11 lut 2018

Portugalia cz. 3 - Madera: Funchal i południe

,

Kiedy szuka się informacji o Maderze, to prawie zawsze w końcu trafi się na ranking najniebezpieczniejszych lotnisk na świecie. To dlatego, gdyż otóż to maderskie właśnie za jedno z takich uchodzi. Stanowi o tym głównie jego położenie, gdyż z którejkolwiek strony byśmy nie podchodzili do lądowania, to zawsze będziemy celować w ocean, natomiast z pozostałych stron mamy albo znów ocean, albo wzgórze. Takie radosne położenie oznacza częste zmiany wiatrów oraz zamglenia i stąd ta zła fama, aczkolwiek ostatni tragiczny wypadek zdarzył się tam ponad 40 lat temu - w grudniu roku 1977. Po tym zdarzeniu pas był wielokrotnie wydłużany, a lotnisko modernizowane. Ostatnia taka przebudowa miała miejsce na przełomie wieków, kiedy na 180 ogromnych, betonowych filarach dobudowano prawie kilometr pasa. Dziś jego długość wynosi prawie 2800 metrów i to na razie musi wystarczyć. 
lotnisko Madeira
Do Funchal jest stamtąd około 13 kilometrów. By się tam dostać to do wyboru mamy albo autobusy miejskie albo tzw. aerobus. By dotrzeć do MPK, to po wyjściu trzeba kierować się cały czas na wprost, ku parkingowi. Jeśli nie zbłądzimy to znajdziemy tam schody, którymi można dojść do przystanku autobusowego. Ja jednak nie doczytałem jak to jeździ i gdzie i jak często, więc czekaliśmy na aerobusa. Taka przyjemność kosztuje 5€ w jedną stronę lub 8€ w dwie. Wybierając ten środek transportu warto wiedzieć dokąd dokładnie chciałoby się dojechać, gdyż kierowca skrupulatnie to notuje i informuje nas na jakim przystanku powinniśmy wysiąść. My wiedzieliśmy, że chcemy wysiąść przy Mercado, czyli w samym centrum Funchal.

Cristiano Ronaldo
Miałem w sumie nie wspominać, no ale nie da się... tak, jest, oczywiście, że jest. I nie trzeba nawet szukać, bo znajdziemy to dzieło zaraz przy wyjściu z lotniska. Na początku próbowałem zachować powagę, że no rzeźba jak rzeźba, nie wyszła autorowi, chociaż ten twierdzi inaczej, ale przecież masę dziw już się widziało, więc jedna spartolona robota więcej nie powinna robić aż takiej różnicy, ale kiedy patrzę na zdjęcie tego nieszczęsnego popiersia Ronaldo, to nie mogę przestać się śmiać. To naprawdę wciąga - patrzysz i się śmiejesz i nie wiesz dlaczego. Żal tylko Ronaldo, bo musiał to przyjąć na klatę, co pewnie przy tylu reporterach i świadkach łatwo mu nie przyszło, tym bardziej, że na rodzimej wyspie traktowany jest nawet nie tyle jak król, ale bardziej jak bóg. Ma swoje muzeum, wielki posąg w centrum, no i teraz lotnisko nazwane swoim imieniem. I to wszystko będąc ledwo po trzydziestce. Nie jestem fanem, piłką nożną też interesuję się co Mundial/Euro, jednak... cóż, zapracował sobie na to.

Mercado dos Lavradores
Z autobusu wysiedliśmy tak jak chcieliśmy - w pobliżu Mercado, Mercado dos Lavradores właściwiebo tak to się nazywa oficjalnie. Życie toczy się tam od wczesnych godzin rannych i wtedy też na stoły wjeżdżają absolutnie wszystkie owoce morza i ryby, w tym przede wszystkim espada, czyli pałasz czarny, którego będąc na Maderze nie tyle trzeba, co należy zjeść. No, chyba, że ktoś jest wege, wtedy nie. Tyle, że szkoda trochę. Poza tym w hali sprzedaje się wszystkie pozostałe płody rolne od nasion, przez przyprawy, do warzyw i owoców. Z tych ostatnich to do wyboru mamy wszystko to, czego nie ma u nas, głównie kilka rodzajów marakui. Internet mówi, że na samej Maderze jest ich nawet 28, ale mi zaprezentowano ledwie 4. Wybrałem cytrynową i... fajne nawet, smakuje jak cytryna, wygląda jak piłka tenisowa. Lepiej jednak komponuje się z poncha, maderskim drinkiem z rumu i soku właśnie z marakui. Może być na słodko albo na kwaśno, zależy jaką marakuję sobie tam dodamy. Ania się w nim zakochała. Ja zresztą też dałem się kupić. Inną ciekawostką jest banana-ananas. To się tak nazywa... naprawdę, roślina to Monstera deliciosa, ale owoc to banana-ananas. Wygląda trochę jak szyszka, a smakuje jak słodki banan. Niestety fatalnie się to obiera. Jest jeszcze cherimoya, taka niewielka piłka z wypustkami. Nie ma przekonującego smaku, za to dużo pestek. Podsumowując halę targową - fajnie jest się tam pokręcić, jednak trzeba pytać o ceny - bywa drogo.

Fortaleza de São Tiago
Po zostawieniu rzeczy w hotelu, swoją drogą bardzo przyjemnym i przytulnym, poszliśmy się rozejrzeć. Wszędzie było nam blisko, bo hotel mieliśmy bardzo blisko oceanu, natomiast najbliższą atrakcją był fort São Tiago z początków XVII wieku. Ciekawe w nim jest to, że pełnił swoją militarną rolę aż do roku 1992 kiedy został przekształcony w Muzeum Sztuki Współczesnej. W centrum natomiast obejrzeliśmy sobie katedrę, czyli Sé Catedral de Nossa Senhora da Assunção, oraz pobliski deptak pełen kawiarń i restauracji. Tam też, tak na na dzień dobry, daliśmy się orżnąć na 3€, które kelner miał nam wydać, ale najwidoczniej uznał, że to napiwek i już nie wrócił. Ah... czemu nie jestem chamem ze sztachetą w ręku?

Józef Piłsudski w Funchal
Dodatkową ciekawostką w centrum Funchal są polskie akcenty. Jednym z nich jest sporawy pomnik Jana Pawła II, który spogląda na wchodzących i wychodzących z katedry, natomiast drugim jest popiersie marszałka Józefa Piłsudskiego, które znajdziemy jakieś 50 metrów dalej idąc ku oceanowi. Ma on też w Funchal rondo nazwane swoim imieniem, natomiast na domu, w którym pomieszkiwał do dziś wisi tablica pamiątkowa. Super, no ale moment... Na Maderze? Co?
To było tak. Na przełomie roku 1930 i 1931 Piłsudski spędził na wyspie swój najdłuższy urlop w życiu, który w papierach i rzeczywistości był wyjazdem ku poprawie zdrowotności. Mało przy okazji politykował, a czas spędzał głównie na wypoczywaniu na tarasie, piciu herbaty, układaniu pasjansa i rozwalaniu przeciwników w szachy. Co by nie było, w kraju właśnie rozprawił się z opozycją, a to zmęczyłoby przecież prawie każdego sześćdziesięciokilkulatka. Heh, prawie. Zresztą wcześniej wodzu także przecież nie próżnował. No i wszystko ułożyłoby się w logiczną całość, gdyby nie to, że marszałek zabrał na wycieczkę swoją osobistą lekarkę, młodszą o trzydzieści lat Eugenię Lewicką. Niestety ta nie dotrzymała mu towarzystwa do końca urlopu i wróciła do kraju wcześniej, gdzie czekała ją rozmowa z ówczesną żoną naszego wąsatego polityka. Tego o czym panie dyskutowały nie dowiemy się już nigdy, ale wciąż ciekawym pozostaje fakt, że kilka miesięcy później młoda lekarka została znaleziona martwa. Natomiast urlop Piłsudskiego trwał tylko trzy miesiące, czyli znacznie krócej, niż życzyłaby sobie tego opozycja. Rzecz jasna rzekomy romans także został wykryty i odpowiednio skomentowany. Zatem... cóż, śmieszkowanie z wizyt polskich polityków na Maderze, zwłaszcza w towarzystwie młodszych blondynek, to nie taka nowa sprawa.

Kościół Nossa Senhora do Monte
Trudno ocenić, czy wyjazd Piłsudskiemu bardziej pomógł czy zaszkodził, bo w końcu zmarł zaledwie cztery lata później, są jednak dowody na to, że pobyt na Maderze nie każdemu wyszedł na zdrowie. Niecałą dekadę wcześniej, na omawianej wyspie, swojego żywota dokonał bowiem ostatni cesarz Austro-Węgier Karol I Habsburg. On też tam został wysłany na rehabilitację, ale nie do końca zdrowotną. Wręcz przeciwnie - przebywanie w wilgotnym i nieprzyjaznym dla pozbawionego władzy i bogactw młodego cesarza klimacie, okazało się być zabójcze i na zapalenie płuc biedak był zszedł. Pochowano go w kościele Nossa Senhora do Monte, gdzie upamiętniono go także i pomnikiem. I tu koło się zamyka; dzięki Piłsudskiemu Polska nie była już w (częściowym) władaniu Karola I, ale mimo wszystko Jan Paweł II i tak tego drugiego beatyfikował. Wiki zresztą podaje, że to właśnie po nim 'nasz' papież nosił imię.

Ale zejdźmy już z tej historii.

Widok na Funchal
Do kościoła, w którym pochowany jest Karol I, można dojechać kolejką linową lub dojść piechotą. Są też autobusy, ale przyznaję, że nie mam pojęcia jakie. My wybraliśmy tę drugą opcję i raczej bym ją odradzał. Widoki są oczywiście przepiękne, ale trasa idzie po części wzdłuż wąskiej, krętej i dość ruchliwej drogi, więc istnieje szansa, że na którymś zakręcie zostaniemy zawinięci przez autobus. A te wolno nie jeżdżą. Później patrząc na tę drogę z kolejki linowej, a dzień później dodatkowo jadąc nią samochodem, nie chciało nam się wierzyć, że zdecydowaliśmy się na spacery po tej drodze. Chodnika, czy choćby pobocza, oczywiście tam nie ma. Niemniej warto odwiedzić tę część miasta, czyli Monte, choćby dla samego kościółka, ale też dla chyba głównej atrakcji Funchal, czyli dla dwukilometrowego zjazdu w wiklinowym koszu. W listopadzie owa atrakcja najprawdopodobniej już nie działa, bo nie widzieliśmy nikogo na takich sankach, ale same sanki już tak. Żadnych carreiros, czyli kierowców owych sanek, także niestety nie przyuważyliśmy. Akcji więc nie widzieliśmy, ale postudiowaliśmy cennik - i tak; jedna osoba pojedzie za 25€, dwie za 30€, a trzy za 45€. Niestety, ale w temacie atrakcji Madera nie jest super tania. Dla przykładu wjazd kolejką linową to 11€, w dwie strony 16€... cóż, wydaliśmy te 11€, bo naprawdę bardzo nie chciało nam się już stamtąd schodzić.

