęście i mandaty również. Jakieś kilkadziesiąt centów za godzinę idzie udźwignąć, a z mandatami jest tylko problem. Można je jednak szybko zapłacić albo w automacie/parkomacie albo na poczcie, tyle, że wtedy mamy ok 1,40€ więcej do rachunku. Lepiej też o tym nie zapomnieć, bo wypożyczalnie kochają takich zapominalskich.

Cabo Girão
Tutaj de facto zaczyna się nasza przygoda z Puntorri. Naszym pierwszym przystankiem na trasie było Cabo Girão, czyli klif, który można podziwiać przez przeszklony taras widokowy. Znajduje się on kilka kilometrów na zachód od Funchal i to tam z parkowaniem jest właśnie nędza, ale jak nie ma autobusów to można ryzykować, chociaż wcześniej lepiej spytać, czy nie będzie problemu. Sam taras oferuje nam śliczny widok na ocean, stolicę i okolicę, no i oczywiście na to, co pod nami. My nie mieliśmy problemu z wejściem na szkło, ale ponoć są i tacy, z którymi trzeba to negocjować. Jednak naprawdę świetnie to wygląda, zwłaszcza, kiedy ma się świadomość, że pod sobą ma się prawie 600 m do ziemi. Wstęp jest bezpłatny, więc miło.

Ponta do Pargo
Nie licząc małego przystanku na kawę w pobliżu Ponta do Sol oraz Lombo Do Doutor, gdzie chcieliśmy sprawdzić jak wygląda obserwowanie wielorybów i dostaliśmy mandat, następny przystanek mieliśmy dopiero w Ponta do Pargo - najbardziej wysuniętym na zachód miejscu Madery. Poza sezonem jest tam cicho i spokojnie i nie licząc kilku osób byliśmy tam sami. Ludzie jednak szybko się rozeszli i zostaliśmy tylko my, ocean i kot. Bo akurat był jeden. No i latarnia morska z 1922 roku. To miejsce nie daje tylu możliwości co Cabo da Roca, o którym pisałem -> tu, gdzie można sobie pochodzić po terenie i nawet zejść nad sam ocean, ale i tak jest przepięknie. Przyznaję, że całe życie mieszkam w mieście, niskich blokach do tego, i najbliższy punkt, na którym zatrzymuje się mój wzrok mam 50 metrów dalej, więc stojąc tam wtedy nad krawędzią i patrząc w ocean, tym bardziej wydawało mi się nieprawdopodobne to, że najbliższym lądem jest dopiero wybrzeże Stanów Zjednoczonych. Wow!

Następnie pojechaliśmy na północ ku Porto Moniz, które stało się naszą bazą wypadową na najbliższe trzy dni. Ale o tym już w następnej notce o północy oraz interiorze wyspy. Może już nie będzie tego tak dużo.

Galeria do notki znajduje się -> tu
Read more →

10 sty 2018

Portugalia cz. 2 - Sintra i Cabo da Roca

,

Sintra leży jakieś kilkadziesiąt kilometrów na zachód od Lizbony i najszybciej dostaniemy się tam kolejką. Pociągi w kierunku Sintry jeżdżą często, mniej więcej co pół godziny, ale to też zależy skąd się jedzie. My jechaliśmy z dworca Rossio koło godziny 13 i bezpośredni pociąg do Sintry odjeżdżał stamtąd tylko raz na godzinę, chociaż według rozkładu jazdy miał być co 30 minut. Najlepiej więc sprawdzić na miejscu. Ewentualnie można jechać z przesiadką, co nie kosztuje nas ani centa więcej, ale za to będziemy 4 minuty w plecy. Bilet w jedną stronę to koszt 2,25€, chyba, że mamy już wykupiony wcześniej ten bilet za 10,15€, o którym wspominałem w poprzednim wpisie -> tu <-,  wtedy nie dość, że do woli śmigamy wszystkim po Lizbonie, to jeszcze możemy zrobić sobie taką wycieczkę do Sintry (oraz Cascais).