Carreiros do Monte
Wydatek rekompensowały nam jednak przepiękne widoki na ocean, zwłaszcza przy zachodzie słońca. Widoki na ląd również są zachwycające, lecz poniekąd także i smutne, gdyż ukazują wiele blizn, jakie różne kataklizmy pozostawiły po sobie w tej części wyspy. Największy z nich przyszedł niemal równo 8 lat temu, 20. lutego 2010 roku, kiedy podczas powodzi i związanych z nią lawin błotnych zginęło ponad 40 osób, a kilka wciąż uznaje się za zaginione. Ogromna część Funchal została zalana błotem, wiele domów zniszczonych, a koryto rzeki płynącej wzdłuż Alei 31. stycznia nieco się przesunęło. Plus z tego taki, że przy okazji odkryto pozostałości starego fortu. Przed powodzią w tym miejscu znajdował się plac z fontanną, co jeszcze widać na StreetView. Na szczęście dziś rzeka jest spokojna i płynie sobie leniwie kanałem, dzięki czemu jest bezpiecznym domem dla kaczek, które zresztą w mieście robią niemałą furorę.
Pozostałe blizny to skutki pożarów z sierpnia 2016 roku, kiedy ucierpiała znaczna część południowej części wyspy. Do dziś część roślinności jeszcze się nie podniosła, przy drogach stoją spalone kikuty drzew, natomiast to tu, to tam widać skorupy wypalonych domów.

Można się spotkać z opiniami, że Madera to idealne miejsce do zamieszkania - zawsze jest ciepło, nigdy nie ma śniegu, pluchy i pizgawicy, ale i upały to także rzadkość, są za to i góry i ocean. Nic tylko się przeprowadzać - co zresztą robi masa Niemców, którzy powoli tę wyspę wykupują. Mają nawet swoją wioskę. Ale to na marginesie. Ostatnie lata pokazały jednak, że życie w niemal idealnym klimacie ma także swoją cenę.

Wynajem samochodu
Puntorri
Na Funchal nie braliśmy samochodu. W centrum jest wąsko i nie bardzo jest gdzie parkować, szkoda też psuć krajobrazu samochodem, no i poza tym i tak byśmy go nie używali za dużo. Przed wyjazdem parę tygodni zabrało mi wybranie tej odpowiedniej i jedynej słusznej wypożyczalni, gdzie samochód będzie najlepszy, a cena najniższa. Wyszło jak wyszło w sensie całkiem nieźle, ale prawda jest taka, że niezależnie gdzie samochód wypożyczymy to i tak zapłacimy podobnie. Jak zaoszczędzimy na wynajmie, to nas skasują za ubezpieczenie. I na odwrót. Różnice oczywiście będą, ale nie będzie to 20€, a max kilka. My za 4 dni zapłaciliśmy około 100€ + paliwo w Keddy (Europcar), ale też nie wygraliśmy na loterii, bo dostaliśmy trzyletnie Punto. Dawało radę, ale jednak liczyłem na coś nowszego i... sam nie wiem, fajniejszego. Przy okazji czytania o wynajmie samochodu na Maderze szukałem też info, czy w ogóle warto. Bo przecież jest transport publiczny i w ogóle wszędzie da się nim dojechać, może nie jakoś mega rozbudowany, ale jest i nawet nie tak zaporowy cenowo, no ale...
autobus w Funchal
I tak szperając bo blogach przeczytałem gdzieś, że na Maderze można się spokojnie obyć bez samochodu, bo parafrazując 'jeździliśmy autobusami, sporo stopem i raz wypożyczyliśmy samochód'. Także ten. Ja proponuję się nie wygłupiać, nie kombinować i zainwestować w wypożyczalnię, zwłaszcza, jak czasu ma się mało, a chciałby się zobaczyć dużo. Może nasza wycieczka nie wyjdzie taniej, ale za to na pewno lepiej, bo do wielu miejsc jednak autobusami nie dojedziemy. Nie mówiąc już o elastyczności i oszczędności czasu jakie samochód nam daje. Jest jednak haczyk - jeśli na co dzień jeździsz tylko po mieście, ew. z miasta do miasta, to jednak może odpuść, bo Madera jest trudna i podstępna. Zwłaszcza w interiorze. Ja prawo jazdy mam, ale jestem sierota i nawet nie próbowałem tam jeździć, ale za to moja Ania nabyła wioskowo-górskie doświadczenie w Passeratti i wielkim Defenderze, także żadne zakręty czy wzniesienia jej już nie wzruszają. Nawet w trzyletnim Punto 1.4. Aczkolwiek następnym razem może szarpniemy się na jakąś lepszą klasę, bo choć Punto wszędzie dało radę, to bywało, że trzeba było je trochę przydusić.

W skrócie jak to wygląda;
* trzeba poczytać o ubezpieczeniach - na Maderze łatwo o ryskę, że o spadających kamieniach nie wspomnę, sugeruję więc wziąć pełen pakiet,
* klasa A w zupełności wystarczy, ale coś z napędem 4x4 będzie po prostu przyjemniejsze w jeździe,
* jak nie umiesz w kręte, strome i wąskie drogi, to weź autobus. Serio.

Mniej więcej tyle. Więcej w temacie wiedzieć nie trzeba. A, to może jeszcze parkowanie. Na Maderze parkować wolno tylko w miejscach do tego wyznaczonych. Koło większych atrakcji bywa z tym różnie, ale na ogół wystarczy nie być chujem i trzymać się zasad;
* miejsca dla autobusów są dla autobusów. Jak nie ma ruchu, a my 'tylko na chwilkę' to nie powinno być źle, ale może być też tak, że kierowcy zadzwonią po policję, a ci ponoć są tam szybcy,
* na chodnikach parkować nie wolno, ale tych też nie ma wiele, co o tyle upraszcza sprawę,
* miejsca zaznaczone białą farbą - można parkować bezpłatnie i cieszyć się okolicą,
* miejsca zaznaczone żółtą farbą - podobnie, tyle, że one są prywatne i należą do np. sklepów albo restauracji. Jeśli się nie jest klientem to akcja może rozwinąć się jak pkt. 1,
* miejsca zaznaczone niebieską farbą - parking płatny. Fajnie o tym wiedzieć przed mandatem niż po, chociaż myślałem, że pan nam zasadzi jakieś 20€, a nie tylko 4,40€. Bo otóż parkingi płatne są na Maderze bajecznie tanie, więc na szczęście i mandaty również. Jakieś kilkadziesiąt centów za godzinę idzie udźwignąć, a z mandatami jest tylko problem. Można je jednak szybko zapłacić albo w automacie/parkomacie albo na poczcie, tyle, że wtedy mamy ok 1,40€ więcej do rachunku. Lepiej też o tym nie zapomnieć, bo wypożyczalnie kochają takich zapominalskich.

Cabo Girão
Tutaj de facto zaczyna się nasza przygoda z Puntorri. Naszym pierwszym przystankiem na trasie było Cabo Girão, czyli klif, który można podziwiać przez przeszklony taras widokowy. Znajduje się on kilka kilometrów na zachód od Funchal i to tam z parkowaniem jest właśnie nędza, ale jak nie ma autobusów to można ryzykować, chociaż wcześniej lepiej spytać, czy nie będzie problemu. Sam taras oferuje nam śliczny widok na ocean, stolicę i okolicę, no i oczywiście na to, co pod nami. My nie mieliśmy problemu z wejściem na szkło, ale ponoć są i tacy, z którymi trzeba to negocjować. Jednak naprawdę świetnie to wygląda, zwłaszcza, kiedy ma się świadomość, że pod sobą ma się prawie 600 m do ziemi. Wstęp jest bezpłatny, więc miło.

Ponta do Pargo
Nie licząc małego przystanku na kawę w pobliżu Ponta do Sol oraz Lombo Do Doutor, gdzie chcieliśmy sprawdzić jak wygląda obserwowanie wielorybów i dostaliśmy mandat, następny przystanek mieliśmy dopiero w Ponta do Pargo - najbardziej wysuniętym na zachód miejscu Madery. Poza sezonem jest tam cicho i spokojnie i nie licząc kilku osób byliśmy tam sami. Ludzie jednak szybko się rozeszli i zostaliśmy tylko my, ocean i kot. Bo akurat był jeden. No i latarnia morska z 1922 roku. To miejsce nie daje tylu możliwości co Cabo da Roca, o którym pisałem -> tu, gdzie można sobie pochodzić po terenie i nawet zejść nad sam ocean, ale i tak jest przepięknie. Przyznaję, że całe życie mieszkam w mieście, niskich blokach do tego, i najbliższy punkt, na którym zatrzymuje się mój wzrok mam 50 metrów dalej, więc stojąc tam wtedy nad krawędzią i patrząc w ocean, tym bardziej wydawało mi się nieprawdopodobne to, że najbliższym lądem jest dopiero wybrzeże Stanów Zjednoczonych. Wow!

Następnie pojechaliśmy na północ ku Porto Moniz, które stało się naszą bazą wypadową na najbliższe trzy dni. Ale o tym już w następnej notce o północy oraz interiorze wyspy. Może już nie będzie tego tak dużo.

Galeria do notki znajduje się -> tu
Read more →

10 sty 2018

Portugalia cz. 2 - Sintra i Cabo da Roca

,

Sintra leży jakieś kilkadziesiąt kilometrów na zachód od Lizbony i najszybciej dostaniemy się tam kolejką. Pociągi w kierunku Sintry jeżdżą często, mniej więcej co pół godziny, ale to też zależy skąd się jedzie. My jechaliśmy z dworca Rossio koło godziny 13 i bezpośredni pociąg do Sintry odjeżdżał stamtąd tylko raz na godzinę, chociaż według rozkładu jazdy miał być co 30 minut. Najlepiej więc sprawdzić na miejscu. Ewentualnie można jechać z przesiadką, co nie kosztuje nas ani centa więcej, ale za to będziemy 4 minuty w plecy. Bilet w jedną stronę to koszt 2,25€, chyba, że mamy już wykupiony wcześniej ten bilet za 10,15€, o którym wspominałem w poprzednim wpisie -> tu <-,  wtedy nie dość, że do woli śmigamy wszystkim po Lizbonie, to jeszcze możemy zrobić sobie taką wycieczkę do Sintry (oraz Cascais).

Quinta Regaleira, Sintra
No i tak - są tacy, jak taki jeden znajomy z blożka bliżejdalej, którzy się nad Sintrą rozpływają i polecają walić tam jak w dym, ale są i tacy, dla których to kolejna atrakcja turystyczna, którą owszem, jak najbardziej warto zwiedzić, ale jak się opuści to się nic nie stanie. Dziś jestem gdzieś tak pomiędzy, ale chyba bardziej skłaniam się ku tej drugiej grupie. Fajnie, ładnie, pałace, krajobrazy, parki, do tego cudowne widoki, zwłaszcza jak jest lekka mgła, jednak spędziliśmy tam zbyt mało czasu, by zostać rzuconymi na kolana. No i do tego główna atrakcja, dla której tam pojechaliśmy, czyli Parque da Liberdade była zamknięta i pozostało nam ledwie westchnąć patrząc ku parkowi przez bramę. Rzecz jasna Sintra ma wiele innych i ciekawszych rzeczy do zobaczenia, ja to wiem, jednak z dostępnym czasem coś trzeba było wybrać.
Sintra jesienią
Zresztą do ostatniej niemal chwili nie wiedzieliśmy, czy w ogóle do tej Sintry pojedziemy. Przyznaję, że trochę mi się nie chciało, bo wolałem pokręcić się po Lizbonie i tak trochę lepiej ją poznać, ale z drugiej strony czułem, że będzie mi później szkoda, zwłaszcza wycieczki na zachodni kraniec Europy, czyli do/na Cabo da Roca. Jak widać po zdjęciu na samej górze szczęśliwie dotarliśmy i tam, o czym jednak za chwilę. Teraz skupmy się Sintrze i tym, z czego ona słynie najbardziej. A są to przede wszystkim różnej maści pałace; a to starsze, a to nowsze, a to bardziej na widoku, a to pochowane gdzieś w lesie, a to bardziej popularne, a to nieco mniej. Do tego każdy inny i każdy piękny. Zresztą to, że jest to kraina pałaców idzie zauważyć niemal od razu po wyjściu z pociągu, bowiem pierwszym, co rzuci nam się w oczy, będą charakterystyczne kominy niegdysiejszej letniej rezydencji portugalskich królów, czyli Pałacu Narodowego (port. Palácio Nacional de Sintra). Mi akurat one do otaczającego krajobrazu w ogóle nie pasują, ale za to dziedziniec jest już ładny. Można sobie tam na chwilę przycupnąć, zjeść bułkę i ogarnąć wzrokiem niemałą część miasteczka

Inną perełką jest Quinta da Regaleira, czyli Pałac Milionera Monteiro wraz z otaczającym go ogrodem, w którym najlepsze co można zrobić to się zgubić. Największą atrakcją kompleksu jest tzw. Studnia Wtajemniczenia, będąca czymś na kształt odwróconej wieży, na której dno można zejść krętymi schodami. No ale cóż... nas tam nie było. Myślę, że będzie to do zrobienia następnym razem, bo nie wykluczam, że jednak takowy jeszcze się kiedyś zdarzy. By jednak nie zostawić tego miejsca tu ot tak to chętnych wiedzy odsyłam do strony infolizbona.pl, gdzie wszystko co najważniejsze jest zgrabnie opisane

Castelo dos Mouros, czyli Zamek Maurów, Sintra
Na karteluszce z Sintra must-see zapisałem sobie jeszcze stary, bo pochodzący z ósmego wieku n.e., Zamek Maurów. My nie mieliśmy już czasu, by choćby pomyśleć o wycieczce na zamkowe wzgórze, jednak wspominam o nim tutaj, gdyż według mnie warto go wziąć pod uwagę planując pobyt w Sintrze. Raz, że to kawał historii, to dwa ponoć widok stamtąd jest obłędny. Na górę oczywiście można podejść piechotą, ale chyba najwygodniej będzie załapać się na miejski autobus linii 434 i nim wygodnie podjechać. Bilet kosztuje bodaj 5€ i można z niego korzystać cały dzień.

Czas naglił, bo dzień krótki, więc poszliśmy szybko w stronę dworca, skąd odjeżdżał autobus 403 w stronę Cabo da Roca i dalej, aż do Cascais. Nam udało się wsiąść do autobusu, który już właśnie ruszał, ale jednak dobrze znaleźć się na przystanku trochę wcześniej, gdyż dzięki temu jest szansa, że sobie w autobusie usiądziemy. Warto mieć to na uwadze, bo podróż w jedną stronę trwa około godziny i jest raczej nudna. Normalnie jedzie się minut czterdzieści, ale nasz kierowca zatrzymał się na dodatkowe 20 gdzieś w środku niczego nie wyjaśniając nikomu co i jak.

Latarmia na Cabo da Roca
Dojechaliśmy jednak szczęśliwie i znaleźliśmy się na samiutkim końcu kontynentalnej Eurazji - Cabo da Roca. W zasadzie trudno cokolwiek napisać o tym miejscu, gdyż główną atrakcją jest tam ocean, wiatr i kupa kamieni. Myślę jednak, że dla tego wszystkiego, a przede wszystkim dla genialnych widoków, warto zrobić sobie taką wycieczkę, której nawet spore tłumy nie są w stanie zepsuć. Bo nawet w listopadzie ludzie są tam dosłownie wszędzie. Na klif wchodzić niby nie wolno, ale nie zauważyłem, by ktokolwiek się tym przejmował, także wszyscy chodzą swobodnie po całym terenie i robią mnóstwo zdjęć. Nie żebyśmy my byli jacyś inni - pstrykałem, aż matryca płonęła. Uważać jednak trzeba, choćby po to, by nie powtórzyła się historia sprzed kilku lat, kiedy pewne polskie małżeństwo runęło w przepaść w poszukiwaniu idealnego selfie. To tak ku przestrodze, zwłaszcza, że na miejscu naprawdę potrafi nieźle zawiać.
Cabo da Roca
Prywatnie polecam znaleźć się tam gdzieś na godzinę, półtorej przed zachodem słońca - mamy wtedy dość czasu, by sobie wszystko dobrze zobaczyć, połazić po krzakach, poskakać po skałach, zejść ku oceanowi i w końcu doświadczyć pięknego finału dnia. Następnie trzeba już tylko w miarę szybko i sprawnie przetransportować się na przystanek autobusowy, bo większość współoglądaczy zachodu będzie chciała zrobić to samo. Ku pamięci - bilet na autobus 403 kosztował nas jakieś 4€ na osobę. Internet mówi, że 4,05€, ale to chyba było nieco więcej, pewnie dlatego, że u kierowcy. Pamięć już nie ta, a nie zapisałem. Niemniej orientacyjna cena to 4€ w jedną stronę, niestety.

Koniec! Krótka notka tym razem, ale i tak wypada mi tu dodać jakieś podsumowanie - zatem tak; jeśli macie powiedzmy pół dnia do wykorzystania to nie jedźcie o Sintry. Szkoda Waszego czasu, a potem będzie Was ściskać w pośladkach, że przecież byliście, a tylu pięknych rzeczy nie widzieliście. Na Sintrę bowiem wypada mieć co najmniej jeden pełny dzień - najlepiej w lecie, kiedy słońce zachodzi koło godziny 21. Bo to jednak bogate i urocze miejsce, które warto samemu odkryć, gubiąc się na przykład w którymś z parków lub gdzieś w wąskich i stromych uliczkach miasteczka. Wiem co napisałem na początku, sam tam nie wpadłem w zachwyt, ale wiem, że być może bym wpadł, gdybyśmy mieli więcej czasu, a dzień był dłuższy. No i zobaczyłbym wtedy tamtejszy zabytkowy tramwaj... wtedy zachwyt murowany.

Galeria do notki znajduje się -> tu
Read more →

10 gru 2017

Portugalia cz. 1 - Lisbon Story

,

Nigdy wcześniej nie byłem w Portugalii. Niewiarygodne? Chyba nie aż tak bardzo biorąc pod uwagę odległość i połączenia, których dogodnych nigdy nie było. Może tylko poza portugalskim TAPem, który i tak latał tylko z Warszawy i do tego po cenach w jedną stronę, jakich nie bierze się pod uwagę kupując bilety w dwie. Potem wszedł Wizz i w końcu Ryanair i coś zaczęło się dziać w temacie, ale ja wciąż miałem inne priorytety i trochę traktowałem tę Portugalię jak wszyscy - nie myślałem o niej na poważnie. W tym roku to się zmieniło. 
Pisałem przy okazji wpisów o Malcie, czyli tu i tu, że potrzebowaliśmy z Anią takich prawdziwych wakacji, bo wszystko co na ten rok mieliśmy zaplanowane, a po części nawet już zorganizowane, nie wypaliło, a pozostałe plany mieliśmy ciągle w proszku. Któregoś dnia Ania w końcu powiedziała - Madera. Przytaknąłem i spojrzałem na azair.cz skupiając się już tylko na tym kierunku. Z pomocą przyszedł Ryanair, który od jesieni zaczął latać z Krakowa do Lizbony, więc było już na czym rzeźbić. Ja wiem, że obok są Katowice i można sobie stamtąd polecieć i do Lizbony i do Porto, a nawet do Faro chyba, ale dojazd na to lotnisko to wciąż wstyd dla regionu, więc unikam. Dalej już samo poszło i ostatecznie na naszej drodze mieliśmy mieć cztery przystanki i tym samym pięć lotów - Kraków->Lizbona->Funchal->Porto->Marsylia->Kraków. Ostatnie połączenie to kolejna nowość w siatce Ryanaira, co było jakże miłym akcentem, zwłaszcza cenowo, ale z drugiej strony trząsłem trochę portami jak O'Leary odwoływał we wrześniu loty, w tym nierzadko te, które jeszcze nie wystartowały.
Kończąc ten przydługi wstęp zapraszam do Lizbony.