Quinta Regaleira, Sintra
No i tak - są tacy, jak taki jeden znajomy z blożka bliżejdalej, którzy się nad Sintrą rozpływają i polecają walić tam jak w dym, ale są i tacy, dla których to kolejna atrakcja turystyczna, którą owszem, jak najbardziej warto zwiedzić, ale jak się opuści to się nic nie stanie. Dziś jestem gdzieś tak pomiędzy, ale chyba bardziej skłaniam się ku tej drugiej grupie. Fajnie, ładnie, pałace, krajobrazy, parki, do tego cudowne widoki, zwłaszcza jak jest lekka mgła, jednak spędziliśmy tam zbyt mało czasu, by zostać rzuconymi na kolana. No i do tego główna atrakcja, dla której tam pojechaliśmy, czyli Parque da Liberdade była zamknięta i pozostało nam ledwie westchnąć patrząc ku parkowi przez bramę. Rzecz jasna Sintra ma wiele innych i ciekawszych rzeczy do zobaczenia, ja to wiem, jednak z dostępnym czasem coś trzeba było wybrać.
Sintra jesienią
Zresztą do ostatniej niemal chwili nie wiedzieliśmy, czy w ogóle do tej Sintry pojedziemy. Przyznaję, że trochę mi się nie chciało, bo wolałem pokręcić się po Lizbonie i tak trochę lepiej ją poznać, ale z drugiej strony czułem, że będzie mi później szkoda, zwłaszcza wycieczki na zachodni kraniec Europy, czyli do/na Cabo da Roca. Jak widać po zdjęciu na samej górze szczęśliwie dotarliśmy i tam, o czym jednak za chwilę. Teraz skupmy się Sintrze i tym, z czego ona słynie najbardziej. A są to przede wszystkim różnej maści pałace; a to starsze, a to nowsze, a to bardziej na widoku, a to pochowane gdzieś w lesie, a to bardziej popularne, a to nieco mniej. Do tego każdy inny i każdy piękny. Zresztą to, że jest to kraina pałaców idzie zauważyć niemal od razu po wyjściu z pociągu, bowiem pierwszym, co rzuci nam się w oczy, będą charakterystyczne kominy niegdysiejszej letniej rezydencji portugalskich królów, czyli Pałacu Narodowego (port. Palácio Nacional de Sintra). Mi akurat one do otaczającego krajobrazu w ogóle nie pasują, ale za to dziedziniec jest już ładny. Można sobie tam na chwilę przycupnąć, zjeść bułkę i ogarnąć wzrokiem niemałą część miasteczka

Inną perełką jest Quinta da Regaleira, czyli Pałac Milionera Monteiro wraz z otaczającym go ogrodem, w którym najlepsze co można zrobić to się zgubić. Największą atrakcją kompleksu jest tzw. Studnia Wtajemniczenia, będąca czymś na kształt odwróconej wieży, na której dno można zejść krętymi schodami. No ale cóż... nas tam nie było. Myślę, że będzie to do zrobienia następnym razem, bo nie wykluczam, że jednak takowy jeszcze się kiedyś zdarzy. By jednak nie zostawić tego miejsca tu ot tak to chętnych wiedzy odsyłam do strony infolizbona.pl, gdzie wszystko co najważniejsze jest zgrabnie opisane

Castelo dos Mouros, czyli Zamek Maurów, Sintra
Na karteluszce z Sintra must-see zapisałem sobie jeszcze stary, bo pochodzący z ósmego wieku n.e., Zamek Maurów. My nie mieliśmy już czasu, by choćby pomyśleć o wycieczce na zamkowe wzgórze, jednak wspominam o nim tutaj, gdyż według mnie warto go wziąć pod uwagę planując pobyt w Sintrze. Raz, że to kawał historii, to dwa ponoć widok stamtąd jest obłędny. Na górę oczywiście można podejść piechotą, ale chyba najwygodniej będzie załapać się na miejski autobus linii 434 i nim wygodnie podjechać. Bilet kosztuje bodaj 5€ i można z niego korzystać cały dzień.

Czas naglił, bo dzień krótki, więc poszliśmy szybko w stronę dworca, skąd odjeżdżał autobus 403 w stronę Cabo da Roca i dalej, aż do Cascais. Nam udało się wsiąść do autobusu, który już właśnie ruszał, ale jednak dobrze znaleźć się na przystanku trochę wcześniej, gdyż dzięki temu jest szansa, że sobie w autobusie usiądziemy. Warto mieć to na uwadze, bo podróż w jedną stronę trwa około godziny i jest raczej nudna. Normalnie jedzie się minut czterdzieści, ale nasz kierowca zatrzymał się na dodatkowe 20 gdzieś w środku niczego nie wyjaśniając nikomu co i jak.