Transport
Tuk-tuk na Rua da Conceição, Lizbona
Lizbońskie lotnisko znajduje się stosunkowo blisko centrum, więc lądując mamy wrażenie, że zaraz rozbijemy się o jakiś wyższy budynek. Niedawno, chyba w roku 2012, do czerwonej linii metra dobudowano odcinek łączący dworzec Oriente z lotniskiem i dzięki temu możemy szybko i wygodnie dojechać do centrum. Wcześniej jednak - trzeba kupić bilety(!). I teraz tak, bo to ważne; nim w ogóle polecimy do Lizbony, to musimy określić co w ogóle będziemy tam robić. To taka rada dla tych, którzy nie szastają eurasami na prawo i lewo, bo jest im wszystko jedno. Tych biletów trochę jest, ale skupię się na dwóch, które moim zdaniem najbardziej się przydają. A więc do wyboru mamy bilet 24-godzinny, którym możemy śmigać metrem, autobusami, tramwajami i windami do oporu i kosztuje on nas 6,15€, lub podobny bilet, do którego dokładamy kolejne 4€, dzięki czemu do powyższego dostajemy możliwość poruszania się pociągami i tym samym dojechać do Sintry i Cascais. Od razu napiszę, że do Sintry należy się wybrać, więc opcja numer dwa jest moim zdaniem najbardziej słuszna. Do tych cen, tj. 6,15€ i 10,15€, należy dodać koszt kartonika, czyli jakieś 30 czy 50 centów, co już nie jest fajne, bo już ich więcej nie zobaczymy, a kartonik zostaje nam na pamiątkę. Można się jeszcze bawić w karty z doładowaniem w automatach, jednak moim zdaniem to jest dobra opcja jak ktoś w Lizbonie zostaje na dłużej. My mieliśmy półtora dnia, więc z musu wybraliśmy opcję 1 i 2. Jeśli kogoś interesują pozostałe opcje to wszystko jest wyjaśnione -> tutaj.

Ogólnie transport w mieście, głównie dzięki rozbudowanemu metro... metru, działa bardzo dobrze. Jedynym mankamentem może jest to, że kolejka jeździ dopiero od 6:30, więc jak ma się lot o godzinie 7:00 to trzeba szukać alternatywy. Dla nas był nią kursujący co pół godziny nocny autobus 208. Nie jest może tak szybki i wygodny, ale był przygodą samą w sobie, gdyż w tamten niedzielny poranek był zaprany po dach mieszanką skonsternowanych turystów, przysypiających mieszkańców i głośnych lokalnych Sebków wracających z imprezy do swoich domów w dzielnicy Chelas. 
Carris Remodelado, czyli... odnowiony
Poza metrem i autobusami Lizbona ma oczywiście tramwaje - krótkie, stare, żółte tramwaje, które są normalnym środkiem transportu dla lizbończyków, ale podejrzewam, że w sezonie bardzo z nich nie korzystają, bo turyści im na to nie pozwalają. 
Historia lizbońskich tramwajów elektrycznych zaczyna się w roku 1901 i trwa do dziś. Oczywiście nie bez zawirowań czy prób unicestwienia systemu. W czasach świetności sieć liczyła aż 27 linii, które po roku 1959, czyli kiedy otwarto pierwszą linię metra, zaczęto redukować. Zdecydowano jednak, że tramwaj zostanie wzdłuż rzeki Tag oraz w górzystych częściach miasta - i tu taka ciekawostka; po tej górzystej części jeździ głównie turystyczna teraz linia 28 i na jej trasie znajdują się najbardziej strome podjazdy tramwajowe na świecie. Polecam się przejechać. Fajnie buja. Ale to tak na marginesie. Co do reszty sieci plany były dosyć niekonkretne - uznano, że posłuży dopóki się nie rozpadnie. Świetny plan drodzy radni, dobrze mieć u władzy kogoś, kto ma takie światłe i przyszłościowe podejście i tym samym dba o mój komfort i bezpieczeństwo. To jednak działo się w radosnych latach 70', natomiast największa rzeź przyszła stosunkowo późno, bo dopiero z początkiem lat 90' kiedy wycięto 2/3 wszystkich linii. Operacja się udała, pacjent umarł. Co prawda już mniej więcej wtedy we Francji czy Wielkiej Brytanii myślano o tym jak tramwaje przywrócić na tory, ale mimo to Portugalczycy i tak wiedzieli lepiej. 
Siemens Articulado
W roku 1995 kupili jednak całe dziesięć sztuk niskopodłogowych tramwajów od Siemensa (tzw. Articulado), które wyglądają jak makieta z kartonu, a do tego trzeszczą, są zrobione po taniości i dosyć zaniedbane. Aczkolwiek wchodzi do nich znacznie więcej ludzi, niż do tych klimatycznych, starych wagonów, więc wygrywają praktycznością. Gdyby ktoś bardzo chciał je zobaczyć i poczuć jak się tym jeździ, to można je spotkać na linii 15 do m.in. Belem. 
Krótko podsumowując - cóż, żółte tramwaje to symbol Lizbony i o tym każdy wie i to bez względu na to, czy mu się to podoba czy też nie, jednak władze Lizbony odkryły to dopiero w zeszłym roku, kiedy to burmistrz przyznał, że likwidacja i zaniedbanie systemu to był błąd i tym samym obiecał rozpocząć pracę nad jego rekonstrukcją. Ja wiem, że to takie polityczne gadanie, ale mimo wszystko liczę, że choć po trosze to się uda, zwłaszcza, że na wielu ulicach wciąż leżą tory, które tylko czekają, aż coś na nie wyjedzie.
Ok, to tyle o tramwajach. Do czasu notki o Porto nie wspomnę o nich ani słowem. Tak trochę chyba obiecuję.

Jedzenie itp.
kamienica pokryta azulejos
Sercem Lizbony jest Rossio wraz z dzielnicami Chiado i Baixa Pombalina. To stara część stolicy pełna wąskich uliczek, stromych podejść, pięknych kamienic wyłożonych azulejos, czyli kolorowymi płytkami w przeróżne wzory, ale także sklepów, turystów, restauracji, pubów i sprzedawców pieczonych kasztanów, którzy skutecznie zadymiają całe miasto. Polecam tę okolicę na wieczorny obiad, piwko czy kieliszek ginji, jeśli sytuacja wymaga czegoś mocniejszego. Ginja, czy Ginjinha bardziej, to taki wiśniowy likier, coś jak nasza nalewka, tylko oni raczej nie robią tego na spirytusie. Chociaż tę, którą piliśmy w Lizbonie posądzam o właśnie taki wzmacniacz. Nie ma jednak jednej ginji i wszystko zależy od tego gdzie się pójdzie, bo Portugalia to pod tym względem normalny kraj, gdzie można pędzić swój alkohol, a potem go sprzedawać. Bywa, że do kieliszka wrzucą nam także i wiśnie, co jest nawet ciekawe, ale koszmarnie krzywi ryj. Pani, u której się częstowaliśmy, mówiła nawet, że większość klientów woli właśnie same wiśnie od likieru. I idzie to nawet zrozumieć. Pamiętam jak jakiś czas temu byłem na wakacjach ze znajomymi w Uściu Gorlickim gdzie wieczory spędzaliśmy na niszczeniu się w kanastę oraz takimi właśnie wiśniami, które wcześniej posłużyły do robienia nalewki. Ale tu jest Polska i tu się używa spirytusu, więc już po kilku kolana miało się miękkawe.

pastéis de nata
Lizbona ma to do siebie, że nie trzeba specjalnie długo szukać, by dobrze zjeść. Gorzej jest z porą. Jeśli jesteśmy głodni o godzinie 17 to możemy mieć problem ze znalezieniem lokalu z otwartą kuchnią. Pierwszego dnia jeszcze nie byliśmy tego świadomi, a naprawdę trochę już nam się umierało w środku. Mijaliśmy wiele zamkniętych lokali lub takich, w których było zupełnie ciemno i pusto. W końcu weszliśmy nieśmiało do jakiejś kuchni azjatyckiej i spytaliśmy nieśmiało czy otwarte. Pan rozkładający papierowe serwety spojrzał na zegarek i oznajmił, że tak, teraz już tak. Po nas weszły może dwie inne osoby, ale poza tym to nie był jeszcze czas na Portugalczyków. Zjedliśmy tam całkiem dobry ramen, jednak to nie było to czego szukaliśmy. Dopiero następnego dnia, gdzieś w okolicach Chiado i dworca Cais do Sodré, zjedliśmy najlepsze sardynki na świecie. Co więcej za talerz z czterema pokaźnymi okazami i masą dodatków daliśmy po 9€. Szukałem tego na mapach Googla, ale nie znalazłem i niestety nie mogę podać gdzie to dokładnie było, jednak z drugiej strony to żadna strata, bo jak napisałem powyżej Lizbona, jak i cała Portugalia zresztą, to miejsce, gdzie wszędzie można dobrze zjeść, zwłaszcza ryby i pozostałe owoce morza. 
Na marginesie tylko dodam, że pierwszym co zjedliśmy w Portugalii były te ich budyniowe babeczki, czyli pastéis de nata kupione w jakiejś piekarni na stacji metra. Dobre, ale więcej niż dwóch na raz bym nie zjadł.

Zwiedzanie, chociaż bardziej - gdzie doszliśmy
Torre de Belém
Nasz plan na zwiedzanie Lizbony nie był obszerny. Bardziej nastawieni byliśmy na poznawanie tego miasta po swojemu, aczkolwiek zaznaczyliśmy sobie kilka miejsc, które chcielibyśmy koniecznie odwiedzić. Jednym z takich must-see była XVI-wieczna Wieża Belem (Torre de Belém). Pojechaliśmy tam wieczorem co bym raczej odradzał każdemu - fakt, ludzi nie ma, ale nie ma też tego uroku, który bije z wielu zdjęć. Ponadto wieża jest też słabo podświetlona i po prostu ginie w mroku. Trochę szkoda, myślę, że tak starą i ważną budowlę, do tego znajdującą się na liście UNESCO, warto byłoby trochę bardziej wyeksponować. No i do tego był odpływ. Na jesieni wieżę można zwiedzać do 17:30 (bilet 6€), a my byliśmy już dawno po tej godzinie, więc tylko obeszliśmy zabytek jak mogliśmy i zrobiliśmy parę obowiązkowych fotek. Trochę szkoda, że nie udało nam się jej zwiedzić bardziej, bo to kawał fajnej i długiej historii. Zbudowana w latach 1515-1519 miała strzec lizbońskiego portu u ujścia rzeki Tag, co było istotne zwłaszcza w epoce odkrywców. Ciekawostką jest, że pierwotnie znajdowała się ona na małej wyspie leżącej kawałek od brzegu, lecz po silnym trzęsieniu ziemi z roku 1755 koryto rzeki się przesunęło, a wysepka złączyła z lądem. Wieża natomiast przetrwała kataklizm w dobrym stanie.
Pomnik Odkrywców
Nie to co Klasztor Karmelitów, którego ruiny można zwiedzać w centrum miasta, ale jego niestety nie zwiedziliśmy, więc pominę. Inną ciekawostką jest to, że w roku 1833 przez dwa miesiące w wieży Belem gościł Józef Bem, choć trochę wbrew swojej woli. Wtedy bowiem była ona więzieniem, jak zresztą przez większość swojego istnienia. Bem chciał stworzyć legiony polskie w Portugalii, ale z różnych względów bardzo mu to nie szło, więc pojechał do Lizbony się wykłócać, że jak to? i dlaczego to? i w końcu został zamknięty w wieży. I potem trzeba było negocjować, by go wypuścili. Zważywszy jednak na fakt, że Portugalia w owym czasie miała swoje wewnętrzne problemy, w które Bem zresztą ingerował, to nie dziwne, że go zamknęli.
Tuż obok stoi inna strzelista atrakcja. Kiedy przeglądałem zdjęcia Lizbony, zarówno przed wyjazdem jak i teraz, to mam wrażenie, że jest to dla wielu ciekawsze od Wieży Belem - mowa o Pomniku Odkrywców (Padrão dos Descobrimentos). To stosunkowo nowa narośl, bo wzniesiono i odkryto ją w roku 1960 na wzór oryginalnego pomnika z roku 1940 powstałego tam z okazji Targów Światowych. Ładne to, spore i wysokie, a na górę można wejść po oddaniu 3€, jednak z zewnątrz nie powala jakoś bardzo. Skoro jednak już się jest w pobliżu, to jak najbardziej warto podejść i zobaczyć, ale to tyle. Może za dnia wygląda to wszystko lepiej, nie mówiąc już o widoku z góry. Ładna natomiast jest mozaika na placu przed pomnikiem.
W pobliżu znajduje się jeszcze jedna perełka, o której nie wypada chociaż nie wspomnieć - Klasztor Hieronimitów. Zważywszy na porę ani go nie zwiedziliśmy, ani nie obejrzeliśmy z bliska, czego dosyć żałuję, bo to prawdziwe cudo, które będzie do nadrobienia następnym razem. Natomiast na marginesie tylko dodam, że to tam w grudniu 2007 podpisano traktat lizboński.

Praça do Comércio i Arco da Rua Augusta
Drugiego dnia podjechaliśmy do Alfamy - najstarszej dzielnicy Lizbony. Bezpośrednio dojechać tam można tramwajem 28, jednak my wybraliśmy metro, z którego wyszliśmy przy Praça do Comércio. Teraz to wielki i otwarty na ocean plac, ale kiedyś w tym miejscu znajdował się Pałac Ribeira będący rezydencją królów Portugalii. Nie przetrwał on jednak wspomnianego wcześniej trzęsienia ziemi i nigdy też nie został odbudowany. Czytając historię tego miejsca nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest ono raczej pechowe dla portugalskich królów, gdyż to tutaj w roku 1908 zamordowano przedostatniego króla Portugalii Karola I. My się nad tym jednak długo nie zastanawialiśmy tylko przecięliśmy plac i przeszliśmy pod Arco da Rua Augusta, łukiem triumfalnym upamiętniającym odbudowę miasta po pamiętnym trzęsieniu, kierując się od razu w stronę Alfamy, bo raz, że to był nasz cel, a dwa nie mieliśmy całego dnia - chcieliśmy jeszcze jechać do Sintry i na Cabo da Roca.

Klub Fado, Alfama, Lizbona
Kiedyś, w czasach gdy na prawie całym półwyspie iberyjskim panowali Maurowie, Alfama była najważniejszą częścią miasta, ba, Alfama była miastem, gdyż dopiero później, po przejęciu władzy przez chrześcijan w roku 1147, zaczęto się osiedlać bardziej na zachód, tam gdzie dziś jest Baixa i Chiado. Z tamtych czasów zachowały się tylko fragmenty murów, układ ulic oraz przede wszystkim górujący nad całością Zamek Św. Jerzego. Rzecz jasna to co widać dziś to już zupełnie inna bajka, do tego dość współczesna, ale pierwszą konstrukcję i fundamenty postawili Maurowie. Gdybyśmy mieli czas to podeszlibyśmy i tam, bo podobno widok stamtąd jest nieziemski, a tak skupiliśmy się tylko na szwędaniu się po absolutnie przepięknych, wąskich uliczkach tej dzielnicy i nieco bardziej doczesnej atrakcji - targu staroci, czyli Feira da Ladra
Feira da Ladra, Lizbona
Przyznaję, że bardzo lubię takie miejsca. Nie zawsze chce mi się grzebać, ale cieszy mnie oglądanie tych wszystkich gratów, które ludzie próbują sprzedać, chociaż tak naprawdę chyba nikt na to nie liczy, tylko po prostu wystawia, by było. No bo na przykład kto kupi jeden but? Albo resoraka bez kół? Chociaż może po prostu brak mi wyobraźni. Targ w tym miejscu znajduje się od ponad 130 lat, ale sam w sobie jest znacznie starszy, tylko trochę wędrował po mieście. Cieszy fakt, że pomimo tego, że Feira da Ladra jest dziś jedną z atrakcji turystycznych, to wciąż można spotkać tam te wszystkie pierdolety, a nie tylko podrabiane starocie, pamiątki i wyroby z Chin. Jasne, że jest i to, ale w niewielkim stopniu. Zdziwiło mnie natomiast to, że prawie w ogóle nie było starych monet. Ktoś tam miał jakieś, ale to tyle. Dla formalności dodam, że targ działa tylko w soboty i wtorki oraz, że warto zajrzeć.

Ale wracając jeszcze na chwilę do Alfamy - myślę, że będąc w Lizbonie należy o tę część miasta zahaczyć. W przeciwieństwie do Baixy tam życie płynie innym rytmem - jest spokojnie, cicho, panuje jakaś taka równowaga i przyjemna atmosfera. Ludzie się nie spieszą, nawet turyści, którzy oczywiście też tam są, chodzą wolniej i jakby bardziej się rozglądali wokół. A jak widzą, że robisz zdjęcie to się usuną, a nie zatrzymają przed obiektywem udając, że cię nie widzą. Ponadto znajduje się tam niemy świadek założenia państwa portugalskiego, czyli Katedra Najświętszej Maryi Panny (lub po prostu Sé de Lisboa) zbudowana w roku 1150 jako dowód zwycięstwa nad Maurami i przejęcie tych terenów przez chrześcijan. Postawiono ją oczywiście na stojącym w tym miejscu meczecie, bo jakżeby inaczej. Nie wchodziliśmy do środka, jednak z zewnątrz świątynia prezentuje się absolutnie przepięknie. Ją też uszkodziło trzęsienie, jednak udało się dokonać rekonstrukcji, co po trosze wciąż jest widoczne i moim zdaniem dodaje jej więcej uroku. 
Czas nas może nie naglił, ale chcieliśmy skoczyć do Sintry i na koniec Europy, więc wróciliśmy na dworzec Rossio, skąd odjeżdżał nasz pociąg na zachód, ale o tym w następnej notce. Tu już jest przecież cała tona tekstu.

Dworzec Oriente
Kończąc temat Lizbony chcę wspomnieć jeszcze o jednym miejscu - dworcu Oriente. W roku 1998 Lizbona była gospodarzem wystawy Expo, więc by się do tego dobrze przygotować całkowicie zmieniła charakter swojej północno-wschodniej dzielnicy Oriente. Powstał nie tylko dworzec, ale także między innymi pawilony, oceanarium, wieża gondolowa, nowa linia metra, a nawet most Vasco da Gamy, który do dziś jest najdłuższą tego typu przeprawą w Europie. Uf... tyle dobrego z tego Expo. Całość oczywiście jest używana i można się nią cieszyć do woli, jednak moją uwagę zwrócił właśnie dworzec. Nie, że pociągi, autobusy i takie tam, ale dlatego, bo jego projektantem był hiszpański architekt Santiago Calatrava
Dworzec Oriente
Wspominałem tu o nim parokrotnie i nawet dostał tu swój osobny tag, więc może więcej nie będę się tu nad nim rozpływać, jednak napiszę tylko, że kiedy jechaliśmy z lotniska to po prostu musieliśmy zrobić tam przystanek i obejrzeć to jego dziecko dokładniej. To znaczy ja musiałem. Żaden ze mnie architekt, nie znam się na tym, nie umiem też żonglować nazwiskami co bardziej znanych architektów, jednak do tego konkretnego i jego konstrukcji mam słabość. Myślę, że to od momentu zobaczenia Puente de la Mujer w Buenos Aires, który według mnie jest po prostu idealny. Także nie ważne czy się znacie czy nie, myślę, że dworzec Oriente (ale też i okolice, na które my już czasu nie mieliśmy) jest warty zobaczenia. Podobnie jak cała Lizbona, na której spokojne zwiedzanie warto przeznaczyć minimum trzy dni, a taki listopad nadaje się do tego idealnie.

I na sam koniec już. Bo ja tu sobie tylko tak blożę i piszę co widziałem, czego nie widziałem, co mi się podobało, no i marudzę jak na urodzonego pod tą szerokością geograficzną przystało, więc nie ma tu wszystkiego, a to co jest może być opisane niedokładnie. Zatem - jeśli kogoś bardzo interesuje Lizbona i chce sobie o niej poczytać przed wyjazdem to polecam stronę sekrety-lizbony.pl. Tam jest wszystko, a nawet więcej, a ja przyznaję się, że zerkałem tam popełniając powyższe i teraz mam nadzieję, że dziewczyny nie będą miały mi tego za złe, jak jakimś cudem tu trafią. Drugim świetnym źródłem wiedzy jest portal infolizbona.pl i stamtąd też trochę pożyczyłem. Winny.