Latarmia na Cabo da Roca
Dojechaliśmy jednak szczęśliwie i znaleźliśmy się na samiutkim końcu kontynentalnej Eurazji - Cabo da Roca. W zasadzie trudno cokolwiek napisać o tym miejscu, gdyż główną atrakcją jest tam ocean, wiatr i kupa kamieni. Myślę jednak, że dla tego wszystkiego, a przede wszystkim dla genialnych widoków, warto zrobić sobie taką wycieczkę, której nawet spore tłumy nie są w stanie zepsuć. Bo nawet w listopadzie ludzie są tam dosłownie wszędzie. Na klif wchodzić niby nie wolno, ale nie zauważyłem, by ktokolwiek się tym przejmował, także wszyscy chodzą swobodnie po całym terenie i robią mnóstwo zdjęć. Nie żebyśmy my byli jacyś inni - pstrykałem, aż matryca płonęła. Uważać jednak trzeba, choćby po to, by nie powtórzyła się historia sprzed kilku lat, kiedy pewne polskie małżeństwo runęło w przepaść w poszukiwaniu idealnego selfie. To tak ku przestrodze, zwłaszcza, że na miejscu naprawdę potrafi nieźle zawiać.
Cabo da Roca
Prywatnie polecam znaleźć się tam gdzieś na godzinę, półtorej przed zachodem słońca - mamy wtedy dość czasu, by sobie wszystko dobrze zobaczyć, połazić po krzakach, poskakać po skałach, zejść ku oceanowi i w końcu doświadczyć pięknego finału dnia. Następnie trzeba już tylko w miarę szybko i sprawnie przetransportować się na przystanek autobusowy, bo większość współoglądaczy zachodu będzie chciała zrobić to samo. Ku pamięci - bilet na autobus 403 kosztował nas jakieś 4€ na osobę. Internet mówi, że 4,05€, ale to chyba było nieco więcej, pewnie dlatego, że u kierowcy. Pamięć już nie ta, a nie zapisałem. Niemniej orientacyjna cena to 4€ w jedną stronę, niestety.

Koniec! Krótka notka tym razem, ale i tak wypada mi tu dodać jakieś podsumowanie - zatem tak; jeśli macie powiedzmy pół dnia do wykorzystania to nie jedźcie o Sintry. Szkoda Waszego czasu, a potem będzie Was ściskać w pośladkach, że przecież byliście, a tylu pięknych rzeczy nie widzieliście. Na Sintrę bowiem wypada mieć co najmniej jeden pełny dzień - najlepiej w lecie, kiedy słońce zachodzi koło godziny 21. Bo to jednak bogate i urocze miejsce, które warto samemu odkryć, gubiąc się na przykład w którymś z parków lub gdzieś w wąskich i stromych uliczkach miasteczka. Wiem co napisałem na początku, sam tam nie wpadłem w zachwyt, ale wiem, że być może bym wpadł, gdybyśmy mieli więcej czasu, a dzień był dłuższy. No i zobaczyłbym wtedy tamtejszy zabytkowy tramwaj... wtedy zachwyt murowany.

Galeria do notki znajduje się -> tu
Read more →

10 gru 2017

Portugalia cz. 1 - Lisbon Story

,

Nigdy wcześniej nie byłem w Portugalii. Niewiarygodne? Chyba nie aż tak bardzo biorąc pod uwagę odległość i połączenia, których dogodnych nigdy nie było. Może tylko poza portugalskim TAPem, który i tak latał tylko z Warszawy i do tego po cenach w jedną stronę, jakich nie bierze się pod uwagę kupując bilety w dwie. Potem wszedł Wizz i w końcu Ryanair i coś zaczęło się dziać w temacie, ale ja wciąż miałem inne priorytety i trochę traktowałem tę Portugalię jak wszyscy - nie myślałem o niej na poważnie. W tym roku to się zmieniło. 
Pisałem przy okazji wpisów o Malcie, czyli tu i tu, że potrzebowaliśmy z Anią takich prawdziwych wakacji, bo wszystko co na ten rok mieliśmy zaplanowane, a po części nawet już zorganizowane, nie wypaliło, a pozostałe plany mieliśmy ciągle w proszku. Któregoś dnia Ania w końcu powiedziała - Madera. Przytaknąłem i spojrzałem na azair.cz skupiając się już tylko na tym kierunku. Z pomocą przyszedł Ryanair, który od jesieni zaczął latać z Krakowa do Lizbony, więc było już na czym rzeźbić. Ja wiem, że obok są Katowice i można sobie stamtąd polecieć i do Lizbony i do Porto, a nawet do Faro chyba, ale dojazd na to lotnisko to wciąż wstyd dla regionu, więc unikam. Dalej już samo poszło i ostatecznie na naszej drodze mieliśmy mieć cztery przystanki i tym samym pięć lotów - Kraków->Lizbona->Funchal->Porto->Marsylia->Kraków. Ostatnie połączenie to kolejna nowość w siatce Ryanaira, co było jakże miłym akcentem, zwłaszcza cenowo, ale z drugiej strony trząsłem trochę portami jak O'Leary odwoływał we wrześniu loty, w tym nierzadko te, które jeszcze nie wystartowały.
Kończąc ten przydługi wstęp zapraszam do Lizbony.