Szersza galeria do notki znajduje się -> tu
Read more →

31 paź 2017

Maltańskie opuncje cz. 2

,

W niedzielę wstaliśmy bardzo wcześnie. Musieliśmy, jeśli chcieliśmy zobaczyć targ rybny w miejscowości o niewymawialnej nazwie - w Marsaxlokk. W linii prostej mieliśmy dość blisko i doszlibyśmy tam w godzinę, jednak drogi były kręte, a po drodze stało lotnisko, więc wybraliśmy autobus. Ten, na który czekaliśmy nie przyjechał, więc pojechaliśmy innym, ale tylko do miejscowości Birżebbuġa. Z Maltą już tak jest, że właściwie gdziekolwiek by się nie znalazło, to tam jest coś ciekawego do zobaczenia - przynajmniej z historycznego punktu widzenia. Najważniejszą atrakcją Birżebbuġi jest kolejna z megalitycznych świątyń o nazwie Borġ in-Nadur licząca sobie 4500 lat, co według maltańskiej skali oznacza, że jest ona tam jedną z nowszych konstrukcji tego typu. Drugą atrakcją okolicy jest jaskinia Għar Dalam - tam znowuż odkryto kości hipopotama, słoni oraz ślady człowieka sprzed prawie 7500 lat. Tak, Malta jest stara. Niestety żadnego z tych unikatowych świadków historii nie zwiedziliśmy, ale wciąż mam je oznaczone na swojej mapie, więc przy następnej okazji, a taka będzie na pewno, zajrzymy i tam.
Fort San Lucian
Tym razem grafik na dzień mieliśmy napięty, a wcześniejsze jaja z komunikacją zbiorową nie poprawiły naszej sytuacji czasowej. No i wciąż byliśmy bez śniadania, także właściwie od razu obraliśmy kurs na Marszaszlok - jakoś tak to się czyta. Szliśmy już piechotą i to dość na około, bo skrót na mapie Googla okazał się być drogą do czyjegoś domu, z której nas stanowczo, acz kulturalnie zawrócono. Nie ma jednak tego złego, gdyż dzięki temu obejrzeliśmy sobie jedną z Wież Wignacourta, o których napomknąłem w części pierwszej. Był to Fort San Lucian. Oryginalna wieża pochodzi z początku XVII wieku, ale sam fort jest już o wiele młodszy, bo powstał z końcem wieku XVIII. Niestety, jak wiele innych tego typu budowli na Malcie, i ta jest w kondycji takiej sobie i nie można jej zwiedzać. Jeszcze niedawno co sobotę wpuszczano pojedyncze grupki ciekawskich, ale dziś brama stoi już zamknięta. Szkoda, bo to kawał ważnej historii Malty.

targ rybny w Marsaxlokk
Doszliśmy do Marsaxlokk i od razu weszliśmy na targ rybny. Sam w sobie jest on raczej średnią atrakcją turystyczną, chyba, że ktoś lubi zwiedzać bazary, aczkolwiek ryby oczywiście też są i są jego najciekawszą częścią, chociaż sprzedawcy nie lubią kiedy fotografuje się ich towar. Co jakby nie patrzeć ma swoje logiczne uzasadnienie. Niestety większość wybrzeża gdzie znajduje się targ, zajmują stoiska z pamiątkami z Chin, ciuchami i różnymi innymi gównami, które grają, świecą i piszczą budząc w człowieku chęć popełnienia masowego mordu. Jeśli ktoś liczy na choćby minimalny akcent pchliego targu to też niestety się rozczaruje - handlarzy starociami niestety tam nie ma, a przynajmniej ja żadnego nie dojrzałem. Eh, a liczyłem na jakieś maltańskie monety.
Marsaxlokk
Ryby rybami, fajnie sobie popatrzeć na świeże owoce morza, zwłaszcza jak jest się z miejsca, gdzie świeże równa się mrożone, ale żarty się skończyły i już naprawdę potrzebowaliśmy zjeść śniadanie, a Ania dodatkowo wypić kawę. Ale to nie tak, że bez tego ani rusz, jednak jak głosi napis w jednej z krakowskich knajp śniadaniowych lepiej pić kawę niż nie. Przeszliśmy dwa razy wzdłuż nadbrzeżnej uliczki i w końcu wybraliśmy jeden z lokali ze stolikami na zewnątrz. Ja wiem, że nie jest to może arcyciekawe, jednak podaję to trochę w ramach ciekawostki, gdyż Marsaxlokk bardzo nas w tym temacie zaskoczyło; bo raz, że knajpek jest tam naprawdę sporo, to dwa w naszej dostaliśmy najlepsze śniadanie na Malcie - frittatę oraz jajecznicę z kawałkami śledzia. Brzmi gorzej niż smakowało, serio. Miejsce nazywa się Terrone i jest -> tu.

Il-Ħofra ż-Żgħira
Pisałem wcześniej, że mieliśmy napięty grafik - tak, to prawda, a teraz dodam, że w naszym grafiku dość ważnym elementem była plaża, pływanie, opalanie się i nicnierobienie. Problem z tym był tu taki, że oboje jesteśmy w tym temacie wybredni i raczej nie lubimy ludzi. Poszliśmy więc w stronę wody i pobliskich zatoczek. Popularnym miejscem jest St. Peter's Pool - na zdjęciach wygląda to obłędnie, ale my jednak woleliśmy coś innego. Spojrzałem na mapę i rozrysowane tam ścieżki i w końcu skierowaliśmy się nad zatokę Il-Ħofra ż-Żgħira, czyli w swobodnym tłumaczeniu do małej dziury.  Od razu napiszę - to był najpiękniejszy kawałek Malty jaki widzieliśmy i gdzie spędziliśmy dłuższą chwilę. Miejsce to jest absolutnie cudowne i niepowtarzalne, a brak jakichkolwiek ludzi wokół tylko winduje je w rankingach. Nawet jeśli ktoś zapomniał stroju na zmianę to specjalnie nie musi się tym przejmować, chyba, że obawia się lornetek i niezdrowego zainteresowania ludzi spędzających czas na zacumowanych w pobliżu jachtach. By tam dojść trzeba kierować się na Fort Tas-Silġ, a następnie pójść za strzałkami, które wskazują nam zejście do plaży. Mimo to znalezienie dobrej drogi wciąż nie jest takie oczywiste, jednak jak już je znajdziemy i je następnie bezpiecznie pokonamy, to mamy całą plażę tylko dla siebie. Czytałem, że ludzie schodzą tam w japonkach, jednak ja odradzam. W każdym razie schodzi się gorzej niż potem wchodzi. Kiedy wrócimy na Maltę, to na pewno raz jeszcze tam pójdziemy, więc jak napiszę, że lecimy na Maltę, to proszę nam się tam wtedy nie plątać.

Jerma Palace Hotel w Marsalskala - to co zostało
Woda była ciepła, słońce prażyło, plaża była nasza - mogliśmy tam spędzić cały dzień, ale po krótkiej debacie zadecydowaliśmy, że wskakujemy w majty i jedziemy dalej. Trochę niechętnie wspięliśmy się z powrotem ku ścieżce i poszliśmy wzdłuż klifu. Na mapie jest tam szlak, który kończy się na drodze kawałek dalej - w rzeczywistości  kończył się w czyimś domku na polu. Na szczęście wokół nie było żywej duszy, więc przeszliśmy przez ściernisko i wyszliśmy na drogę. Wciąż byliśmy na najpiękniejszym końcu świata, ale już na jakiejś główniejszej drodze. Jeszcze nie asfaltowej, ale jednak drodze. Wracać do Marsaxlokk już nie było sensu, a jakikolwiek transport mogliśmy znaleźć dopiero w miejscowości Marsaskala i tam też poszliśmy. Marsaskala natomiast to tradycyjna wioska rybacka, która z biegiem czasu zamieniła się w niewielki kurort przyciągający tysiące turystów rocznie. Są tam oczywiście zabytkowe wieże oraz forty, ale idąc od strony klifów największą uwagę przykuwa stojący nad samym morzem gigantyczny i opuszczony kompleks hotelowy. W czasach świetności zwał się Jerma Palace Hotel i miał cztery gwiazdki. To właśnie jego otwarcie w roku 1982 przekształciło małą rybacką wioskę we wczasowy kurort. Hotel został zamknięty w roku 2007 i od tamtego czasu stoi sobie i niszczeje będąc schronieniem dla lokalnych squattersów i ćpunów. Lokalne władze mają jednak dość tej stagnacji i planują rozbiórkę straszydła, także jak ktoś czuje zew eksplorowania tychże ruin, to być może musi to zrobić teraz, bo wkrótce nie będzie gdzie się włamywać.