Transport
Tuk-tuk na Rua da Conceição, Lizbona
Lizbońskie lotnisko znajduje się stosunkowo blisko centrum, więc lądując mamy wrażenie, że zaraz rozbijemy się o jakiś wyższy budynek. Niedawno, chyba w roku 2012, do czerwonej linii metra dobudowano odcinek łączący dworzec Oriente z lotniskiem i dzięki temu możemy szybko i wygodnie dojechać do centrum. Wcześniej jednak - trzeba kupić bilety(!). I teraz tak, bo to ważne; nim w ogóle polecimy do Lizbony, to musimy określić co w ogóle będziemy tam robić. To taka rada dla tych, którzy nie szastają eurasami na prawo i lewo, bo jest im wszystko jedno. Tych biletów trochę jest, ale skupię się na dwóch, które moim zdaniem najbardziej się przydają. A więc do wyboru mamy bilet 24-godzinny, którym możemy śmigać metrem, autobusami, tramwajami i windami do oporu i kosztuje on nas 6,15€, lub podobny bilet, do którego dokładamy kolejne 4€, dzięki czemu do powyższego dostajemy możliwość poruszania się pociągami i tym samym dojechać do Sintry i Cascais. Od razu napiszę, że do Sintry należy się wybrać, więc opcja numer dwa jest moim zdaniem najbardziej słuszna. Do tych cen, tj. 6,15€ i 10,15€, należy dodać koszt kartonika, czyli jakieś 30 czy 50 centów, co już nie jest fajne, bo już ich więcej nie zobaczymy, a kartonik zostaje nam na pamiątkę. Można się jeszcze bawić w karty z doładowaniem w automatach, jednak moim zdaniem to jest dobra opcja jak ktoś w Lizbonie zostaje na dłużej. My mieliśmy półtora dnia, więc z musu wybraliśmy opcję 1 i 2. Jeśli kogoś interesują pozostałe opcje to wszystko jest wyjaśnione -> tutaj.