plaża w pobliżu miasta Mellieħa
Nie zwiedziliśmy miasteczka, bo prawie od razu załapaliśmy się na autobus do Valetty. Stamtąd bowiem chcieliśmy pojechać na daleki zachód wyspy, do Meliehy. Co prawda następnego dnia mieliśmy tamtędy jechać na prom do Gozo, jednak nie starczyłoby nam czasu na wysiadkę i zwiedzanie okolic. No a teraz go mieliśmy. Tamtejsza plaża jest jedną z większych i tym samym jedną z najbardziej obleganych, więc ją olaliśmy na rzecz poszukania czegoś po drugiej stronie wyspy w pobliżu Popeye Village. Można tam podjechać autobusem albo przejść piechotą, co nie zajmie nam więcej niż kwadrans, gdyż jest to najwęższe miejsce na całej wyspie Malta. Wioska powstała w roku 1980 jako plan filmowy do filmu Popeye z Robinem Williamsem w roli głównej - link podaję do IMDB, bo administracja Filmwebu będąc tym roku na wakacjach w ciepłych krajach chyba nie założyła czapek, bo uznała, że zablokowanie części strony dla tych, co używają ad-blocka to super pomysł. Wiadomo, że od lat Internetem rządzą reklamodawcy, ale dziś jesteśmy już świadkami przejmowania przez nich kontroli nad poszczególnymi portalami i stronami. Przygotujmy się więc na kolejne blokady, bo chuj tam z treścią, ważna jest reklama i to, by do każdego dotarła, a jak się komuś nie podoba, to niech znajdzie sobie inny Internet. Aah! Zdenerwowałem się... to tak na marginesie.
Popeye Village
Wracając jednak do filmu to nie odniósł on większego sukcesu, co nie jest wcale takie dziwne, bo jego oglądanie to męka. Spróbowano odtworzyć na ekranie kreskówkę z prawdziwymi aktorami, co wyszło naprawdę źle. Robin Williams i Shelley Duvall dają z siebie wszystko, ale nawet tym nie idzie tej farsy uratować. Ciekawostką jednak jest, że wcielenie się w Popeya było debiutem Williamsa na wielkim ekranie i to od razu w roli pierwszoplanowej, także szacun. Jak wspomniałem na potrzeby filmu wybudowano całą wioskę, która się ostała i dziś jest parkiem rozrywki z wygodnym zejściem do błękitnej i przejrzystej wody. Czytaliśmy, że to miejsce jest bardziej dla dzieci niż dla dorosłych, jednak po chwili obserwacji miasteczka z góry uznałem, że bym się tam odnalazł. Ania również. Bilety są jednak dość drogie, bo w sezonie Maltańczycy chcą od nas od 14,5€ do 16€, ale po sezonie już tylko 10,5€. Popeye z 1980 roku to jednak nie jedyny film, który został zrealizowany na Malcie - wręcz przeciwnie - filmowcy kochają Maltę i jej plenery. Kręcono tutaj między innymi 'Hrabiego Monte Christo', 'Gladiatora' z Russelem Crowe, 'Grę o Tron' i 'Aleksandra'. Co by nie mówić te filmy wyszły już o niebo lepiej od historii o kreskówkowym marynarzu po wylewie. Nie wiem jak 'Gra o Tron', bo nie rozumiem fenomenu.

Klify w pobliżu Popeye Village
Będąc na miejscu próbowaliśmy znaleźć jakieś przyjemne i odludne miejsce do plażowania z wygodnym zejściem do wody, jednak tym razem się nie udało. W jednym miejscu chyba dało się zejść, bo kogoś nad wodą widzieliśmy, ale postanowiliśmy nie dołączać. Teraz widzę, że trochę dalej było takie coś jak Ras Il Wahx gdzie można plażować i pływać, co by zresztą wyjaśniało zagadkę tylu samochodów, które widzieliśmy zaparkowane pośrodku niczego, jednakże gdybyśmy tam wtedy zeszli, to potem mielibyśmy problem z powrotem do domu. Zresztą na miejscu mieliśmy wbijający w ziemię widok z klifów i to musiało nam wystarczyć. Plaża i odpoczynek wciąż były priorytetem, więc skierowaliśmy się ku Złotej Zatoce, bo tam miało być jedno i drugie. Na początku szliśmy wzdłuż klifu, po kamieniach i kępach trawy, ale kiedy stało się to męczące odbiliśmy na drogę. Niestety w pobliżu nie było żadnego przystanku, więc pozostało nam jakoś dowlec się do cywilizacji pieszo.

Golden Bay
Słońce już było nisko, więc z opalania nici, ale do wody jeszcze udało się wejść. Ulokowaliśmy się trochę na uboczu przy jakimś falochronie, a kiedy słońce znikło za horyzontem udaliśmy się do pobliskiej restauracji coś zjeść - wybraliśmy talerz owoców morza smażonych na głębokim oleju; pycha. Tego właśnie szukaliśmy. Golden Bay to jednak zwykły, modelowy wręcz, kurort z wielkimi hotelami, leżakami, parasolami i fancy restauracjami z jeszcze bardziej fancy drinkami, czyli coś, czego w naszym wieku jeszcze się unika, przynajmniej na dłuższą metę. Chociaż przyznaję, że ja już się zbliżam do momentu, kiedy zacznie mi to wystarczać. Niemniej wciąż dłużej niż dwóch dni bym tam nie wytrzymał. Zaletą kurortu jest jednak to, że łatwo doń dojechać - na miejscu jest pętla autobusowa kilku linii i nawet w niedzielę wieczór wygodnie stamtąd dostać się do Valetty. Gorzej jak ktoś czeka na autobus kilka przystanków dalej - nasz był pełen, więc zatrzymał się dopiero w Mosta, bo akurat ktoś tam wysiadał.

Uliczka w Valetcie
Trochę kilometrów tego dnia zrobiliśmy, ale nie byliśmy na tyle zmęczeni, by nie pójść czegoś się napić. Wieczorna Valetta jest pusta i dość przyjemna w zwiedzaniu. Tym razem zrobiła na mnie pozytywne wrażenie, chociaż zamknięte już sklepy, a nawet kawiarnie, sprawiały przygnębiające wrażenie. Ok, była niedziela, ale nie było jeszcze bardzo późno. Może koło 21:00, a miasto - stolica przecież - wyglądało jakby właśnie kładło się spać. Z niektórych ogródków restauracyjnych słychać było gwar, a po ulicach przechadzali się pojedynczy turyści, chyba tak sam zdziwieni pustkami jak my, ale poza tym miasto było puste. Taaa, Malta to zdecydowanie nie są Włochy czy Hiszpania, które po 21 zaczynają żyć. Zrobiliśmy więc tylko rundkę po uliczkach i wróciliśmy na autobus do Safi. Kolejnego dnia także musieliśmy wstać wcześnie i to nawet wcześniej niż dziś. Eh, może kiedyś pojedziemy na taki urlop, na którym odpoczniemy. Może.

Comino i Gozo
Gdzieś w okolicach Marsalform
Pisałem wielokrotnie, że Malta jest mała. Pisałem też, że transport jest dostosowany do potrzeb lokalsów, więc czas przejazdu, nawet na niewielkich odległościach, bardzo się wydłuża. Właśnie dlatego w poniedziałek musieliśmy wstać jeszcze przed 7:00. Jednak na skutek korków i różnych opóźnień, w tym także jednego zepsutego autobusu, z którego kierowca sobie po prostu wyszedł, w Ċirkewwa, skąd odpływają promy na Gozo, byliśmy dopiero o 10:00. Tam jeszcze dobrze nie wysiedliśmy, a już zostaliśmy obdarowani ulotkami z różnymi opcjami wycieczek. Nas właściwie interesowało tylko Gozo, ale skoro pojawiła się opcja na Comino, wysepkę leżącą pomiędzy Maltą, a Gozo, to skorzystaliśmy. Cenowo wychodziło to bardzo dobrze, bo transport z Malty na Comino oraz z Comino na Gozo kosztował 10€ na twarz. Łódki pływają raz na godzinę i rzadziej, co nie jest może super dogodne, ale w końcu to łódki, nie metro. 
Błękitna Laguna, Comino
Comino jest skaliste, kamieniste i suche. Spaceruje się tam średnio, ale też nie jest tak, że nie ma co robić. My chcieliśmy zobaczyć tylko laguny - Cristal Lagoon i Blue Lagoon, które rzeczywiście są piękne - przejrzyste i błękitne. W tej drugiej można bez przeszkód pływać, gdyż skonstruowano tu mini plaże z leżakami do wypożyczenia. Interior wyspy też jest ciekawy - jednak jak pisałem my byliśmy nastawieni na Gozo, więc o Comino specjalnie nie czytaliśmy, a szkoda gdyż... tam jest opuszczony szpital! Comino przez wieki służyło za miejsce zesłań i izolacji choleryków, stąd i szpital. Patrząc na mapę widzę, że byliśmy stosunkowo blisko i teraz żałuję, że nie podeszliśmy, ale można wierzyć lub nie, koszmarnie nie chciało nam się już łazić. Może jeszcze i to się nadrobi, bo myślę, że warto, a my potraktowaliśmy tę wysepkę trochę po macoszemu.

Schowany cypel w Malsalform
Na Gozo chwilę nam zeszło na ustaleniu co robimy i gdzie jedziemy. Chcieliśmy pozwiedzać, zwłaszcza świątynie, ale zgodziliśmy się, że zwiedzanie dobrze będzie połączyć z odpoczynkiem, wodą i słońcem, więc pojechaliśmy do leżącego na północy wyspy miasteczka Marsalform. Bezpośrednio dojeżdża tam autobus linii 312 - zaznaczam to specjalnie, bo to bardzo wygodna linia, która chyba jako jedyna omija stolicę wyspy Rabat. Po wyjściu z autobusu, nie tracąc już więcej czasu, poszliśmy wzdłuż brzegu szukając odpowiedniego miejsca na rozłożenie się. Udało nam się znaleźć jedno prawie idealne, bo osłonięte od wszystkich falochronem z jednej strony i klifami z drugiej. Niewielki cypel tylko dla nas. Co prawda miejsce to nie było aż tak ustronne i niedostępne jak wspomniana wcześniej zatoka na wschodzie Malty, ale i tak było cudownie. Udało się nawet na chwilę zamoczyć, chociaż pływanie w tym konkretnym miejscu nie było wskazane. Za duże fale i sporo skał. Mimo tego spędziliśmy tam znaczną część dnia - Ania się opalała i czytała o książkę o Gujanach, a ja walczyłem z falami przy brzegu. Perfekcyjne popołudnie. W końcu jednak zgłodnieliśmy, a że Marsalform to także kurort, to było w czym wybierać. My usiedliśmy w jednej z pierwszych restauracji, którą zauważyliśmy. Zwała się Pebbles i serwowała absolutnie najlepsze krewetki na świecie oraz chyba jeszcze lepsze ravioli z farszem z łososia. No geniusz. Tyle, że tam też trzeba wyraźnie mówić; zamówiłem colę i kawę, a dostaliśmy dwie cole i żadnej kawy. Albo to może mój angielski jest jakiś krzywy...