Ogólnie transport w mieście, głównie dzięki rozbudowanemu metro... metru, działa bardzo dobrze. Jedynym mankamentem może jest to, że kolejka jeździ dopiero od 6:30, więc jak ma się lot o godzinie 7:00 to trzeba szukać alternatywy. Dla nas był nią kursujący co pół godziny nocny autobus 208. Nie jest może tak szybki i wygodny, ale był przygodą samą w sobie, gdyż w tamten niedzielny poranek był zaprany po dach mieszanką skonsternowanych turystów, przysypiających mieszkańców i głośnych lokalnych Sebków wracających z imprezy do swoich domów w dzielnicy Chelas. 
Carris Remodelado, czyli... odnowiony
Poza metrem i autobusami Lizbona ma oczywiście tramwaje - krótkie, stare, żółte tramwaje, które są normalnym środkiem transportu dla lizbończyków, ale podejrzewam, że w sezonie bardzo z nich nie korzystają, bo turyści im na to nie pozwalają. 
Historia lizbońskich tramwajów elektrycznych zaczyna się w roku 1901 i trwa do dziś. Oczywiście nie bez zawirowań czy prób unicestwienia systemu. W czasach świetności sieć liczyła aż 27 linii, które po roku 1959, czyli kiedy otwarto pierwszą linię metra, zaczęto redukować. Zdecydowano jednak, że tramwaj zostanie wzdłuż rzeki Tag oraz w górzystych częściach miasta - i tu taka ciekawostka; po tej górzystej części jeździ głównie turystyczna teraz linia 28 i na jej trasie znajdują się najbardziej strome podjazdy tramwajowe na świecie. Polecam się przejechać. Fajnie buja. Ale to tak na marginesie. Co do reszty sieci plany były dosyć niekonkretne - uznano, że posłuży dopóki się nie rozpadnie. Świetny plan drodzy radni, dobrze mieć u władzy kogoś, kto ma takie światłe i przyszłościowe podejście i tym samym dba o mój komfort i bezpieczeństwo. To jednak działo się w radosnych latach 70', natomiast największa rzeź przyszła stosunkowo późno, bo dopiero z początkiem lat 90' kiedy wycięto 2/3 wszystkich linii. Operacja się udała, pacjent umarł. Co prawda już mniej więcej wtedy we Francji czy Wielkiej Brytanii myślano o tym jak tramwaje przywrócić na tory, ale mimo to Portugalczycy i tak wiedzieli lepiej. 
Siemens Articulado
W roku 1995 kupili jednak całe dziesięć sztuk niskopodłogowych tramwajów od Siemensa (tzw. Articulado), które wyglądają jak makieta z kartonu, a do tego trzeszczą, są zrobione po taniości i dosyć zaniedbane. Aczkolwiek wchodzi do nich znacznie więcej ludzi, niż do tych klimatycznych, starych wagonów, więc wygrywają praktycznością. Gdyby ktoś bardzo chciał je zobaczyć i poczuć jak się tym jeździ, to można je spotkać na linii 15 do m.in. Belem. 
Krótko podsumowując - cóż, żółte tramwaje to symbol Lizbony i o tym każdy wie i to bez względu na to, czy mu się to podoba czy też nie, jednak władze Lizbony odkryły to dopiero w zeszłym roku, kiedy to burmistrz przyznał, że likwidacja i zaniedbanie systemu to był błąd i tym samym obiecał rozpocząć pracę nad jego rekonstrukcją. Ja wiem, że to takie polityczne gadanie, ale mimo wszystko liczę, że choć po trosze to się uda, zwłaszcza, że na wielu ulicach wciąż leżą tory, które tylko czekają, aż coś na nie wyjedzie.
Ok, to tyle o tramwajach. Do czasu notki o Porto nie wspomnę o nich ani słowem. Tak trochę chyba obiecuję.

Jedzenie itp.
kamienica pokryta azulejos
Sercem Lizbony jest Rossio wraz z dzielnicami Chiado i Baixa Pombalina. To stara część stolicy pełna wąskich uliczek, stromych podejść, pięknych kamienic wyłożonych azulejos, czyli kolorowymi płytkami w przeróżne wzory, ale także sklepów, turystów, restauracji, pubów i sprzedawców pieczonych kasztanów, którzy skutecznie zadymiają całe miasto. Polecam tę okolicę na wieczorny obiad, piwko czy kieliszek ginji, jeśli sytuacja wymaga czegoś mocniejszego. Ginja, czy Ginjinha bardziej, to taki wiśniowy likier, coś jak nasza nalewka, tylko oni raczej nie robią tego na spirytusie. Chociaż tę, którą piliśmy w Lizbonie posądzam o właśnie taki wzmacniacz. Nie ma jednak jednej ginji i wszystko zależy od tego gdzie się pójdzie, bo Portugalia to pod tym względem normalny kraj, gdzie można pędzić swój alkohol, a potem go sprzedawać. Bywa, że do kieliszka wrzucą nam także i wiśnie, co jest nawet ciekawe, ale koszmarnie krzywi ryj. Pani, u której się częstowaliśmy, mówiła nawet, że większość klientów woli właśnie same wiśnie od likieru. I idzie to nawet zrozumieć. Pamiętam jak jakiś czas temu byłem na wakacjach ze znajomymi w Uściu Gorlickim gdzie wieczory spędzaliśmy na niszczeniu się w kanastę oraz takimi właśnie wiśniami, które wcześniej posłużyły do robienia nalewki. Ale tu jest Polska i tu się używa spirytusu, więc już po kilku kolana miało się miękkawe.

pastéis de nata
Lizbona ma to do siebie, że nie trzeba specjalnie długo szukać, by dobrze zjeść. Gorzej jest z porą. Jeśli jesteśmy głodni o godzinie 17 to możemy mieć problem ze znalezieniem lokalu z otwartą kuchnią. Pierwszego dnia jeszcze nie byliśmy tego świadomi, a naprawdę trochę już nam się umierało w środku. Mijaliśmy wiele zamkniętych lokali lub takich, w których było zupełnie ciemno i pusto. W końcu weszliśmy nieśmiało do jakiejś kuchni azjatyckiej i spytaliśmy nieśmiało czy otwarte. Pan rozkładający papierowe serwety spojrzał na zegarek i oznajmił, że tak, teraz już tak. Po nas weszły może dwie inne osoby, ale poza tym to nie był jeszcze czas na Portugalczyków. Zjedliśmy tam całkiem dobry ramen, jednak to nie było to czego szukaliśmy. Dopiero następnego dnia, gdzieś w okolicach Chiado i dworca Cais do Sodré, zjedliśmy najlepsze sardynki na świecie. Co więcej za talerz z czterema pokaźnymi okazami i masą dodatków daliśmy po 9€. Szukałem tego na mapach Googla, ale nie znalazłem i niestety nie mogę podać gdzie to dokładnie było, jednak z drugiej strony to żadna strata, bo jak napisałem powyżej Lizbona, jak i cała Portugalia zresztą, to miejsce, gdzie wszędzie można dobrze zjeść, zwłaszcza ryby i pozostałe owoce morza. 
Na marginesie tylko dodam, że pierwszym co zjedliśmy w Portugalii były te ich budyniowe babeczki, czyli pastéis de nata kupione w jakiejś piekarni na stacji metra. Dobre, ale więcej niż dwóch na raz bym nie zjadł.

Zwiedzanie, chociaż bardziej - gdzie doszliśmy
Torre de Belém
Nasz plan na zwiedzanie Lizbony nie był obszerny. Bardziej nastawieni byliśmy na poznawanie tego miasta po swojemu, aczkolwiek zaznaczyliśmy sobie kilka miejsc, które chcielibyśmy koniecznie odwiedzić. Jednym z takich must-see była XVI-wieczna Wieża Belem (Torre de Belém). Pojechaliśmy tam wieczorem co bym raczej odradzał każdemu - fakt, ludzi nie ma, ale nie ma też tego uroku, który bije z wielu zdjęć. Ponadto wieża jest też słabo podświetlona i po prostu ginie w mroku. Trochę szkoda, myślę, że tak starą i ważną budowlę, do tego znajdującą się na liście UNESCO, warto byłoby trochę bardziej wyeksponować. No i do tego był odpływ. Na jesieni wieżę można zwiedzać do 17:30 (bilet 6€), a my byliśmy już dawno po tej godzinie, więc tylko obeszliśmy zabytek jak mogliśmy i zrobiliśmy parę obowiązkowych fotek. Trochę szkoda, że nie udało nam się jej zwiedzić bardziej, bo to kawał fajnej i długiej historii. Zbudowana w latach 1515-1519 miała strzec lizbońskiego portu u ujścia rzeki Tag, co było istotne zwłaszcza w epoce odkrywców. Ciekawostką jest, że pierwotnie znajdowała się ona na małej wyspie leżącej kawałek od brzegu, lecz po silnym trzęsieniu ziemi z roku 1755 koryto rzeki się przesunęło, a wysepka złączyła z lądem. Wieża natomiast przetrwała kataklizm w dobrym stanie.
Pomnik Odkrywców
Nie to co Klasztor Karmelitów, którego ruiny można zwiedzać w centrum miasta, ale jego niestety nie zwiedziliśmy, więc pominę. Inną ciekawostką jest to, że w roku 1833 przez dwa miesiące w wieży Belem gościł Józef Bem, choć trochę wbrew swojej woli. Wtedy bowiem była ona więzieniem, jak zresztą przez większość swojego istnienia. Bem chciał stworzyć legiony polskie w Portugalii, ale z różnych względów bardzo mu to nie szło, więc pojechał do Lizbony się wykłócać, że jak to? i dlaczego to? i w końcu został zamknięty w wieży. I potem trzeba było negocjować, by go wypuścili. Zważywszy jednak na fakt, że Portugalia w owym czasie miała swoje wewnętrzne problemy, w które Bem zresztą ingerował, to nie dziwne, że go zamknęli.
Tuż obok stoi inna strzelista atrakcja. Kiedy przeglądałem zdjęcia Lizbony, zarówno przed wyjazdem jak i teraz, to mam wrażenie, że jest to dla wielu ciekawsze od Wieży Belem - mowa o Pomniku Odkrywców (Padrão dos Descobrimentos). To stosunkowo nowa narośl, bo wzniesiono i odkryto ją w roku 1960 na wzór oryginalnego pomnika z roku 1940 powstałego tam z okazji Targów Światowych. Ładne to, spore i wysokie, a na górę można wejść po oddaniu 3€, jednak z zewnątrz nie powala jakoś bardzo. Skoro jednak już się jest w pobliżu, to jak najbardziej warto podejść i zobaczyć, ale to tyle. Może za dnia wygląda to wszystko lepiej, nie mówiąc już o widoku z góry. Ładna natomiast jest mozaika na placu przed pomnikiem.
W pobliżu znajduje się jeszcze jedna perełka, o której nie wypada chociaż nie wspomnieć - Klasztor Hieronimitów. Zważywszy na porę ani go nie zwiedziliśmy, ani nie obejrzeliśmy z bliska, czego dosyć żałuję, bo to prawdziwe cudo, które będzie do nadrobienia następnym razem. Natomiast na marginesie tylko dodam, że to tam w grudniu 2007 podpisano traktat lizboński.