Saliny przy baterii Qolla l-Bajda, Malsalform
Najciekawszą atrakcją okolic Marsalform są saliny. Są to wydrążone w skale prostokąty, coś jak baseny, gdzie zbiera się woda morska, która po odparowaniu zostawia na dnie sól. Tę następnie się zbiera i sprzedaje w na przykład sklepach z pamiątkami albo dodaje do zupy. Proces ten trwa zazwyczaj od maja do września, więc my już byliśmy jak było po wszystkim i dlatego też nie zwiedzaliśmy całości. Saliny bowiem ciągną się przez jakieś 3 kilometry na zachód od Marsalform i trochę nie chciało nam się już tam iść. Zobaczyliśmy więc tylko te przy byłej baterii artyleryjskiej Qolla l-Bajda. Budynek jest dość charakterystyczny i swoim położeniem na cyplu wybija się w krajobrazie.
Bateria Qolla l-Bajda, Malsalform
Postał w roku 1716 i od tego momentu aż do końca lat 70' XX wieku służył celom militarnym - z przerwami oczywiście. W roku 1978, z inicjatywy prywatnego inwestora, powstała tam dyskoteka i klub nocny pod oryginalną nazwą Wieża. Jakiś czas to hulało i cieszyło okolicę, jednak w roku 2003 umowa na dzierżawę terenu wygasła i pierdolnięcie zniknęło z Marsalform. Po tym fakcie nieruchomością zainteresowała się pewna organizacja non-profit, która chciała przejąć dawną baterię i ją odremontować, jednak na drodze ku temu stanął niegdysiejszy dzierżawca. Dziś stary fort jest kością niezgody między rządem, a prywatną firmą i tym samym, zarówno on jak i teren wokół, w tym także saliny, które tworzą tam fenomenalny krajobraz jak nie z tego świata, wciąż stoi smutny, brudny i zaniedbany. Jest możliwość zaglądnięcia do środka przez wybitą w ścianie dziurę i Ania chyba nawet próbowała dostać się do wewnątrz, lecz walające się tam stosy śmieci skutecznie ją zniechęciły.

Zachód Słońca nad Morzem Śródziemnym
Wróciliśmy do miasteczka i wsiedliśmy w autobus powrotny do portu. Ten wlókł się niemiłosiernie i tylko cudem udało nam się zdążyć na prom odpływający o 18:00. Następny był dopiero o 18:45, a to już było za późno dla nas. Ponadto płynąc tym wcześniejszym mogliśmy obserwować absolutnie najpiękniejszy zachód słońca nad Morzem Śródziemnym. Do Ċirkewwa przycumowaliśmy dokładnie w chwili, gdy słońce schowało się za horyzont. Następnie czekała nas już tylko długa podróż do Valetty, gdzie chcieliśmy zrobić szybki skok do sklepu po wodę, wino i jakieś ciastka, i w końcu wrócić do naszego zamku w Safi.
Pusta, zamknięta Valetta
Plan z założenia był bardzo prosty, ale jak się okazało dosyć trudny do wykonania. Tym razem autobusy jeździły jak trzeba, ale gorzej nam poszło z zakupami, bo w Valettcie NIE MA sklepu, który byłby otwarty po godzinie 19:30. W restauracji przy głównym deptaku spytałem nawet jednego gościa czy jest tu jakieś miejsce gdzie można kupić wodę, to powiedział, że o tej porze już nie. Super. Nie byłoby problemu, gdyby tamtejszą kranówkę dało się pić, ale niestety maltańska woda jest nie do przyjęcia na surowo. Jest to bowiem mieszanka wody słodkiej i odsolonej wody morskiej i to stąd ten koszmarny smak, który na szczęście trochę znika po przegotowaniu. Wodę w końcu kupiliśmy w sklepie z pamiątkami, a wino i coś do jedzenia w jednej z niewielu jeszcze otwartych budek na dworcu - dlatego też pisałem wcześniej, że dworzec w Valetcie jest małym centrum tamtejszego świata. Po godzinie 20 jest jak oaza, która napoi spragnionych, bo miasto obok poszło już spać. Sobie kupiłem jeszcze lokalne piwo Cisk. Internet daje mu niskie noty i ja idę się z nimi zgodzić. Da się wypić, ale szału nie ma, jednak na bezrybiu i rak ryba. Lepszy jest ich narodowy skarb, czyli Kinnie. Taki napój z gorzkich pomarańczy i mieszanki ziół. Dobre.

Kolejny dzień był dniem powrotu. Największym plusem mieszkania w Safi było lotnisko tuż za płotem, więc bez zbędnego stresu doszliśmy tam w około 20 minut. Wiadomo, w drugą stronę jest już łatwiej. Jedyne co nam już zostało to oczekiwać naszego Ryanaira do Bergamo. Ale o tym to może już kiedy indziej. Hm.. tak, w sumie tak, coś może skrobnę, bo to ciekawe i bardzo niedoceniane miasto.

Gdybym miał krótko podsumować Maltę to chyba bym nie umiał. Bo ja nie umiem krótko. Aczkolwiek postaram się wypunktować plusy i minusy, więc może na początek plusy.
- Brak mrozu, śniegu i jakichkolwiek oznak, czy śladów zimy, z którymi my musimy walczyć przez siedem miesięcy w roku. Absolutny numer jeden, a nawet całe podium.
- Długa i interesująca historia wysp, którą odkrywamy na każdym kroku i gdziekolwiek byśmy się nie znaleźli.
brak barier językowych - Malta ma dwa języki urzędowe; maltański i angielski.
- Zapierające dech w piersiach krajobrazy i widoki. Nie dziwne, że Malta to jeden z ważniejszych plenerów dla Hollywood.
- Ustronne miejsca, gdzie można się odstresować i nie musieć słuchać krzyków gówniaków.
Spokój - abstrahując już od powyższego - wszędzie gdzie byliśmy, z małymi wyjątkami, odczuwaliśmy płynący zewsząd spokój. Miłe uczucie.
- Niewielkie odległości, także z pewną dozą zaparcia wszędzie można dojść piechotą.
- Bezpieczeństwo. Malta to zdecydowanie bezpieczny kraj.
- Ceny - ok, to może być trochę sporne. Niemniej w ostatecznym rozrachunku nie powinniśmy się spłukać. Aczkolwiek z cenami w restauracjach nierzadko niestety poszaleli.

Minusy
- Transport zbiorowy. Może tak - nie jest on znowuż taki beznadziejny jak go rysują, ale do poprawy jest naprawdę sporo. Z punktu widzenia turysty jest całkiem spoko, bo jeździło się gorszym, ale gdybym miał się tam codziennie poruszać autobusami i to na większe odległości, to kupiłbym samochód. Kumam, że Valetta to stolica i tam jest hub dla wszystkich autobusów, ale naprawdę zrobienie dwóch-trzech linii ze wschodu na zachód, które omijałyby Valettę nie rozwali systemu, a i wielu mieszkańcom będzie na rękę.
- Walające się po ulicach śmieci. Malta, jak wiele południowych krajów, jest po prostu brudna.
- Smak wody z kranu... to był szok.
- Godziny otwarcia sklepów i lokali - rozumiem powody, dla których sklepy są wcześnie zamykane i szanuję czas miejscowych, ale czemu służy zamykanie restauracji na godzinę, a bywa, że i mniej np. między 18:00, a 18:40? 
- Zaniedbane zabytki, a mowa tu głównie o tych wszystkich wieżach i fortach, z których sporej części nie można nawet zwiedzić. Boli.
- Bezdomne koty. Na południu wyspy one, wraz z tym, co po sobie pozostawiają, są naprawdę wszędzie. Może jest lepiej niż na Cyprze, ale i tak nawet minimalna kontrola populacji bezdomnych kotów byłaby tam wskazana. Na przykład coś na kształt tej w Rzymie, gdzie bezdomne koty są wyłapywane, leczone, sterylizowane i wypuszczane na wolność na ściśle kontrolowane tereny. Kocham koty i żałuję, że żadnego mieć nie mogę i tym bardziej boli mnie, kiedy widzę w jakim stanie są niektóre maltańskie koty uliczne.
- Drogi i ruch lewostronny. Z początku chcieliśmy na Malcie wynająć samochód, jednak żadne z nas nie czuje się dobrze po tej nienapoleońskiej stronie jezdni i daliśmy spokój. Stan dróg to już osobna kwestia. Odkryjesz, jak usiądziesz na tyle autobusu.
Niewielka ilość plaż i wygodnych zejść do wody. Taaakie to trochę naciągane, bo dla chcącego nic trudnego. Dla przeciętnego turysty może to być jednak minus, niemniej jednak właśnie takie warunki przez wieki chroniły ten kraj przed najeźdźcami i również i dziś czynią go bezpiecznym.
- Nie ma tramwajów. Ale były! Do roku 1929.

Poza tym Malta jest jednak trochę dzika - chcąc nie chcąc. Kraj wielkości Krakowa i leżący na paru kamykach rzuconych między Europę, a Afrykę, musi być trochę dziki i to w wielu aspektach. Trudno to jednoznacznie określić i nie jest to ani na plus ani też na minus. To po prostu fakt.

Tyle okiem turysty. Dla wielu jest to raj, jednak mieszkańcy pewnie dodali by tu coś od siebie i do plusów i do minusów. W gruncie rzeczy Malta to kraj jak każdy inny, który musi się mierzyć ze swoimi problemami i próbuje, z różnym skutkiem, wyciągnąć ze swojego potencjału tyle ile się da. Z różnym skutkiem. A że jest to mały kraj, to i środki ma na to ograniczone. W politykę się nie mieszam, bo to patologia jak wszędzie, czego dowodem niech będzie gwałtowna śmierć kobiety, która w Internecie krytykowała i obnażała ciemne interesy maltańskich polityków. Miało to miejsce, gdy my grzaliśmy się na Gozo. Mimo wszystko bardzo mocno chcę tam wrócić - wiem, że piszę to przy każdej okazji, że tak, że już planuję, że no na bank polecę tak szybko jak się da, ale jeśli chodzi o Maltę to jestem tego naprawdę pewien. To fantastyczny kraj, w którego krajobrazach i spokoju z nich płynących można się zakochać. Ponadto nie widziałem wielu miejsc oraz nie udało mi się spotkać z kolegą. Gdyby ktoś się z jakiegoś powodu wahał, czy lecieć na Maltę to ja mówię - leć. Leć, najlepiej jesienią albo wiosną i to co najmniej na tydzień lub nawet dziesięć dni. Zapomnij o kurtce, bluzie czy wysokich butach, a pamiętaj o stroju kąpielowym, wygodnych sandałach, olejku do opalania i koniecznie czapce. Inaczej będziesz mieć posrane pomysły jak administratorzy Filmwebu.

Galeria do obu wpisów znajduje się -> tu.
Read more →