Praça do Comércio i Arco da Rua Augusta
Drugiego dnia podjechaliśmy do Alfamy - najstarszej dzielnicy Lizbony. Bezpośrednio dojechać tam można tramwajem 28, jednak my wybraliśmy metro, z którego wyszliśmy przy Praça do Comércio. Teraz to wielki i otwarty na ocean plac, ale kiedyś w tym miejscu znajdował się Pałac Ribeira będący rezydencją królów Portugalii. Nie przetrwał on jednak wspomnianego wcześniej trzęsienia ziemi i nigdy też nie został odbudowany. Czytając historię tego miejsca nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest ono raczej pechowe dla portugalskich królów, gdyż to tutaj w roku 1908 zamordowano przedostatniego króla Portugalii Karola I. My się nad tym jednak długo nie zastanawialiśmy tylko przecięliśmy plac i przeszliśmy pod Arco da Rua Augusta, łukiem triumfalnym upamiętniającym odbudowę miasta po pamiętnym trzęsieniu, kierując się od razu w stronę Alfamy, bo raz, że to był nasz cel, a dwa nie mieliśmy całego dnia - chcieliśmy jeszcze jechać do Sintry i na Cabo da Roca.

Klub Fado, Alfama, Lizbona
Kiedyś, w czasach gdy na prawie całym półwyspie iberyjskim panowali Maurowie, Alfama była najważniejszą częścią miasta, ba, Alfama była miastem, gdyż dopiero później, po przejęciu władzy przez chrześcijan w roku 1147, zaczęto się osiedlać bardziej na zachód, tam gdzie dziś jest Baixa i Chiado. Z tamtych czasów zachowały się tylko fragmenty murów, układ ulic oraz przede wszystkim górujący nad całością Zamek Św. Jerzego. Rzecz jasna to co widać dziś to już zupełnie inna bajka, do tego dość współczesna, ale pierwszą konstrukcję i fundamenty postawili Maurowie. Gdybyśmy mieli czas to podeszlibyśmy i tam, bo podobno widok stamtąd jest nieziemski, a tak skupiliśmy się tylko na szwędaniu się po absolutnie przepięknych, wąskich uliczkach tej dzielnicy i nieco bardziej doczesnej atrakcji - targu staroci, czyli Feira da Ladra
Feira da Ladra, Lizbona
Przyznaję, że bardzo lubię takie miejsca. Nie zawsze chce mi się grzebać, ale cieszy mnie oglądanie tych wszystkich gratów, które ludzie próbują sprzedać, chociaż tak naprawdę chyba nikt na to nie liczy, tylko po prostu wystawia, by było. No bo na przykład kto kupi jeden but? Albo resoraka bez kół? Chociaż może po prostu brak mi wyobraźni. Targ w tym miejscu znajduje się od ponad 130 lat, ale sam w sobie jest znacznie starszy, tylko trochę wędrował po mieście. Cieszy fakt, że pomimo tego, że Feira da Ladra jest dziś jedną z atrakcji turystycznych, to wciąż można spotkać tam te wszystkie pierdolety, a nie tylko podrabiane starocie, pamiątki i wyroby z Chin. Jasne, że jest i to, ale w niewielkim stopniu. Zdziwiło mnie natomiast to, że prawie w ogóle nie było starych monet. Ktoś tam miał jakieś, ale to tyle. Dla formalności dodam, że targ działa tylko w soboty i wtorki oraz, że warto zajrzeć.

Ale wracając jeszcze na chwilę do Alfamy - myślę, że będąc w Lizbonie należy o tę część miasta zahaczyć. W przeciwieństwie do Baixy tam życie płynie innym rytmem - jest spokojnie, cicho, panuje jakaś taka równowaga i przyjemna atmosfera. Ludzie się nie spieszą, nawet turyści, którzy oczywiście też tam są, chodzą wolniej i jakby bardziej się rozglądali wokół. A jak widzą, że robisz zdjęcie to się usuną, a nie zatrzymają przed obiektywem udając, że cię nie widzą. Ponadto znajduje się tam niemy świadek założenia państwa portugalskiego, czyli Katedra Najświętszej Maryi Panny (lub po prostu Sé de Lisboa) zbudowana w roku 1150 jako dowód zwycięstwa nad Maurami i przejęcie tych terenów przez chrześcijan. Postawiono ją oczywiście na stojącym w tym miejscu meczecie, bo jakżeby inaczej. Nie wchodziliśmy do środka, jednak z zewnątrz świątynia prezentuje się absolutnie przepięknie. Ją też uszkodziło trzęsienie, jednak udało się dokonać rekonstrukcji, co po trosze wciąż jest widoczne i moim zdaniem dodaje jej więcej uroku. 
Czas nas może nie naglił, ale chcieliśmy skoczyć do Sintry i na koniec Europy, więc wróciliśmy na dworzec Rossio, skąd odjeżdżał nasz pociąg na zachód, ale o tym w następnej notce. Tu już jest przecież cała tona tekstu.

Dworzec Oriente
Kończąc temat Lizbony chcę wspomnieć jeszcze o jednym miejscu - dworcu Oriente. W roku 1998 Lizbona była gospodarzem wystawy Expo, więc by się do tego dobrze przygotować całkowicie zmieniła charakter swojej północno-wschodniej dzielnicy Oriente. Powstał nie tylko dworzec, ale także między innymi pawilony, oceanarium, wieża gondolowa, nowa linia metra, a nawet most Vasco da Gamy, który do dziś jest najdłuższą tego typu przeprawą w Europie. Uf... tyle dobrego z tego Expo. Całość oczywiście jest używana i można się nią cieszyć do woli, jednak moją uwagę zwrócił właśnie dworzec. Nie, że pociągi, autobusy i takie tam, ale dlatego, bo jego projektantem był hiszpański architekt Santiago Calatrava
Dworzec Oriente
Wspominałem tu o nim parokrotnie i nawet dostał tu swój osobny tag, więc może więcej nie będę się tu nad nim rozpływać, jednak napiszę tylko, że kiedy jechaliśmy z lotniska to po prostu musieliśmy zrobić tam przystanek i obejrzeć to jego dziecko dokładniej. To znaczy ja musiałem. Żaden ze mnie architekt, nie znam się na tym, nie umiem też żonglować nazwiskami co bardziej znanych architektów, jednak do tego konkretnego i jego konstrukcji mam słabość. Myślę, że to od momentu zobaczenia Puente de la Mujer w Buenos Aires, który według mnie jest po prostu idealny. Także nie ważne czy się znacie czy nie, myślę, że dworzec Oriente (ale też i okolice, na które my już czasu nie mieliśmy) jest warty zobaczenia. Podobnie jak cała Lizbona, na której spokojne zwiedzanie warto przeznaczyć minimum trzy dni, a taki listopad nadaje się do tego idealnie.

I na sam koniec już. Bo ja tu sobie tylko tak blożę i piszę co widziałem, czego nie widziałem, co mi się podobało, no i marudzę jak na urodzonego pod tą szerokością geograficzną przystało, więc nie ma tu wszystkiego, a to co jest może być opisane niedokładnie. Zatem - jeśli kogoś bardzo interesuje Lizbona i chce sobie o niej poczytać przed wyjazdem to polecam stronę sekrety-lizbony.pl. Tam jest wszystko, a nawet więcej, a ja przyznaję się, że zerkałem tam popełniając powyższe i teraz mam nadzieję, że dziewczyny nie będą miały mi tego za złe, jak jakimś cudem tu trafią. Drugim świetnym źródłem wiedzy jest portal infolizbona.pl i stamtąd też trochę pożyczyłem. Winny.

Szersza galeria do notki znajduje się -> tu
Read more →